Recenzja filmu

Bękarty wojny (2009)
Quentin Tarantino
Eli Roth
Brad Pitt
Mélanie Laurent

Heil Tarantino

Do tego filmu przygotowywałem się niemal z namaszczeniem. Nowy film Quentina Tarantino, w dodatku wojenny, to musi być coś! – myślałem. Po takim wstępie zapewne spodziewacie się, że napiszę: "Ale ...
Do tego filmu przygotowywałem się niemal z namaszczeniem. Nowy film Quentina Tarantino, w dodatku wojenny, to musi być coś! – myślałem. Po takim wstępie zapewne spodziewacie się, że napiszę: "Ale niestety rozczarowałem się". Wcale nie. Absolutnie nie rozczarowałem się. Nie dlatego, że jestem miłośnikiem twórczości tego pana i podświadomie okłamuję sam siebie. Nie dlatego, że kilka miesięcy wcześniej czytałem scenariusz i wiedziałem, czego się spodziewać. Nic z tych rzeczy. Nie rozczarowałem się, ponieważ ten film nie rozczarowuje. Jednak pod warunkiem, że wybierając się na niego, zdajemy sobie sprawę, że to film Quentina Tarantino, a nie jakaś hollywoodzka wojenna sieczka. "Bękarty wojny" to nie żaden "Szeregowiec Ryan", ani nawet "Kill Bill" w scenerii II wojny światowej. Jeśli już, to bardziej wojenne "Wściekłe psy". Bo podobnie jak w tamtym filmie, tutaj niemal wyłącznie gadają, a sceny akcji to tylko smakowite rodzynki. Jednak po kolei.

O czym jest ten film? Wbrew pozorom nie jest to remake włoskich "Bohaterów z piekła", o których niektórzy z was może słyszeli (ja nawet widziałem). Nie można nawet powiedzieć, że Quentin zainspirował się tamtym filmem. Wziął z niego tylko jego angielski tytuł, który zresztą trochę "podrasował" (napisany jest z błędami ortograficznymi – być może niewielki ukłon w stronę "Smętarza dla zwierzaków" Stephena Kinga). "Bohaterowie z piekła" to była taka włoska "Parszywa dwunastka". Owszem, w "Bękartach wojny" również mamy komando parszywych drani (także karanych – to jednak można wyczytać w scenariuszu, choć oglądając film, na pewno widz ma takie podejrzenia). Nasze "Bękarty" to w większości Żydzi amerykańskiego pochodzenia (jest też jeden Niemiec, który nienawidzi nazistów, dlatego przeszedł na stronę aliantów), którzy zostali zrzuceni na tereny okupowanej Francji z jednym zadaniem: zabijać (i skalpować) nazistów. Jak mówi porucznik Aldo Raine (Brad Pitt) w pierwszej scenie, kiedy ich poznajemy: "Każdy z was jest mi winien 130 nazistowskich skalpów!". Pewnego dnia dostają bardziej skomplikowane zadanie: mają wysadzić w powietrze kino, w którym ma się odbyć premiera nazistowskiego filmu, na którą przyjdzie wielu wysokich dygnitarzy III Rzeszy. To jeden wątek. Drugi to losy Shosanny Dreyfus (Mélanie Laurent), nastoletniej Żydówki, która jako jedyna przeżyła masakrę swojej rodziny zgotowaną przez demonicznego pułkownika Hansa Landę (Christoph Waltz), "Łowcę Żydów". W scenariuszu Quentin opisywał jeszcze, jak przedostała się do Paryża, po czym została przygarnięta przez właścicielkę kina, by po kilku latach odziedziczyć je po niej. W filmie następuje przeskok i od razu widzimy, jak prowadzi ten przybytek. Traf chce, że to jej kino naziści wybrali na premierę swojego filmu. Tym samym na drodze Shosanny ponownie staje pułkownik Landa. Dziewczyna postanawia się zemścić…

