Recenzja filmu Narzeczony na niby (2018)
Bartosz Prokopowicz

Od puknięcia do miłości jeden krok

Scenarzystki "Narzeczonego na niby" do spółki z reżyserem nie komplikują głównego wątku i pozwalają, by historia toczyła się utartym szlakiem. Związek Kariny i Szymona przechodzi więc przez ...
Filmweb sp. z o.o.
Komedia romantyczna to jeden z tych gatunków, którym nie trzeba wiele, by dać widzom radość. Wystarczy dwójka sympatycznych bohaterów oraz kilka barwnych postaci drugiego planu. Ten przepis jest tak prosty, że wielu twórców w niego nie wierzy i dlatego próbuje go dodatkowo uatrakcyjnić. Ich zabiegi zazwyczaj kończą się dla filmu fatalnie, o czym może przekonać się większość widzów polskich komedii romantycznych. Na szczęście twórcy "Narzeczonego na niby" wyciągnęli wnioski z dokonań konkurencji. Ich dzieło sprawdza się więc jako przyjemna niezobowiązująca rozrywka.

photo.title   photo.title   photo.title

"Narzeczony na niby" to historia Kariny (Julia Kamińska) i Szymona (Piotr Stramowski). Ona pracuje przy produkcji telewizyjnego show, z którego reżyserem (Piotr Adamczyk) związana jest emocjonalnie. Niestety szybko odkrywa, że zainwestowała w ten związek dużo więcej niż jej partner. Zdążyła się nim już jednak pochwalić przed rodziną, która spodziewa się spotkać ukochanego na zbliżającym się ślubie siostry Kariny. Szymon z kolei to młody i przystojny samotny ojciec, który haruje jako taksówkarz, by zdobyć pieniądze na obóz piłkarski syna. Nie wie jednak, że chłopak ma zupełnie inny talent. Kiedy jego taksówka niechcący "puknie" samochód Kariny, rozpocznie się ich przygoda z uczuciem, które zrodziło się całkiem przypadkowo. 

photo.title   photo.title   photo.title

Scenarzystki "Narzeczonego na niby" do spółki z reżyserem nie komplikują głównego wątku i pozwalają, by historia toczyła się utartym szlakiem. Związek Kariny i Szymona przechodzi więc przez wszystkie typowe etapy filmowo-romantycznej relacji: od pragmatycznej umowy o współpracy przez podskórne rozwijanie się uczucia i obowiązkowy kryzys aż po finałowe zrozumienie, co się naprawdę w życiu liczy. Brak oryginalności w komedii romantycznej nie jest jednak wadą, jeśli całość jest atrakcyjnie opakowana. Twórcy "Narzeczonego na niby" dobrze to rozumieją, dlatego postarali się, żeby tło, na jakim rozgrywa się główna historia, nie było mdłe. Postaci drugiego planu dostarczają więc humoru i kolorytu. Bardzo udanie prezentuje się chociażby opowieść o siostrze Kariny, Basi, i jej narzeczonym Bartku. Sonia Bohosiewicz i Tomasz Karolak doskonale bawią się komediowym wątkiem opartym na nieporozumieniu wynikającym z niedopowiedzeń i błędnie wyciągniętych wniosków. Wyrazistości filmowi dodaje również postać matki Kariny i Basi, którą z tupetem odgrywa Dorota Kolak.

Nie znaczy to wcale, że film pozbawiony jest wad. Sztuczny śmiech Karolaka albo slapstickowe dodatki w romantycznych sekwencjach to niektóre z przykładów na to, że twórcy nie wiedzieli, kiedy powiedzieć "dość" i w efekcie zepsuli dobre skądinąd sceny. Z kolei odtwórcy głównych ról prezentują się jedynie poprawnie. Julii Kamińskiej i Piotrowi Stramowskiemu brakuje ekranowej charyzmy, a łącząca ich bohaterów chemia nie wykracza ponad poziom rodem z niemieckiej telenoweli. To jednak wystarcza. Są na tyle uroczy, że wzbudzają sympatię widzów. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (47 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły