Najmocniejsza dramaturgicznie część "Łupu" okazuje się też niestety najsłabiej przemyślaną, choć problemy te wychodzą na wierzch dopiero w momencie objaśnienia wszystkich twistów i niespodzianek.
Gdy dwóch napakowanych strongmanów w "Łupie" otwiera wreszcie browary i z tyłkami w piasku spokojnie czeka na wschód słońca rozświetlający plażę, zastanawiam się, jak to się stało, że ich oblicza tak bardzo przypominają twarze Matta Damona i Bena Afflecka. Promienie odsłaniają ukryte; jeśli dobrze się przyjrzeć, zauważymy, że spod ich grubej skóry ciągle przebija ta cieńsza i delikatniejsza, zdzierana kiedyś przy okazji "Więzów przyjaźni", "W pogoni za Amy" czy "Buntownika z wyboru". Potem nadeszła zmiana – śledzenie dalszej drogi ich aktorskich wyborów jest jak gapienie się na tężejącą ranę, ból zamieniający się w zastrupiałą skorupę. Być może właśnie dlatego, gdy jeden przyjął tożsamość Bourne’a, a drugi zarzucił na siebie kostium Batmana, efekty ich pracy szybko uciszyły pomruki wątpiącego tłumu. Skazani na orbitowanie wokół otchłani mieli wyłącznie dwie opcje: albo pozwolić sobie w nią wpaść, albo stanowczo stawić jej czoła.
W 2026 roku walka trwa dalej. Po ponad 35 latach w branży obaj zamiast ciałka tatusia reprezentują raczej "figury ojców", jak jeden z nich zażartował zresztą w wywiadzie promującym film. Od siebie dodam, że chyba Ojców Asgardu – z pięćdziesiątką na barkach ich mięśnie być może nigdy nie były mocniejsze, a opieka nad nimi na siłowni stała się częścią męskiej, a nie aktorskiej rutyny. Otchłań jednak została. Częściej od granych przez nich bohaterów tworzy teraz sytuacje, w które zostają wplątani; opowieści o walce z mrokiem i zepsuciem, ponad który należy się wybić. "Łup" pozostaje kolejnym przystankiem na tej drodze. Historię policjantów z Miami, którzy w rozpadającym się domu znaleźli 20 milionów dolarów brudnych pieniędzy, zainspirowało może i samo życie, ale w fabularnych ramach kina akcji zamknęły ją już producenckie starania Damona i Afflecka. To oni, wsparci reżyserią i scenariuszem Joego Carnahana, policyjną anegdotę zamienili w kryminalną lekcję moralności; czytankę o sile przyciągania zła, którego codzienne towarzystwo potrafi zaciemnić obraz nawet najbardziej cnotliwym stróżom prawa.
Choć filmowa Floryda to nadal nocny stan rozświetlany okazjonalnie promieniami latarek i syrenami radiowozów, jego stolica nie oparła się upływowi czasu. Era funkowych "Policjantów z Miami" dobiegła końca – na współczesną panoramę składa się raczej zimny ciąg alienujących przestrzeni wykrojony wprost z "Miami Vice" Michaela Manna. Metropolia wydaje się tu bezkreśnie rozległa; im dalej od centrum, tym więcej niemożliwych do skontrolowania osiedli, o których mówi się, że w całości powstały na zlecenie karteli. Te szczelne sejfy w kształcie domów jednorodzinnych wpisują się w miejską tkankę na tyle dobrze, że do ich demaskacji organy ścigania potrzebują zewnętrznego wsparcia donosicieli. Komendy policji płacą im później niemały procent od skonfiskowanego łupu, bo – jak widać – nawet przeklęta gotówka podlega mechanizmom resocjalizacji.
Od takiego donosu zaczyna się właśnie "Łup" – zniekształcony przez słuchawkę telefonu pada on zza kadru, gdy kamera prześlizguje się po śpiących wieżowcach dzielnicy biurowej. Chwilę później wielka kasa schowana gdzieś za sztuczną ścianą pochłonie życie Jackie Velez (Lina Esco), kapitan lokalnego wydziału narkotykowego. Tuż przed śmiercią z rąk zamaskowanych bandziorów, trzymając w jednej dłoni pistolet, drugą zdąży wysłać jeszcze SMS-a ze współrzędnymi kryjówki do swojego znajomego z oddziału, Dane’a (Matt Damon). Kuriozalna scena (Esco biegnąca z zajętymi rękami wygląda w niej jak uzależniona od swojego smartfona Gen-Ziara) otwiera film na pokłady niebezpieczeństwa zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz jednostki. 20 milionów w gotówce to bowiem kwota działająca w równym stopniu na wyobraźnię kolumbijskich oprychów, co sfrustrowanych, niedoinwestowanych gliniarzy (wśród nich choćby JD, partner Jackie, grany przez Bena Afflecka).