Sama fabuła nie jest zbyt oryginalna, ale w końcu żadna fabuła nie jest. Jeśli chodzi o opowieść, to liczy się tylko scenariusz. A "Bękarty wojny" z całą pewnością mają oryginalny scenariusz. Choć oczywiście wiadomo, że "oryginalny" nie znaczy "dobry". A jak jest w przypadku "Bękartów wojny"? Scenariusz jest dobry, średni czy kiepski? A może bardzo dobry? Skłaniam się do tego ostatniego, zaznaczając jednak, że przecież mógłbym użyć jeszcze słowa "genialny" czy "rewelacyjny". Tego jednak nie zrobię. Genialny był scenariusz "Pulp Fiction", rewelacyjny – "Wściekłych psów". Ten jest "jedynie" bardzo dobry. Poza tym "scenariusz" to słowo-klucz do oceny "Bękartów wojny", przynajmniej na poziomie zwyczajnego widza. Wielu ludziom nie podobał się ten film, ponieważ było w nim za mało akcji i po prostu wynudził ich. Ale czy "nudny" znaczy "kiepski"? Dla wielu widzów tak, choć przecież nie można tym się sugerować. Skoro "Bękarty wojny" nie są filmem kiepskim ze względu na małą ilość akcji, to do czego można się przyczepić? Hmm, co powiecie na brak efekciarstwa? Spieszę jednak zapewnić, że dla mnie efekciarstwo to zjawisko zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jesteśmy przy Tarantino, więc przytoczmy przykład "Kill Billa". Tam mamy sporo efekciarstwa (pozytywnego, tym bardziej, że pokazanego w formie zgrywy) – różnorodne ruchy kamery, zbliżenia, przenikania, patetyczna muzyka i wiele innych tricków. W "Bękartach wojny" Tarantino też oferuje nam kilka takich rzeczy, ale naprawdę niewiele. Czy to znaczy, że film jest kiepski? Chyba raczej nie, prawda? Reżyseria Tarantino jest tu bardziej stonowana, ale wciąż perfekcyjna. Do czego można się jeszcze przyczepić? A, mam! Fałszowanie historii! No, to rzeczywiście jest minus – w końcu Tarantino zrobił film dokumentalny, ba! edukacyjny, który w przyszłości zastąpi szkolne podręczniki. Ludzie, przecież "Bękarty wojny" to nawet nie film wojenny. To jedna wielka zgrywa – choć bardziej fabularna, a nie formalna.

Quentin zapowiadał, że nakręci spaghetti-western w realiach II wojny światowej. I tak zrobił! Tyle tylko, że nie odniósł się ogólnie do gatunku, ale raczej wyłącznie do twórczości Sergia Leone, którego filmy przecież różniły się od innych spaghetti-westernów (przez co były arcydziełami, w przeciwieństwie do reszty, którą z całą pewnością trzeba nazwać kiczem). Już pierwsza scena to wyborne nawiązanie do "trylogii dolarowej" oraz – a właściwie przede wszystkim – "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" (sceny masakry rodziny McBainów). A że dalej nie ma strzelanin i pościgów? Przepraszam, ale u Leone też nie było. W jego westernach bardzo dużo mówili i mówili. Tak samo jest w "Bękartach wojny". A że, jak wiadomo, Tarantino pisze wyborne dialogi, te sceny są…muzyką dla uszu. No i a propos muzyki – jej twórcą jest Ennio Morricone, nadworny kompozytor Leone. Tu jednak mam pewne zastrzeżenia – Morricone nie spisał się tak, jak tego oczekiwałem, choć wykonał porządną robotę.

Kontynuujmy…Pierwsza scena (czy raczej rozdział), kiedy pułkownik Landa pojawia się na farmie francuskiego wieśniaka, który ukrywa żydowską rodzinę to istny majstersztyk. Piętnaście minut znakomitych tekstów, reżyserii i aktorstwa. I początek puszczania oka do widza. Już kontrast pomiędzy Landą i farmerem to fenomenalna gra pozorów. Landa wygląda i zachowuje się (przynajmniej początkowo) jak jakiś zniewieściały, sympatyczny urzędnik, natomiast farmer przywodzi na myśl twardziela (właściwie to wierna kopia Leonidasa z "300"). Jednak pod koniec spotkania Landa okaże się prawdziwym demonem w ludzkiej skórze, który doprowadzi do płaczu naszego wieśniaka i zmusi go do wydania Żydów. Ucieknie tylko Shosanna i tu mamy kolejny żart Tarantino. Landa widzi ją, ma ją na celowniku i z łatwością mógłby sprzątnąć, rezygnuje jednak, a na dodatek woła: "Do zobaczenia, Shosanna!". Skąd zna jej imię? Ok, miał spis Żydów, którzy mogli się ukrywać u farmera, ale skąd wiedział, że to właśnie Shosanna uciekła? I jeszcze woła: "Do zobaczenia". Może jest diabłem, który zna przyszłość? Oczywiście, że tak (żeby nie było: nie piszę tego dosłownie), ale to także nawiązanie do tysięcy podobnych historii, w których morderca po latach spotyka syna/córkę/brata/męża swoich ofiar, chcącego się zemścić. Landa wie, że się spotkają, ponieważ taka jest konwencja tego filmu. W "Bękartach wojny" jest jeszcze wiele takich smaczków. Np. w scenie, kiedy Landa spotyka Bridget Von Hammersmark (Diane Kruger) i trzech "bękartów" udających Włochów na premierze nazistowskiego filmu. Taki Spielberg zrobiłby z tego scenę pełną napięcia (Landa patrzyłby demonicznie w ich oczy, ale cały czas grałby, że nie wie, o co chodzi, chociaż widz i pewnie druga strona domyślaliby się, że jednak wie). Tymczasem Tarantino postawił na komizm, i to – jak to się mówi – perfidny. To, co w tym momencie robi Landa (nie zdradzę co) wprawia widza w osłupienie, by po chwili kazać mu się śmiać. Mistrzostwo! Jedna z najlepszych scen filmu. Podobnie jak ta w piwnicy, gdzie Bękarty przychodzą na spotkanie z Bridget Von Hammersmark. Pół godziny gadania, i to w jednym małym pomieszczeniu, przez co wrażenie jest jeszcze większe, kiedy w końcu dochodzi do akcji. Ta scena pokazuje również, że w "Bękartach wojny" może zdarzyć się wszystko – każdy może umrzeć, i to w najmniej oczekiwanym momencie. W filmie mamy również coś na kształt wątku miłosnego – z tym, że Tarantino rozgrywa go po swojemu, bardziej realistycznie, kpiąc z tego schematu (często wplatanego w tego typu produkcje), wieńcząc go wyborną puentą.

W "Bękartach wojny" nie ma głównego bohatera. Na pewno nie jednego, któremu w szczególności kibicowalibyśmy. Choć myślę, że gdyby się uprzeć, widz najbardziej identyfikuje się z Shosanną (bardzo dobrze zagraną przez Melanie Laurent) – w końcu to sympatyczna i bardzo ładna osoba, która na dodatek sporo wycierpiała. Jednak nie sposób nie lubić także pułkownika Landę. Zresztą, widzowie od zawsze lubili czarne charaktery, jeśli były one wyraziste. I Landa taki jest: zabawny, czasem sympatyczny, czasem przerażający, a także inteligentny i nieprzewidywalny. Christoph Waltz stworzył rolę prawdziwie wybitną, która przebija nawet Hannibala Lectera w wykonaniu Anthony’ego Hopkinsa. Złota Palma w Cannes jest tego potwierdzeniem, a jeśli zostanie nominowany do Oscara – byłoby głupotą, gdyby tak się nie stało – ma go praktycznie w kieszeni. Równie charakterystyczną postacią jest porucznik Aldo Raine. Z jednej strony poważny żołnierz, z drugiej – "dziecko w sklepie z zabawkami", który owszem, wykonuje rozkazy, ale zawsze po swojemu. Nie wiadomo, czego po nim się spodziewać, co świetnie pokazuje wspomniana już scena w piwnicy – kiedy mówi niemieckiemu żołnierzowi, że daruje mu życie, gdy odłoży broń widz nie wie, czy to prawda, czy kłamstwo. Bo Aldo Raine to prawdziwy drań, ale swój honor ma. Brad Pitt spisał się na medal (można rzec: Honoru)

"Bękarty wojny" to również przejaw miłości Tarantino do kina, co było do przewidzenia. Ale tym razem nie objawia się ona hołdem dla innych produkcji. Tylko początek to mała "zrzynka" (no i jeszcze może końcowa akcja w kinie przywodzi na myśl "Carrie" Briana De Palmy na podstawie książki Stephena Kinga), reszta to po prostu nawiązanie do kina wojennego w ogóle. Albo nawet nie do kina, raczej do historii – w końcu co innego można by pokazać w filmie opowiadającym o II wojnie światowej? Losy kobiety umierającej na białaczkę? Swoją miłość do kina Tarantino pokazuje tutaj w bardziej zwyczajny sposób – poprzez swoich bohaterów, którzy mniej lub bardziej mają do czynienia z kinematografią. Pod tym względem "Bękarty wojny" to także swego rodzaju satyra na środowisko filmowe. Shosanna prowadzi kino, zauroczony nią niemiecki bohater wojenny, który wystąpił w filmie o sobie to taki gwiazdor "Hollywood", Bridget Von Hammersmark, niemiecka aktorka, która pomaga Bękartom, to głupiutka megagwiazda kina (choć na pewno nie w stylu Paris Hilton), a o miłości Josepha Goebbelsa do X muzy chyba nie trzeba wspominać. Z kolei film, który oglądają naziści to typowy przykład większości współczesnych hollywoodzkich produkcji: akcja, akcja i jeszcze raz akcja.

Podsumowując, "Bękarty wojny" to albo nowy rozdział w twórczości Quentina Tarantino (ale z typowymi dla niego zagrywkami), albo wyjątek. To jednak nie ma żadnego znaczenia. Jaki jest sens porównywania ich z "Pulp Fiction"? Żadnego. Oczywiście, że "Pulp Fiction" jest lepszym filmem, ale czy z tego powodu "Bękarty" są tym gorszym? Oceniając najnowszą produkcję Q.T., należy skupić się wyłącznie na niej, na niczym więcej. Reżyseria jest na wysokim poziomie? Jest. Scenariusz? Oczywiście. W dodatku sporo w nim oryginalności. Dialogi rewelacyjne, a postacie na pewno nie papierowe. Muzyka, zdjęcia? Praktycznie nie mam zastrzeżeń. Aktorstwo? Genialne! Treść, przesłanie? Chyba nie jesteśmy dziećmi, prawda? Zdajemy sobie sprawę, że nie tylko filmy o umierających na raka, pogrążonych w depresji czy walczących z systemem mają jakieś przesłanie, co nie? A może jesteśmy tacy ograniczeni, co? Jeśli tak i na dodatek czytamy tylko koniec tej recenzji, to spieszę zapewnić, że "Bękarty wojny" mają jednak przesłanie. A nawet kilka. Najważniejsze to: nie wypowiadaj się na jakiś temat, jeśli nie masz o nim pojęcia. Poza tym podkreślam, że najnowszy twór Quentina Tarantino to na pewno nie pusta sieczka (choć parę brutalnych scen jest, owszem), w którym robią tylko pif!paf! czy tratatatata! Obejrzyjcie, a sami się przekonacie.
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
65% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (81 głosów).
Kiedy do mediów przedostały się pierwsze informacje o planowanym najnowszym projekcie Quentina Tarantino, były one co najmniej niepokojące. Tarantino bierze się za ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 73%
Quentin Tarantino - to nazwisko przebrzmiewające głośnym echem przez branżę filmową, budzące tyle samo odgłosów uwielbienia, co zdecydowanej krytyki. Z biegiem lat, stało ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 96%