Recenzja filmu Via Carpatia (2018)
Klara Kochańska
Kasper Bajon

Słuszne zamiary

Po seansie "Via Carpatia" nieobecni na ekranie przybysze zza morza stanowią dla widza tę samą zagadkę, tę samą anonimową zbiorowość z innego świata. Ze świata, za którego nieznajomość w pewnym ...
Filmweb sp. z o.o.
Co ja tu robię? - pyta w pewnym momencie bohaterka "Via Carpatia". Miała wylegiwać się z partnerem na gorących plażach wschodniej Afryki, zamiast tego tłucze się z nim przez deszczowy wschód Europy w poszukiwaniu uchodźców. Nie na taki urlop pracowali, nie taki udało im się zaplanować. Julia i Piotr, najbardziej typowe z typowych mieszczuchy z klasy średniej, z czterema krzyżykami na dobrze sytuowanych karkach, bez dzieci, za to przestronnym mieszkaniem i garażem na nowiutkim osiedlu, nie sprawiają wrażenia osób, którym sen z powiek spędzają cudze problemy. A jednak, między gryzem sushi, łykiem wina a gadką szmatką o sukcesach w pracy, wizytującej młode małżeństwo matce Piotra udaje się skomplikować ich telenowelową rutynę. "Ojciec przebywa w obozie dla uchodźców w Grecji. Sprowadź go".


Wakacje all inclusive zamieniają się w spóźnione wykuwanie tożsamości przed konfrontacją z niewidzianym przez 30 lat rodzicem i nigdy niepoznanym teściem. Figura patriarchy jest w filmie nie tylko MacGuffinem przemieniającym prolog nudnej codzienności w jeszcze mniej widowiskowe kino drogi. Na tytułowym szlaku o długości niemal 2000 km - prowadzącym od Polski, przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, aż do Grecji - doprawdy nietrudno o spotkanie z Innym, który pogmera w znieczulonych sercach dwojga Europejczyków. Nieobecna postać syryjskiego ojca stanowi tu nie tyle dokumentację humanitarnego kryzysu na Wschodzie, co nieme świadectwo humanistycznej próżni i bierności żyjących we względnym komforcie mieszkańców szeroko rozumianego Zachodu. Nie ma mowy o czyimś cierpieniu - mimo że znajdujemy w kadrze znaczące powidoki obecności uchodźców; nie ma też słowa o słynnych pasożytach i pierwotniakach, które tamci rzekomo mieliby roznosić. Odpowiedzialnym za całość Klarze Kochańskiej i Kasperowi Bajonowi, z wyciszoną aktorską pomocą Julii Kijowskiej i Piotra Borowskiego, udaje się wyjść poza czysto polityczną dyskusję. Robią to raz z większą (dokumentalnie wkomponowane ujęcia-symbole), raz z mniejszą (dialogi, mechaniczny punkt wyjścia) subtelnością.

W jednej z pierwszych, skromnie zainscenizowanych scen, grający gdzieś w tle serwis informacyjny zatrzymuje Julię na rozgrywanym właśnie EURO 2016, lecz dalsze wiadomości o konflikcie w Syrii i fali uchodźców wojennych zalewającej kontynent zostają już zagłuszone monologiem kierowanym do żółwia w akwarium. Ludzi mamy przecież pod dostatkiem, domowy przyjaciel jest tylko jeden. Kiedy indziej, już w trakcie podróży, przez szybę w aucie widać Europę w remoncie, rozkopane drogi, wieczne tu i teraz - jakby nie dało się ustąpić miejsca przyszłości, a symboliczne otwarcie drzwi nigdy nie miało nadejść. Jeszcze w innym momencie na deszczowym horyzoncie kręcą się wiatraki, synonim pozbawionej rozstrzygnięcia walki. I rzeczywiście: Julia i Piotr mają w sobie wolę pomocy, lecz do spotkania z potrzebującymi jakoś nie dochodzi.


W międzyczasie dostajemy też serię niby pokrzepiających spotkań pierwszoplanowej pary Polaków z członkami innych narodowości. Niby widzimy przy tym ekonomiczny i socjalny dystans dzielący różne środowiska (ten notoryczny brak ciepłej wody!). A jednak, biorąc za punkt wyjścia kryzys uchodźczy, twórcy pomijają samych krzywdzonych. To ograniczenie perspektywy jest znaczące i przemyślane, w moim przekonaniu dowodzi jednak dezercji autorów z najważniejszej dyskusji. Problematyczne jest, że swoim filmem twórcy zdają się krytykować bierność i hipokryzję nie tylko tej konkretnej pary bohaterów, lecz - przez zamierzoną typowość postaci i stonowanie gry aktorskiej - wszystkich kanapowych dyskutantów, którym nie chce się ruszyć z miejsca.


Po seansie "Via Carpatia" nieobecni na ekranie przybysze zza morza stanowią dla widza tę samą zagadkę, tę samą anonimową zbiorowość z innego świata. Ze świata, za którego nieznajomość w pewnym sensie zostajemy skarceni - skoro mamy przejrzeć się w bohaterach jak w lustrze. Ironiczne jest więc, że film, stanowiąc krytykę bierności, sam wydaje się jej smutnym świadectwem. Ileż można patrzeć w lustro? Do czego prowadzą krytyczne wyrzuty, jeśli są jedynie naganą? Na pewno nie do otwarcia oczu, o którym opowiadał i które udało się wywołać podejmującemu podobny temat Gianfranco Rosiemu w "Fuocoammare". Oto problem filmu: choć wyrasta on ze słusznych intencji, nie przynosi żadnej konstruktywnej propozycji. Obawiam się, że sumienia większości z nas pozostaną uśpione.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni