Recenzja filmu Melancholia (2011)
Lars von Trier

Widząc w ciemnościach

"I’m the best film director in the world!" grzmiał Lars von Trier na konferencji prasowej w Cannes po pokazie swojego najbardziej kontrowersyjnego dzieła pod wymownym tytułem "Antychryst". ...
Filmweb sp. z o.o.
"I’m the best film director in the world!" grzmiał Lars von Trier na konferencji prasowej w Cannes po pokazie swojego najbardziej kontrowersyjnego dzieła pod wymownym tytułem "Antychryst". Oczywiście nie trzeba tłumaczyć intencji skandalizującego Duńczyka, który z wyraźnym ukontentowaniem lubuje się w graniu na nosie nie tylko opinii publicznej i krytyków, ale także swojej najbardziej oddanej publiczności. Ten nieskromny żart nie byłby jednak tak zabawny, gdyby nie było w nim chociaż cienia prawdy.

Depresja. Świat duńskiego reżysera w ostatnich latach zawęził się do tego właśnie słowa. I nie mam tu niestety na myśli filmowej fikcji. Mowa o prawdziwym życiu. Von Trier nie ukrywa, że poprzez swoje najnowsze dzieło opowiada o sobie. Rozpoczyna się ono od uwertury, w której obserwujemy m.in. zajmujące i efektowne obrazy przedstawiające globalną katastrofę. Planeta zwana Melancholią zderza się z Ziemią. Następnie film zostaje podzielony na dwie części, które zatytułowane są kolejno "Justine" i "Claire", można więc z łatwością przewidzieć, że będą skupiały się one głównie na losach sióstr. Warto też zaznaczyć, że pomimo prologu, który jest przecież jasną zapowiedzią, w pewien sposób aż do ostatnich scen trwamy w niepewności, zastanawiając się, jaki będzie finał tej historii i ja również nie ośmielę się tego zdradzać.

W pierwszej części jesteśmy zaproszeni na wesele. Cierpiąca na depresję Justine (w tej roli znakomita Kirsten Dunst, nagrodzona w Cannes za najlepszą rolę kobiecą) wraz z nowo poślubionym małżonkiem przyjeżdżają do posiadłości szwagra panny młodej, Johna (Kiefer Sutherland). Podczas tej z pozoru radosnej uroczystości jesteśmy świadkami najróżniejszych ludzkich zachowań. Reżyser pozwala nam samodzielnie ocenić, czy są one godne naśladowania. Organizator ślubu, w którego wcielił się Udo Kier, powtarzający: "nie będę na nią patrzył, zepsuła moja wesele!" i zasłaniający twarz za każdym razem, kiedy jest zmuszony mijać Justine, to tylko jeden z przykładów, będący zarazem sprytną, kąśliwą metaforą. Rodzice panny młodej oraz osoba jej pracodawcy (Stellan Skarsgard) również symbolizują pewne postawy. Dzięki nim możemy poniekąd zrozumieć stan głównej bohaterki. Jedynie jej mąż wydaje się być szczerze zatroskanym o wybrankę swego serca, pełnym czułości i empatii człowiekiem. Niestety, w ostatecznym rozrachunku, związek małżeński okazuje się być zobowiązaniem ponad siły "przedzierającej się przez grube pnącza" Justine.

Akcja drugiej części toczy się w murach tej samej posiadłości. Tym razem fabuła skupia się na losach rodziny Claire (Charlotte Gainsbourg), która opiekuje się swoją rozchwianą psychicznie siostrą. Wszystko rzecz jasna w obliczu zbliżającej się zagłady, względem której ponownie jesteśmy świadkami zderzenia różnych postaw i zachowań. John ufa wyliczeniom i badaniom, Claire natomiast wykazuje w stosunku do nich nieufność, obawiając się głównie o przyszłość swojego synka. Konie są wyjątkowo niespokojne, gdyż przeczuwają zbliżające się zagrożenie. Justine najzwyczajniej wie, co się wydarzy i nie obawia się.

