Recenzja filmu Rozstanie (2011)
Asghar Farhadi

W separacji

W redakcji nie brakuje rozentuzjazmowanych głosów, że "Rozstanie" to jak dotąd najważniejszy obraz nowego tysiąclecia.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Rozstanie (2011)
Irańczyk Asghar Farhadi, podobnie jak większość jego rodaków i rodaczek parających się reżyserią, raczej nie nakręci filmu w Hollywood. Po seansie jego nowego utworu zrozumiecie, że to zła wiadomość. Wrażliwość Farhadiego jest bowiem tym, czego brakuje amerykańskiemu "kinu środka" – facet potrafi chwycić za gardło i za serce jednocześnie, wie, jak nakręcić coś mądrego, angażującego emocjonalnie i narracyjnie atrakcyjnego. W redakcji nie brakuje rozentuzjazmowanych głosów, że "Rozstanie" to jak dotąd najważniejszy obraz nowego tysiąclecia. Będę jednak ostrożniejszy – nie widziałem w tym roku lepszego filmu i wróżba z kalendarza mówi mi, że już go nie zobaczę.

W poprzednim dziele reżysera, dystrybuowanym również w Polsce "Co wiesz o Elly?", jedna egoistyczna decyzja nakręcała spiralę kłamstw, niedomówień i przemocy. Tym razem jest podobnie – katastrofę zwiastuje pojedyncza chwila słabości. Po rozstaniu ze swoją żoną Simin, honorowy i zapracowany Nader zatrudnia "na czarno" opiekunkę dla swojego chorego ojca. Wkrótce dochodzi do dramatu – oskarżona o kradzież i wypchnięta przez drzwi za niedopilnowanie patriarchy kobieta traci dziecko, które od czterech miesięcy nosiła w łonie. Jej zapalczywy mąż oskarża Nadera o morderstwo. Pojawiają się pytania: Nader wiedział o ciąży czy nie? Popchnął kobietę na tyle mocno, by ta spadła ze schodów, czy może jej poronienie było spowodowane czym innym?

W reżyserskiej perspektywie nie ma miejsca na forowanie którejkolwiek ze stron konfliktu, przyznawanie i odbieranie racji, klepanie widza po plecach i wskazywanie mu palcem ludzi dobrych i złych, szczerych i kłamliwych, uciskanych i uciskających. Farhadi obserwuje swoich bohaterów z dystansu, ale nie spogląda na nich okiem biologa, nie podgląda ich przez szkło powiększające i nie traktuje jak pomocy naukowej na wykładzie z behawioryzmu. Stać go na empatię, która nie kończy się jednak emocjonalnym szantażem. Jest bezstronny wobec swoich bohaterów i uczciwy wobec widza. Obrona moralnego i etycznego relatywizmu nie jest dla niego narzędziem społecznikowskiej propagandy, nie idzie na skróty ani jako scenarzysta, ani jako reżyser: o uwikłaniu bohaterów w religię, kulturę, społeczeństwo klasowe nie mówi tonem natchnionego moralisty. Pokazuje jedynie, jak kolejne warstwy "prawdy" wywierają ogromny nacisk na fasady kultury, za którymi kryją się bohaterowie. Te upadają po cichu, obnażając słabości protagonistów, a zwłaszcza stałą gotowość do kłamstwa, definiującą u Farhadiego człowieczeństwo. Nawet kluczowa dla filmu perspektywa zaniedbywanej córki Nadera i Simin okazuje się w końcu perspektywą kłamcy.

Całą historię zamyka reżyser we wspaniałej, inspirowanej europejską i amerykańską tradycją gatunkową formie. Swoje filmy, zakorzenione w irańskiej kulturze tragedie, konstruuje na wzór thrillerów, nie obce mu są chwyty zarezerwowane dla kina z dreszczykiem (znak firmowy: fantastycznie wykorzystane elipsy, reorganizujące zgromadzone przez widza informacje). Na tle arthouse’owych irańskich filmowców, którzy wciąż zbyt często pytają w swoich filmach o to, kto czerpie więcej energii z kosmosu – pasterz czy jego koza? – Farhadi wyrasta na wielką gwiazdę. Trzymajcie za niego kciuki w oscarowym wyścigu.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (245 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)