Recenzja filmu

Ach śpij kochanie (2017)
Krzysztof Lang
Andrzej Chyra
Tomasz Schuchardt

Piękny tylko Władek

Polskie kino gatunkowe – to spod znaku kryminału – uparcie dąży do poziomu, jaki proponują widzom twórcy amerykańscy. Sam David Fincher stał się autorem cytowanym niemal zawsze. Nawet wtedy, ...
"Jak kopiować, to od najlepszych..." – taką słynną maksymę wziął sobie do serca wiele lat temu Quentin Tarantino, a efekty tego z opadniętymi szczękami oglądamy do dziś. Nie trzeba jednak wybiegać aż za Ocean, żeby znaleźć reżyserów, którym to motto towarzyszy. Niestety z dużo marniejszym skutkiem. Polskie kino gatunkowe — to spod znaku kryminału — uparcie dąży do poziomu, jaki proponują widzom twórcy amerykańscy. Sam David Fincher stał się autorem cytowanym niemal zawsze. Nawet wtedy, kiedy wydaje się to w dużym stopniu zbędne, co zresztą doskonale obrazuje niedawny "Amok". Nie każdy z reżyserów ma wyrobiony autorski język, dlatego bycie drugim Smarzowskim czy o zgrozo Vegą, staje się tak trudne.

W konsekwencji tego twórcy starają się wypośrodkować filmową formułę i tam, gdzie nie starcza własnej wizji, wrzucić coś z klasyka. Podobnie jak reżyser "Ach śpij kochanie", Krzysztof Lang. Przypadek tego filmu nie wydaje się wiele trudniejszy, nawet jeżeli akcja została zakorzeniona w latach 50. ubiegłego wieku, we wczesnym PRL-u. Fabuła koncentruje się na młodym milicjancie Karskim (Tomasz Schuchardt), który wpada na trop seryjnego zabójcy. Nie mamy tutaj jednak do czynienia z klasycznym ujęciem gatunku, gdzie rozwiązanie śledztwa prowadzi do pojmania sprawcy w momencie kulminacyjnym. Mordercę poznajemy już w pierwszej scenie filmu. Grany przez Andrzeja Chyrę Władysław Mazurkiewicz to postać historyczna. Karski do spółki ze swoim partnerem Pajekiem (Arkadiusz Jakubik) próbuje udowodnić winę Mazurkiewiczowi, mimo sceptyczności przełożonych. Z naprawdę bogatej obsady swoje minuty mają jeszcze Bogusław LindaAndrzej GrabowskiKatarzyna Warnke czy Karolina Gruszka.


Mimo tak doborowego zespołu aktorskiego Langowi nie udaje się stworzyć wiarygodnego kolektywu. Każdy gra tutaj swoje. Aktorzy nie potrafią się nawzajem uzupełniać, przez co tworzy się między nimi bariera i poczucie sztuczności. Zupełnie jakby autor scenariusza Andrzej Gołda zapisał osobno różne wypowiedzi, a potem próbował przerobić to na dialog. Niezależnie od tego indywidualnie radzą sobie WarnkeSchuchardt, a przede wszystkim Chyra. Jako jedyny od początku do końca wie, czego chce na ekranie i dzięki temu staje się pełnoprawną postacią z szeregiem cech i motywacji. Być może pomogło mu to, że był jedynym, który mógł się na kimś wzorować. Poczucie chaosu widać nie tylko na polu aktorstwa.

Autorska wizja Langa na stworzenie unikatowej historii w warstwie narracji i formy sprawia wrażenie za krótkiej. Niczym skąpa część odzieży, którą próbuje się rozciągać na wszystkie strony, aby zakryła odpowiednio dużo. To jednak nie wystarcza. Reżyser formalnie ucieka się do wspomnianych wcześniej klasyków inspiracji. Niczym Fincher bardzo mocno próbuje wystylizować przedstawiony świat. Pomaga mu w tym operator Adam Sikora, który tworzy bardzo ładne, estetyczne opakowanie ekranowych wydarzeń. Za grosz tu jednak szukać twórczego i wizualnie dopieszczonego patentu, który na polskim podwórku próbował przemycać w "Czerwonym pająku" Marcin Koszałka czy Maciej Pieprzyca, doprowadzając niemal do perfekcji w "Jestem mordercą". Pomimo tych uchybień zaskakująco dobrze wypada scena, która w oczywisty sposób przywołuje na myśl słynne rozmowy Doktora Hannibala Lectera z agentką Starling z filmu "Milczenie owiec".


Reżyser "Ach śpij kochanie"do spółki ze scenarzystą usilnie czuje potrzebę posiadania w swoim filmie postaci na tyle wyrazistej jak wspomniany Lecter. Od początku daje widzowi do zrozumienia, że to Mazurkiewicz, nazywany "Pięknym Władkiem", jest punktem wyjścia. Analogicznie do niedoświadczonej agentki Starling tworzy pierwszoplanową postać młodego milicjanta Karskiego. Próba zderzenia ze sobą dwóch charakterów w filmie Langa wygląda interesująco, ale tylko pozornie. Zupełnie jakby twórcy zapomnieli, jak trzymać widza w napięciu i jak umiejętnie w danym gatunku prowadzić opowiadaną historię. Emocje kończą się już w połowie, kiedy to wątek główny zostaje w dużym stopniu zakończony, a wątki poboczne są skrajnie obojętne, na czele z miłosnym. Chaos, który wkrada się w drugiej połowie filmu, nieuważnego widza może przyprawić o konfuzję. Dlatego wmontowane retrospekcje wyglądają raczej jak wrzucone na siłę w późnym etapie postprodukcji.


Historia przedstawiona w filmie żyje niejako swoim życiem. Można odnieść wrażenie, że reżyser jest trochę obok swojej produkcji. W pewnej mierze zawiera tutaj znane gatunkowe motywy, posługując się kanwą prawdziwej historii, przynajmniej stara się nadpisać na nich własny zarys. Są w filmie pozornie trafione pomysły, takie jak relacja Karskiego z Władkiem, czy Władka z byłą żoną. Jest to jednak albo cząstkowo zarysowane, albo ostatecznie ginie w nieudolnym rozpisaniu całości. "Ach śpij kochanie" to niestety kolejny przedstawiciel rodzimego kina gatunkowego, który kompletnie nie wytrzymuje konkurencji z filmami, na których się wzoruje. Ostateczne pozbawienie filmu puenty czy chociażby śladowej konkluzji dowodzi, że nie wszystko da się skopiować i wkleić. Dlatego tak ważne jest posiadanie autorskiego stempla, którym jest własny język filmowy twórcy, nawet w kinie gatunków.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
83% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
"Ach, śpij, kochanie" próbuje być na przemian czarnym kryminałem, rozliczeniowym obrazem Polski lat 50. oraz dramatem psychologicznym. W rezultacie powstał jednak z lekka ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 59%