Policyjny wjazd na chatę i przechwycenie ogromnego majątku w punkcie wyjścia; szybko montowana, akcyjniakowa sieka w punkcie dojścia – tak z grubsza wyglądałby plan na "Łup" opracowany przez większość autorów streamingowych śmieci. Cieszy więc, że w odróżnieniu od nich Carnahanowi faktycznie zależy tu na opowiedzeniu jakiejś historii. Miliony zamurowane w ścianie od początku mienią się swoimi fabularnymi znaczeniami, stanowią sumę swoich potencjałów. Niebezpiecznie koncentrują uwagę właścicieli, znalazców, a także ich policyjnych przełożonych, czyhających na najdelikatniejsze nadwyrężenie procedur czy pominięcie w obliczeniach choćby jednego zbłąkanego dolara. Są szansą na beztroską przyszłość albo zarobienie kulki w łeb. Moralnym potwierdzeniem sedna służby na rzecz prawa albo narzędziem demaskacji prawdziwych intencji. Złym pieniądzem zarobionym na zbrodni albo dobrym pieniądzem wpływającym do stanowego budżetu.
Wszystkie te oblicza mamony rozumie dobrze Dane i dlatego swój niewielki oddział obserwuje z bezpiecznego dystansu – rekwiruje telefony, dzieli zadania, myli informacje. Przekonany o istnieniu przynajmniej jednej zepsutej jednostki, tropem protagonistów Agathy Christie rozpoczyna swoje prywatne śledztwo na ograniczonej przestrzeni. W założeniach "Łupu" kryje się jednak nadzieja, że detektywem nie będzie Dane, ale widz, który potykając się o porozrzucane po filmie wskazówki i sugestie, włączy w grono podejrzanych także siwiejącego dowódcę. W tym sensie cały drugi akt urasta do rangi wielkiej gry pozorów: gromadzenia założeń, zmieniania przekonań i surowego sądzenia bohaterów, by chwilę później w duchu ich za to przepraszać.
Najmocniejsza dramaturgicznie część "Łupu" okazuje się też niestety najsłabiej przemyślaną, choć problemy te wychodzą na wierzch dopiero w momencie objaśnienia wszystkich twistów i niespodzianek. Ostateczne wyjaśnienie motywacji oraz stron, po których opowiadają się bohaterowie, rozjaśnia obraz i daje satysfakcję, ale uwypukla też, że Carnahan swój scenariusz podporządkował intrydze, a nie logice działań poszczególnych postaci. Członkowie policyjnego oddziału mówią i robią rzeczy, które mają większy sens w kontekście prowadzenia emocji widza; mniejszy, jeśli przeanalizujemy stan wiedzy, którym w tych momentach dysponują. Wówczas okaże się, że podejmowane przez nich decyzje pozostają bezzasadne – ani nie pomagają sytuacji, ani nie są zgodne z nimi samymi. Bolączka, z którą wcześniej przed Carnahanem mierzyły się całe zastępy twórców kina akcji, nie przeszkadza może całkiem w zabawie, ale skazuje nas na oglądanie bohaterów robiących rzeczy, w które nie wierzymy i których powodów nie rozumiemy. Tego problemu nie rozwiąże też zakończenie, nawet jeśli w jego następstwie słaby scenariusz okazuje się raczej słabym fundamentem pod udany twist. To niedopracowanie frustruje, tym bardziej że pod gatunkowym mundurem film pozostaje wezwaniem, by w sytuacjach granicznych szukać nie prostych, ale właściwych rozwiązań.
"Łup" przekonuje zresztą, że po prostu nie ma innej drogi. Jego mroczne Miami jest zamkniętą areną starć dwóch potężnych sił: litery prawa i liczby wydrukowanej na banknotach. Zwykli obywatele, szukając schronienia w przestrzeniach pomiędzy, przeszkadzają albo w dochodzeniach, albo w interesach. W tak podzielonym świecie zwyczajnie nie da się nie opowiedzieć po którejś ze stron – zapewnia swoim filmem reżyser, tym samym wpisując go w cały katalog nowoczesnych filmów akcji o silnie nakreślonym rysie etycznym. Z tego szeregu poza napiętym, podkreślanym noisową muzyką klimatem, wyróżnią go jeszcze wysiłki całej obsady. Teyana Taylor, Kyle Chandler, Steven Yeun i Sasha Calle zasiedlili drugi plan w nadziei na łatwy zarobek, ale do wyłączenia aktorskich autopilotów i zwarcia szyków zmotywowały ich dopiero starania Afflecka i Damona. Dzięki tej dwójce film Carnahana stał się pierwszym projektem w historii Netfliksa, którego potencjalny sukces odczuje nie tylko jakiś Pan w Garniturze, ale też cała, licząca ponad 1200 osób ekipa. Filmowcy otrzymają bowiem jednorazowy bonus, jeśli film przekroczy określony w umowie próg oglądalności. Portal streamingowy zrozumiał najwyraźniej to samo, co wcześniej posterunki policji w Miami – za procent z własnych zasług ludzie chętniej garną się do współpracy. Zdziwiłbym się, gdyby czekający na nich łup okazał się niewarty tego wysiłku.