"Życie jest tylko na Ziemi i nie na długo. Nikt za nami nie zatęskni" pada z jej ust. Czyżby wyjątkowo pesymistyczna i gorzka przepowiednia? W żadnym wypadku. Justine po prostu wie więcej i są pewne przesłanki, które pozwalają widzowi w to uwierzyć. Bohaterka znała dokładną liczbę fasolek w słoiku (mowa o niezobowiązującej zabawie urządzonej przez organizatorów wesela). Zapytana o liczbę dołków na polu golfowym, odpowiada również bez zawahania. Uważny widz dostrzeże tu jednak pewną nieprawidłowość. John z kolei jest twardo stąpającym po ziemi człowiekiem, przekonanym, że Melancholia ominie naszą planetę, dostarczając świadkom tegoż zjawiska niezapomnianych przeżyć. Opiera się na sprawdzonych naukowych obliczeniach. Widmo zagłady staje się jednak coraz bardziej rzeczywiste, a w jego obliczu wszelka ludzka wiedza coraz bardziej zawodna. Justine "wie" i być może w ten właśnie sposób personifikuje na pewnej płaszczyźnie coś na kształt nadczłowieka, lub nawet pewien absolut - czyżby pomimo tego, powiększając pole golfowe o jeszcze jeden dołek, reżyser w delikatny sposób zarysowywał znak równości między nią, a Johnem? To ciekawy zalążek interpretacyjny, zwłaszcza w obliczu słów von Triera, który zarzuca stwórcy charakterystyczną dla człowieka omylność ("Bóg przeżył radość stworzenia, ale nie przemyślał, co ma być potem").

Można doszukiwać się pewnych zależności i kontrastów między dwiema częściami filmu. W pierwszej obserwujemy świeżo upieczoną żonę, która ogarnięta depresją, rujnuje swoje wesele. Nic nie ma dla niej znaczenia. W drugiej części przybliżone zostają nam postaci Johna i Claire. Jesteśmy świadkami wydarzeń, które mając miejsce w obliczu katastrofy, obrazują stan człowieka, który obawia się śmierci, drży przed zagładą, ponieważ ma wiele do stracenia. Justine natomiast straciła już wszystko. Ze spokojem czeka więc na tytułową Melancholię. Życie przerasta ją do tego stopnia, że perspektywa zagłady jawi jej się wręcz jako zbawienna. Między nią a zagrażającą Ziemi planetą nawiązuje się intymna (jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało), romantyczna relacja. Przychodzi na myśl pamiętna, przepiękna scena, kiedy to Justine "opala się" w świetle Melancholii… ona nią oddycha. Zderzenie tych dwóch postaw w subtelny sposób obrazuje niezwykle interesującą zależność pomiędzy lękiem przed śmiercią (Claire z rodziną) i lękiem przed życiem (Justine).

Melancholia jako planeta, która zagraża Ziemi, w oczywisty sposób symbolizuje również stan depresji. Świadczy o tym chociażby nazwa wyżej wspomnianego ciała niebieskiego. W efektownym otwarciu obserwujemy, jak przy akompaniamencie muzyki Wagnera Melancholia uderza w Ziemię, ścierając ją w pył. Podczas tej pamiętnej sceny jesteśmy nie tylko świadkami globalnej katastrofy, ale obserwujemy także jak działa depresja. Sama w sobie, choć na inną, zdecydowanie bardziej kameralną skalę, sieje podobne spustoszenie. Niszczy inny, prywatny świat. Melancholia uderzyła już w Justine, w pewien sposób uodparniając ją na widmo ewentualnej zagłady. Dla niej świat mógłby się skończyć. Warto przytoczyć w tym miejscu słowa samego reżysera: "W depresji się poddałem. Leżałem i myślałem: niech zjawi się tygrys i mnie pożre".

Lars von Trier jest znanym prowokatorem. Kiedy główna bohaterka nie jest w stanie podnieść nawet nogi, by wejść do wanny, a następnie ze łzami w oczach oznajmia, że "pieczeń ma smak popiołu", można by pomyśleć, że reżyser puszcza oko do widza, kpiąc odrobinę ze stanu Justine, a w konsekwencji z samego siebie. W ten oto osobliwy sposób dawałby do zrozumienia, jak małe są problemy człowieka w zderzeniu z ostatecznością. To prawdopodobne rozwiązanie, choć wcale tak być nie musi. Być może to tylko do bólu szczera prezentacja symptomów depresji. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prawda leży gdzieś pośrodku. Jednakowoż, w obliczu słów reżysera, który przyznaje, że czasami tygodniami nie potrafi wyjść z łóżka, pierwsze rozwiązanie traci na aktualności, a drugie na niej zyskuje. Czyżby w "Melancholii" Lars porzucił charakterystyczny dla siebie, prowokacyjny ton na rzecz całkowitej szczerości?

Poprzednie dzieło Duńczyka, czyli wspomniany "Antychryst", zakończyło się dedykacją dla Andrieja Tarkowskiego, wybitnego rosyjskiego reżysera, wielkiego mistrza kina. Von Trier nie ukrywa, jak potężny wpływ na jego twórczość ma tenże właśnie pan. "Staram się kraść od Tarkowskiego ile tylko mogę", przyznaje. W "Melancholii" odwołania do twórczości wspomnianego twórcy wydają się być widoczne, nawet jeśli nie są zbyt zobowiązujące. Podczas scen z udziałem koni na myśl przychodzą luźne skojarzenia z filmami "Andriej Rublow" i "Dziecko wojny", przede wszystkim należy jednak przywołać obraz "Myśliwi na śniegu", którego obecność łączy "Melancholię" z "Solaris". Ja z kolei nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż poważną inspiracją było dla von Triera "Ofiarowanie" – testament twórczy Andrieja Tarkowskiego, aczkolwiek to tylko i wyłącznie przypuszczenia.

Zdjęcia z ręki, będące już standardem w twórczości duńskiego reżysera, są w tym filmie wyjątkowo urokliwe. Poza walorami wizualnymi dodają dziełu niepokoju, nie będąc przy swojej specyfice przesadnie irytującymi, zapewne nawet dla widza przyzwyczajonego do oglądania ujęć nakręconych ze statywu. Wyżej wspomniana muzyka Wagnera obok nuty romantyzmu bezsprzecznie nadaje filmowi także potężnego patosu, co jest z pewnością zamierzonym zabiegiem. Zwłaszcza otwierająca film sekwencja obrazów spotęgowana wzniosłością dźwięków urasta do wręcz kolosalnych, przytłaczających widza rozmiarów.

Na przekór temu, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi dokonaniami reżysera, "Melancholia" jest dziełem wyjątkowo subtelnym. Jako widzowie wciąż jesteśmy zakładnikami swego rodzaju emocjonalnego szantażu, lecz tym razem twórca "Idiotów" eksperymentuje na nas przy pomocy znacznie delikatniejszych środków. Jego najnowszy film jest poetycką podróżą wewnątrz siebie. Dlaczego w takim razie głównymi bohaterkami są kobiety? By odpowiedzieć na powyższe pytanie można by zapewne napisać drugą taką recenzję. Warto jednak zaznaczyć, że dla pewnej specyfiki wyrazu kobieta wydaje się być niewspółmiernie bardziej interesująca i wiarygodna w oku kamery. Przypomnijmy sobie "Szepty i krzyki", "Personę" czy "Jesienną sonatę" Ingmara Bergmana, kolejnego z mistrzów Duńskiego reżysera. Nieprzypadkowo tą samą drogą podążył Woody Allen, kiedy poświęcił się pracy nad dramatem ("Wnętrza", "Inna kobieta" i "Wrzesień").

Zapewne nikt z nas nie chciałby widzieć świata oczami Larsa von Triera. Mam na myśli stan wewnętrzny Duńczyka. Oglądając jego najnowsze dzieło jesteśmy do tego niejako zmuszeni. Dla wielu z nas nie będzie to więc najprzyjemniejsze doświadczenie. Czy mimo to "Melancholia" zalicza się do największych osiągnięć jej twórcy? Jorgen Leth stwierdził nawet, że jest to najlepszy film Von Triera. Niezależnie od tego, "Melancholia" jest niewątpliwym potwierdzeniem klasy reżysera, który po mocnym w wyrazie, acz fascynującym "Antychryście", zaproponował nam pewnie niełatwy w odbiorze, ale subtelny i szczery film. Za sprawą wyjątkowości jego dwóch ostatnich dzieł, miłośnicy twórczości Duńczyka nie muszą jedynie wzdychać nostalgicznie do minionych osiągnięć swojego ulubionego reżysera, lecz mogą ze zniecierpliwieniem wyczekiwać na jego dalsze artystyczne kroki. Człowiek odpowiedzialny m.in. za "Dogville", "Trylogię Europejską" i "Tańcząc w ciemnościach" wciąż rozwija się jako twórca, a to niełatwe, kiedy ma się za sobą taki dorobek.

Znaną wypowiedzią na konferencji prasowej Lars von Trier zaszokował po raz kolejny. Stał się osobą niepożądaną w Cannes i zapewne w ten sposób ostatecznie przekreślił szanse swego znakomitego, skądinąd, dzieła na zdobycie Złotej Palmy. W konsekwencji zwyciężyło kaznodziejskie "Drzewo życia". Odnoszę wrażenie, że tak jak Terrence Malick poprzez swój film za wszelką cenę próbował przybliżyć nam Boga (którego obecność w "Drzewie życia" była dla mnie przytłaczająca, by nie rzec: irytująca), tak Lars von Trier znalazł Go w swym nihilistycznym dziele poprzez Jego brak. Zdaję sobie jednak sprawę, że podobnie jak mnie najnowszy film reżysera "Badlands", delikatnie mówiąc, nie zachwycił, tak dla wielu "Melancholia" może okazać się rozczarowaniem.

Lars von Trier jest bowiem twórcą do tego stopnia specyficznym, że w naturalny sposób jego praca wywoływać będzie skrajne reakcje, od zgorszenia po zachwyt. Duńczyk prowadzi z widzem pewną grę i trzeba zaakceptować jej zasady; zgodzić się na emocjonalny szantaż, zezwolić twórcy na pełnię artystycznej swobody, nie obawiać się specyfiki jego języka niczym ognia, a przede wszystkim być nie tylko gotowym, ale wręcz otwartym na wszelkie nieczyste zagrania, aby uczestniczyć w tej grze w pełni. Ponadto, trzeba po prostu akceptować autorską estetykę tego nietuzinkowego reżysera. Wszystkie te warunki mogą być trudne do spełnienia, lecz warto spróbować. Wtedy dwie godziny spędzone na sali kinowej mogą przeobrazić się w pewne przeżycie, a to w tej dziedzinie sztuki chyba najpiękniejsze.

Co sprawia, że "Melancholia" jest dziełem wyjątkowym? Lars von Trier nie mówi wyłącznie o swoich demonach, przy okazji litując się nad sobą. On wymierza w siebie oskarżenie. A to sprawia, że jest w tym dziele jakaś prawda. Na plakatach promujących film widzimy główną bohaterkę ubraną w kolor niewinności. Panna młoda zostaje jej pozbawiona, nie tylko przez zły – jak sama go nazywa w rozmowie z siostrą – świat, ale także przez siebie samą. Ofiara staje się oprawcą. Justine niczego nie udaje, cierpi i jest to stan szczery i prawdziwy. Ogarnięta depresją przez długi czas nie potrafi jednak wznieść się ponad własne cierpienie, co jest skądinąd w pełni zrozumiałe, lecz niekoniecznie szlachetne. Mrok, jaki Justine nosi w sobie, u kresu, przewrotnie, okaże się jedynym światłem. W przepięknym finale Lars von Trier nie pozbawia nas krzty nadziei. Chociaż czy na pewno?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (82 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie