Recenzja filmu Podwójne życie (2018)
Olivier Assayas

Galimatias między fikcją a rzeczywistością

Najnowszy film Oliviera Assayasa tonie w potokach słów, niekiedy zabawnych, jednakże w większości przeintelektualizowanych i po prostu nudnych. Każda z głównych postaci próbuje udowodnić wyższość ...
Filmweb sp. z o.o.
Zdawałoby się, że fellatio w kinie to sprawa równie perwersyjna, co przyjemna. A co jeśli do tej erotycznej konsumpcji dochodzi podczas seansu "Białej wstążki" Hanekego? Czy szczytowanie w obliczu symbolicznych narodzin nazizmu to rzecz etycznie dopuszczalna? A może lepsze są do tego typu zabaw nowe "Gwiezdne wojny"? Gdyby Olivier Assayas trzymał się bliżej swojego kinofilskiego zberezeństwa, jego najnowszy film można by uznać za prawdziwie zabawny. Niestety owa frywolność to jedynie zasłona dymna skrywająca mieszczański konserwatyzm i odwiecznie umiłowanie Francuzów do masturbacji - nie cielesnej, a słownej.

W "Double Vies" Assayas z kąśliwą ironią przygląda się snobistycznej grupie paryskich intelektualistów. Na kartach własnych powieści neurotyczny pisarz (Vincent Macaigne) kumuluje problematyczną treść wspomnień i uczuć, cyniczny wydawca (Guillaume Canet) nie jest zaś zainteresowany powtórną współpracą. Co ciekawe, pisarz ma romans z żoną wydawcy (Juliette Binoche), charyzmatyczną aktorką będącą równocześnie bohaterką czekającej na publikację książki... Dryfująca między fikcją a rzeczywistością sztuka służy bohaterom za wygodny parawan w świecie pełnym hipokryzji, konwenansów i niekończących się dysput o kondycji słowa i literatury. Narracyjne podwojenia, przenikanie i nawarstwienia wątków okraszone obowiązkową szczyptą kiczu i kinofilii to przecież coś, w czym francuski twórca od lat się specjalizuje. Jednak po raz pierwszy mamy do czynienia w jego filmografii z dziełem, które przede wszystkim rości sobie prawo do bycia komedią.

Filmowanie rozmów można z powodzeniem uznać za spécialité de la maison kina znad Sekwany – już od czasów Nowej Fali Francuzi udowodnili na ekranie niezwykłą zdolność do wypowiadania się na niemalże każdy temat. Najnowszy film Oliviera Assayasa tonie w potokach słów, niekiedy zabawnych, jednakże w większości przeintelektualizowanych i po prostu nudnych. Każda z głównych postaci próbuje udowodnić wyższość swoich racji, po czasie jednak owe słowne spektakle tracą na erotyzmie i po prostu przestają uwodzić. Pomimo realistycznego entourage‘u nie odczuwamy poczucia, abyśmy oglądali postaci z krwi i kości. Choć bohaterowie z uwielbieniem wypowiadają zdania wielokrotnie złożone, trudno zauważyć podobny stopień komplikacji w ich warstwie psychologicznej. Na ekranie ostatecznie nie zderzają się ludzie a idee: stanowiska intelektualne rozstawione między umiłowaniem do fikcji i narcystycznego autobiografizmu, tęsknotą za tradycyjnymi wartościami i obawami przed nieuniknionym postępem.

Warto jednak podkreślić, że królową wspomnianych słownych spektakli pozostaje bez wątpienia ulubienica reżysera, Juliette Binoche. Ikona francuskiego kina z dystansem podchodzi do swojego wizerunku i to właśnie sceny z jej udziałem są najlepszymi w całym filmie. W "Sils Maria" Binoche grała rozkapryszoną divę, która nie potrafiła pogodzić się z naturalnym procesem starzenia się, pozbawiającym ją wymarzonych ról. W "Double Vies" mamy do czynienia z rewersem tej postaci. Aktorka Selena rezygnuje z kolejnego sezonu dobrze prosperującego, policyjnego serialu telewizyjnego i powraca do teatru. Zmęczona nieustanną pogonią za popularnością stawia na jakość i talent, który w skromniejszej przestrzeni będzie miał szansę na nowo w pełni zabłysnąć.

W jednej z początkowych scen filmu wydawca kłóci się z pisarzem o kwestię własności spostrzeżeń wywołanych przez dzieło i wykraczających poza jego strukturę. Zdaniem mężczyzny – mniej lub bardziej udana – sztuka powinna skłaniać do przemyśleń dotyczących nas samych czy też szerszych kwestii społeczno-politycznych kształtujących naszą codzienność i wrażliwość. Mimo sympatycznego finału po seansie filmu Assayasa czujemy jednak niepewność związaną z przyszłością – jesteśmy w środku informacyjnej rewolucji, której biegu nie jesteśmy w stanie przewidzieć ani ukierunkować. Coś straciliśmy, coś bezpowrotnie odeszło. Assayas wkłada kij w mrowisko – porusza wiele intrygujących kwestii, zadaje dużo pytań, nie proponuje jednak żadnych rozwiązań, niczym bohaterowie jego opowieści. Nieustanne in medias res przemienia się zatem w nonszalanckie couldn’t care less. Ze wszystkich nowofalowych lekcji francuski twórca zapomniał o być może najważniejszej – "kto za dużo gada, sam sobie szkodzi…".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Diana Dąbrowska
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię