Recenzja filmu Godziny (2002)
Stephen Daldry

Na skraju otchłani. Na rozstaju dróg. Na drodze ku światłu

Od dawna wiadomo, co jest potrzebne do szczęścia. Jaki tryb życia i zaspokojenie jakich potrzeb gwarantują poczucie radości i spełnienia każdemu właściwie człowiekowi. Ot, pełny brzuch i miękkie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Godziny (2002)
Od dawna wiadomo, co jest potrzebne do szczęścia. Jaki tryb życia i zaspokojenie jakich potrzeb gwarantują poczucie radości i spełnienia każdemu właściwie człowiekowi. Ot, pełny brzuch i miękkie łóżko. Myślenie z ufnością o jutrzejszym dniu, poczucie bezpieczeństwa. Kochająca rodzina. Dzieci. Nagrody, szacunek i uznanie. Kontakt z pięknem, z naturą i sztuką. Twórczość. Samorealizacja.

Każda bohaterka "Godzin" ma to wszystko. Abraham Maslow mógłby być dumny z Virginii, Laury i Clarissy - są kochane, zamożne. Spełniają się. Virginia (nagrodzona Oskarem Kidman) pisze w liście do męża, że trudno wyobrazić sobie szczęśliwsze małżeństwo, niż to, które ją spotkało. Laura (godna Oskara Moore) żyje jak w reklamie "amerykańskiego snu" z lat 50. Trybu życia Clarissy (Streep, godnej Oskara jeszcze bardziej) mogłyby jej pozazdrościć wspólnie zarówno wszystkie dzisiejsze feministki, jak seksiści. Wydawałoby się, że szczęście powinno być wspólnym mianownikiem, łączącym te trzy historie...

A jednak tak nie jest. Cała ich codzienna krzątanina, układanie kwiatów, pieczenie ciasta, pisanie książek, pomaganie przyjaciołom, przyjmowanie gości i bawienie dzieci - wszystko to nagle okazuje się złudnym zagłuszaniem mroku. Trzy bohaterki przejdą w tym filmie załamanie, a jeden (symultanicznie odgrywający się w kilku różnych czasach) dzień zmieni całe ich życie. Zmieni je książka "Pani Dalloway" Virginii Woolf (pisana, czytana, przeżywana). Zmieni je także (histerycznie przyjmowany przez publiczność) kobiecy pocałunek - będący swego rodzaju pieczęcią, znakiem zmiany i dowodem na jej nieunikniony charakter.

Wydawać by się mogło, że chodzi tu o zmianę na gorsze, na dużo gorsze. O straszliwy ludzki dramat. Ktoś straci jedyną prawdziwą miłość; ktoś uzmysłowi sobie jedyny możliwy koniec; ktoś inny - jedyny możliwy ratunek, będący jednak tragiczny w skutkach. Ale czy rzeczywiście nie ma ani odrobiny nadziei?

O czym bowiem tak naprawdę są "Godziny"? Według mnie to przede wszystkim film o walce z otchłanią. Egzystencjalny obraz głębokiego, wewnętrznego niepokoju, a miejscami nawet przerażania tym, że jest tak, jak jest. Że trzeba zmagać się ze swymi demonami, z chorobą, z upiorami przeszłości... i w ostatecznym rozrachunku po prostu z przerażającymi, codziennymi godzinami. A jedynym rozwiązaniem wydaje się śmierć, do której bohaterowie filmu zbliżają się niczym ćmy, zahipnotyzowane światłem lampy. Ale - co może najważniejsze - to także film o tym, że nie wszystkie ćmy muszą umrzeć. Że zdarza się, iż śmierć jednej z nich powstrzymuje pęd pozostałych. Bo czasami "ktoś musi umrzeć, by inni mogli żyć bardziej".

Perfekcyjnie zrealizowany, koncertowo zagrany film Daldry'ego z zapadającą w pamięć, genialnie hipnotyczną muzyką Philipa Glassa (doskonale sprawdzającą się także w oderwaniu od obrazu) nie otrzymał jednak Oskara dla najlepszego filmu 2002 roku. Ustąpić musiał przed roztańczoną feerią barw musicalu "Chicago". Trochę szkoda. Ale jednocześnie czy rzeczywiście ma to aż takie znaczenie? Czy cały ten blichtr i splendor wielkich nagród nie jest tylko kolejnym... złudzeniem?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (80 głosów).
marlon
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię