Recenzja filmu Cóż za piękny dzień (2019)
Marielle Heller

Heller co prawda chwilami próbuje nadać Rogersowi bardziej ludzki charakter. Jednak w ten sposób jedynie drażni się z widzami, sugerując ciekawe historie, którymi nie zamierza się jednak szerzej ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Pan Rogers to w Stanach Zjednoczonych instytucja. Człowiek święty, traktowany w podobny sposób, co w Polsce Jan Paweł II. Oznacza to, że w zasadzie można mówić o nim dobrze lub wcale. Ci, którzy odważą się na krytykę, wystawiają się na zmasowany hejt. Marielle Heller musiała być tego świadoma, gdy podejmowała się reżyserii "Cóż za piękny dzień". Zapewne wielokrotnie słyszała słowa, które padają zresztą w samym filmie: "Proszę, nie niszcz mi dzieciństwa". I Heller do tej prośby się przychyliła.

photo.title

Dokonała tego w ciekawy artystycznie sposób. "Cóż za piękny dzień" nie jest bowiem typowym filmem biograficznym. Heller zamiast o Fredzie Rogersie, człowieku z krwi i kości, opowiada o zjawisku, jakim był Pan Rogers i wpływie, jaki miał na świat. W interpretacji Toma Hanksa jest on niemalże demiurgiem, personifikacją altruizmu i empatii. Jego chęć, by słuchać innych, jak również umiejętność przekazywania bezwarunkowej akceptacji sprawiają, że staje się moralnym wychowawcą narodu, katalizatorem osobistego rozwoju setek tysięcy osób.

Owo zjawisko Heller pokazuje na przykładzie Lloyda Vogla (Matthews Rhys), ambitnego dziennikarza, który specjalizuje się w demaskowaniu mrocznej strony świata. Vogel naznaczony jest osobistą tragedią. W młodości został porzucony przez ojca i to w momencie, kiedy matka zmagała się ze śmiertelną chorobą. Mężczyzna nigdy nie wybaczył rodzicowi, że ten uciekł, kiedy był najbardziej potrzebny. Teraz ojciec próbuje nawiązać z nim kontakt, jednak Lloyd zdecydowanie się temu sprzeciwia. Nagle jednak na drodze mężczyzny staje Pan Rogers. Lloyd Vogel wbrew sobie zaczyna rozmawiać z nim o swoim życiu. I tak widzowie mogą przekonać się na własne oczy o niezwykłości jednej z największych ikon amerykańskiej telewizji.

Niestety decyzja, by odejść od typowego schematu kina biograficznego, jest jedynym interesującym pomysłem Marielle Heller. Sama opowieść o próbie odbudowy więzi rodzinnej jest bowiem zbudowana wyłącznie na kliszach, które dawno zdążyły zblaknąć od nadużywania. Sam Rogers zaś jest w tej fabule zbędnym elementem. Wystarczyłoby jedynie, aby ojciec wykazał się pewnym uporem, a syn w końcu zauważył, że z rodzicem jest coś nie tak, i całość potoczyłaby się dokładnie tymi samymi torami.

Decyzja, by sam Rogers był jedynie katalizatorem, fenomenem społecznym, a nie człowiekiem z krwi i kości, ma też swoje niespodziewane, niekorzystne reperkusje. Ciepły uśmiech, który nie schodzi z twarzy Toma Hanksa, jak również jego głos hipnotyzera, zmieniają tę postać. Zamiast być przewodnikiem po wyboistej drodze życiowych traum staje się on pacyfikatorem niepokornych jednostek burzących spokojną taflę społeczności. Jest on niczym bromek potasu podawany swego czasu żołnierzom w Wojsku Polskim – ma temperować, koić i czynić ludzi bardziej uległymi w obliczu cierpienia.

photo.title

Heller co prawda chwilami próbuje nadać Rogersowi bardziej ludzki charakter. Jednak w ten sposób jedynie drażni się z widzami, sugerując ciekawe historie, którymi nie zamierza się szerzej zajmować (jak choćby trudne relacje Rogersa z jego własnymi dziećmi). Koniec końców reżyserka wzniosła wspaniały monument ku pamięci ikony telewizji. Wykonano go zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki filmowej. Poprawne aktorstwo z prawidłowo wygranymi wszystkimi sentymentalnymi nutami, równe tempo nie dające pretekstu do nudy, realizacyjny połysk typowy dla produkcji taśmowych sprawiają, że większość widzów wyjdzie z kin zadowolonych. Nie będzie miało dla nich większego znaczenia, że ten pomnik – jak każdy inny – w ostatecznym rozrachunku posłuży gołębiom do zaspokajania potrzeb fizjologicznych.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie