Recenzja filmu

I Declare War (2012)
Jason Lapeyre
Robert Wilson

I po co to wszystko?

Dzieci uzbrojone w pistolety maszynowe biegną przez łąkę, rozlegają się strzały, ktoś upada raniony pociskiem i... zaczyna odliczać do 10, bo takie są właśnie zasady gry. Tak, to wszystko to ...
Dzieci uzbrojone w pistolety maszynowe biegną przez łąkę, rozlegają się strzały, ktoś upada raniony pociskiem i... zaczyna odliczać do 10, bo takie są właśnie zasady gry. Tak, to wszystko to tylko złudzenie, kolejna dziecięca zabawa, w której główną rolę odgrywa jej niezastąpiona towarzyszka - wyobraźnia. Dzięki jej potędze byle para patyków przewiązanych sznurkiem czy balon wypełniony czerwoną farbą w mgnieniu oka zamienia się w oręż zniszczenia w postaci karabinu szturmowego czy granatu. Ofiara pada rażona celnym strzałem, a rozbity balon ostatecznie eliminuje ją z rozgrywki, naznaczając przegranego czerwoną plamą hańby i rozczarowania. Właśnie tej na pozór niewinnej zabawy dotyczy film Jasona Lapeyre i Robert Wilsona.

W "I Declare War" nie występują dorośli aktorzy, a ich brak w obsadzie automatycznie wręcz sugeruje nawiązanie do sławnej książki "Władca Much" Williama Goldinga. Idąc tym tropem, oczekuje się od filmu przedstawienia jakiegoś konfliktu, głębokiego problemu prowadzącego do rozłamu dwóch stron. I owszem są dwie strony - grupki dzieci walczących o zwycięstwo w postaci zajęcia bazy drużyny przeciwnej. Jednak filmowi daleko do kunsztu prozy Goldinga. Brakuje mu ciekawych charakterów, szerzej zarysowanych portretów psychologicznych, kogoś, komu widz mógłby kibicować. Gra większości dzieci wypada słabo, ich role są bezbarwne i niemal całkowicie pozbawione pierwiastka dziecięcej spontaniczności. Wyjątek może stanowić postać gadatliwego Frosta (grana przez Alexa Cardillo), który na tle starych malutkich wyrasta na najsympatyczniejszego i najbardziej prawdziwego bohatera. Sceny z jego udziałem, jak chociażby ta, w której znaleziona przezeń gałąź staje się materiałem na bazookę należą do najnaturalniejszych i świetnie ilustrujących siłę dziecięcej wiary.

Jednak mierność filmu nie jest jedynie winą nie zawsze dobrze dobranych dziecięcych aktorów. Słaby scenariusz i brak konkretnej koncepcji fabularnej powodują, że wątki nie zostają zakończone w sposób satysfakcjonujący, wiele z nich się urywa i kończy swój bieg w ślepych uliczkach. "I Declare War" jest, najprościej rzecz ujmując, niespójne. Z jednej strony film usiłuje być na siłę poważny ze swoją niezrozumiałą symboliką zupełnie niepasującą do klimatu historii w postaci np. tajemniczego chłopca z psem husky, z drugiej zaś nielogiczne decyzje bohaterów jak zgoda przyjaciela głównego bohatera na ponowne tortury prowadzą do konsternacji, a nawet komizmu.

Niestety mimo, wydawałoby się, dużego potencjału "I Declare War" jest filmem nieudanym. I o ile prosty zabieg polegający na zmianie wyglądu zabawek w prawdziwą broń dobrze podkreśla różnicę między dziecięcą a dorosłą perspektywą postrzegania świata, o tyle przedstawiona w nim historia jest nijaka i bardzo chaotyczna, przez co wydaje się, że zawarta w filmie puenta została wymyślona na poczekaniu. Jedynym pewnym wnioskiem, jaki można wyciągnąć, oglądając "I Declare War", jest to, że ciekawa forma i świeża tematyka niczego nie gwarantuje.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).