Recenzja filmu

Halloween zabija (2021)
David Gordon Green
Jamie Lee Curtis
Judy Greer

Noc oczyszczenia

W "Halloween zabija" skala zniszczeń diametralnie się zwiększa, a ludzie pełnią rolę statystów w surowej sztuce prymitywisty Myersa.
Noc oczyszczenia
Zabawę w kotka i myszkę czas zacząć. Ten kotek ma jednak więcej niż dziewięć żyć, a harcujące myszki – choć chcą upolować kotka – myszkami do końca pozostaną. Kilka chwil po finale "Halloween" (2018), kiedy uwięziony w piwnicy swojej niedoszłej ofiary Michael Myers czeka na strawienie przez ogień, pomocną dłoń wyciąga do niego straż pożarna. I natychmiast tę dłoń traci. Masakra, jaką zamaskowany morderca urządza na wstępie krzepkim strażakom, nie pozostawia złudzeń. W "Halloween zabija" skala zniszczeń diametralnie się zwiększy, a ludzie pełnić będą rolę statystów w surowej sztuce prymitywisty Myersa.



Jest w tej strategii sporo niezamierzonej ironii. Wystarczy bowiem aż nadto, że sam zbrodniarz funkcjonuje jako pozbawiona psychiki, litości i pragnień, skonstruowana ze znaków zapytania figura. Podczas gdy pierwszy reżyserowany przez Davida Gordona Greena film ustawiał Złego w konflikcie z trzema charakternymi kobietami, ciąg dalszy tej historii skupia się na – jeszcze chwilę temu pozbawionej fabularnego znaczenia – społeczności Haddonfield, rodzinnej mieściny naszego psychopaty. Okazuje się, że ją także zżera pokoleniowa trauma po spotkaniu z mordercą w białej masce. Od tamtych wydarzeń minęło jednak 40 lat. Żebyśmy się nie pogubili, twórcy cofają nas w czasie i w ramach licznych przypisów doklejają bonusowe sceny do ziarnistego pierwowzoru Johna Carpentera. Sporo w tym popkulturowej nostalgii, niewiele subtelności. Dużo pretekstu, mało charakterów z prawdziwego zdarzenia. W ten właśnie sposób kilku- i nastolatki niegdyś przemykające przez drugi i trzeci plan teraz zajmują plan pierwszy. Już jako wspierająca się grupa osób w średnim wieku chcą zmierzyć się z przeszłością, która nie chce się od nich odkleić. Historia zatacza koło jak u Kinga lub na ulicy Wiązów. Horror lubi powroty. To w tym tkwi jego groza.

Wracając do przeszłości, Green porzuca jednak szlachetny minimalizm najlepszych fragmentów serii. Gdy poraniona Laurie (Jamie Lee Curtis) spędza większość filmu na rekonwalescencji w szpitalu, a Myers atakuje osoby, których historie wstawiane są chyba tylko po to, by zapchać czas w oczekiwaniu na finał trylogii, groza wyparowuje. W "Halloween zabija" nie czuć zbliżającej się apokalipsy, nie ma cierpliwego, nieznośnego oczekiwania na najgorsze. Sporo tu dziurawienia anonimowego mięsa, lecz mimo większej skali brak określonej stawki każe wzruszyć ramionami. Green lepszy jest w momentach rodzinnej intymności. W dużej mierze to z tej umiejętności wynikał sukces "jedynki". W zbiorowych scenach, w które nowy film obfituje, możemy tylko marzyć o atmosferze osaczenia z "Ataku na posterunek 13" lub o oddaniu potęgi ludzkiego pandemonium rodem ze "Świtu żywych trupów" Snydera. Największą radochę daje tu co prawda miażdżąca twarze i kończyny charakteryzacja w wykonaniu Christophera Nelsona, lecz i w tej efektowności jest pewna niekonsekwencja. Inscenizowanie ciał nigdy nie było przecież tym, na czym zależało miłośnikowi prostoty Myersowi.



Tematem nadal jest jego czarne wnętrze, jednak podkreślana zbyt często metafora uosabianego przezeń absolutnego mroku staje się banalna. Piszę to z żalem, gdyż powrót do Haddonfield sprzed trzech lat uważam za udany, a idea bezrozumnego, pozbawionego intencji, materialnego i zarazem nadnaturalnego zła do dziś wydaje mi się frapująca i pojemna. Tymczasem gremialna konfrontacja z Myersem kojarzy się raczej z dydaktyką serii "Noc oczyszczenia". Dużo tu patetyczno-sekciarskich linii dialogowych o złu, które trzeba wytrzebić, o systemie, który nie sprostał w zajęciu się psychopatą, i o społeczeństwie, które należy uzdrowić, brudząc sobie rączki. Dostajemy też taniutką przypowieść o poszukiwaniu kozła ofiarnego w zdominowanej przez mężczyzn wspólnocie, która czuje się zagrożona. Jest w tym moralizowaniu głęboka sprzeczność z fundamentem pierwowzoru – z założeniem o absolucie uosabianym przez niesługującego na żadne współczucie Myersa.

Z wyjątkiem pewnego zwrotu akcji w finale "Halloween zabija" trzyma na ławce rezerwowych kluczowe postacie. Z kolei te biorące sprawy w swoje ręce, nawet jeśli uda nam się je polubić, są na fabularnej arenie tylko po to, by stać się ofiarami Myersa. Pochłonięty przeszłością film rozdziera rany, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy, stanowiąc niepotrzebny, bo pozbawiony tempa, powagi i adrenaliny, dodatek do "jedynki". Mam wrażenie, że dla miłośników cyklu czekających na finałową konfrontację "final girls" nic z tego nie wynika. Akcji niby sporo, a w ogóle nie posuwa nas do przodu. Boję się Myersa, lecz o mocniej drżę przed takimi kontynuacjami.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
56% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).