Recenzja filmu

Śniegu już nigdy nie będzie (2020)
Małgorzata Szumowska
Michał Englert
Alec Utgoff

Ręce, które leczą

Szumowska i Englert odmalowują portret Żeni w zniuansowany sposób, zaś Alec Utgoff tworzy na tyle intrygującą kreację, że do końca udaje się podtrzymać napięcie pomiędzy prawdziwe nieziemskim ...
Ręce, które leczą
Śniegi topnieją, Małgorzata Szumowska kręci dalej. Po chłodno przyjętej "Córce Boga" reżyserka wraca do krytycznego opisu współczesności, lecz nawet ci, którzy doskonale znają jej dorobek, będą zaskoczeni efektem reżyserskiej współpracy artystki z doświadczonym operatorem Michałem Englertem. W zgłoszonym do oscarowej rywalizacji, jednym z ciekawszych obrazów weneckiego konkursu stanowczy odwrót od realistycznej formuły staje się jednocześnie przyczynkiem do kolejnego dialogu z mistrzami filmowej metafizyki.



Akcja utworu rozgrywa się na podwarszawskim strzeżonym osiedlu, które zamieszkują dobrze sytuowani przedstawiciele klasy średniej. W uprzywilejowaną, z pozoru idealną przestrzeń wkracza On – przybysz ze Wschodu imieniem Żenia (Alec Utgoff, znany m.in. ze "Stranger Things"). Postawny mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu drepcze od domu do domu i pomaga klientom, wykonując terapeutyczne masaże. Szybko jednak staje się dla nich kimś więcej: powiernikiem, przyjacielem, kochankiem, uzdrowicielem... Wraz z pojawieniem się bohatera w owym skostniałym, sztucznym świecie zaczynają dziać się niewytłumaczalne rzeczy. Jak nietrudno się domyślić, na zawsze odmienią jego oblicze.

Począwszy od sekwencji otwierającej, przez cały narracyjny bieg, kluczowy dla Szumowskiej wydaje się konflikt między naturą, czyli tym, co pierwotne, magiczne oraz irracjonalne, a kulturą, reprezentowaną przez przestrzeń zurbanizowaną, wchłaniającą kolejne niezasiedlone tereny i ludzkie istnienia. Żenia dosłownie wyłania się z głębi mrocznego, ciemnego lasu i staje się panem pierwszego z tych światów. Tymczasem osoby, dla których pracuje, pozostają częścią rzeczywistości ponowoczesnej, opartej na rutynie, ciągłej konsumpcji, wiecznym niezaspokojeniu. Bohater ma ze sobą tylko jedną torbę, żyje sam w małym mieszkaniu i zmaga się z bolesną przeszłością, a mimo to wydaje się szczęśliwszy od swoich klientów. Korzystający z jego usług to z kolei jednostki w egzystencjalnej matni, zmagające się z pustką, niespełnieniem, łaknące bliskości i akceptacji. Kilkukrotnie w filmie powraca ujęcie mężczyzny wpatrzonego w zachodzące słońce – czy właśnie ono jest źródłem jego siły i niezwykłej energii, którą obdarza napotkane osoby? Momentami Żenia jawi się jako wcielenie boskości (w czym przypomina nieco bohatera "Teorematu" Pasoliniego), a chwilę później jest mężczyzną o umyśle dziecka, nieświadomym niczego, przypadkowo wrzuconym w obcy świat. Ten dualizm najmocniej wybrzmiewa w scenach wizyt u Ewy (Agata Kulesza), gdy bohater albo pełni rolę mistrza ceremonii, przenoszącego kobietę do "innego wymiaru" albo kiepskiego rozmówcy, z trudem podejmującego intelektualny wysiłek.



Drugi wielki temat filmu wiąże się z pytaniem o cienką granicę, rozdzielającą faktyczną obecność sił nadprzyrodzonych w życiu bohaterów od cynicznego kuglarstwa. Twórcy, w nader wyrafinowany sposób, budują aurę niesamowitości wokół protagonisty, wykorzystując powolne, transowe najazdy kamery na jego nieprzeniknioną twarz, wizyjne sceny z podświadomości hipnotyzowanych osób oraz oniryczne ujęcia z dzieciństwa Żeni. Te zabiegi formalne uzupełniają o kompozycje wielkich mistrzów formatu Chopina i Szostakowicza. Jednocześnie wraz z rozwojem fabuły mnożą wątpliwości wokół pochodzenia i tożsamości mężczyzny, jego domniemanego napromieniowania (urodził się niedaleko Czarnobyla) oraz skuteczności stosowanych metod. Efektowna scena magicznego pokazu w szkole wprowadza widza (i klientki bohatera) w konsternację, każąc przewartościować wiedzę i zdać się na intuicję. Na szczęście Szumowska i Englert odmalowują portret Żeni w zniuansowany sposób, zaś Alec Utgoff tworzy na tyle intrygującą kreację, że do końca udaje się podtrzymać napięcie pomiędzy prawdziwie nieziemskim charakterem zdarzeń a perfekcyjnie zainscenizowaną iluzją. Co więcej, twórcy snują rzadko obecną dziś w kinie refleksję, dotyczącą związku samoakceptacji z nowocześnie pojmowaną duchowością. Protagonista to bowiem nie guru, przemawiający z mównicy przed tłumem, ale uosobienie łagodności i opiekuńczości. Postać nieoceniająca, uważnie słuchająca, wlewająca w serca nadzieję.

W całym filmie zdecydowanie najsłabiej wypada proekologiczne przesłanie, do którego nawiązuje już sam tytuł. Autorzy przekazują pewne uwagi w sposób zbyt bezpośredni, ocierający się o tani dydaktyzm, jakby nie wierzyli w naszą spostrzegawczość i inteligencję. Nie do końca satysfakcjonujące są też portrety mieszkańców osiedla, momentami zbyt stereotypowe albo wręcz karykaturalne. Najbardziej przejrzyście objawia się to na przykładzie kreacji Katarzyny Figury, sytuującej się gdzieś na przecięciu autoparodii i autoironii, przypominającej o kultowych rolach aktorki w kinie popularnym z lat 90. Nie oznacza to wcale, że w filmie brakuje humorystycznych perełek (jak ta z występem szkolnego chóru) – komediowe inklinacje Szumowska zdradzała już w nagrodzonej na Berlinale "Twarzy".

W "Body/Ciało" polska reżyserka jawnie odwoływała się do twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, traktując zagadnienia metafizyczne z dystansem i humorem. "Śniegu już nigdy nie będzie" to film bliski tej strategii, lecz następuje tu zauważalne przesunięcie. Nieprzypadkowo jedna ze scen nawiązuje do legendarnego ujęcia z finału "Stalkera" Tarkowskiego, obrazującego przesuwanie szklanki po stole bez użycia rąk. Szumowskiej i Englertowi daleko do poziomu wybitnego rosyjskiego mistyka, ale ich artystyczna odwaga, niekonwencjonalne podejście do formy oraz waga podejmowanej problematyki zasługują na uznanie. Oby na tej drodze były kolejne przystanki.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
64% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Udostępnij: