Recenzja filmu

La grazia (2025)
Paolo Sorrentino

Prezydencki rap

"La grazia" różni się od "Boskiego" i "Onych". W tamtych dwóch filmach Sorrentino i Servillo brali na warsztat postacie kontrowersyjnych włoskich polityków, Giulia Andreottiego i Silvia
Prezydencki rap
źródło: Materiały prasowe
W nowym filmie Paola Sorrentino prezydent Włoch pojawia się po raz pierwszy w majestatycznym zwolnionym tempie, przy dźwiękach pulsującego akompaniamentu techno, arogancko patrząc spode łba. Potem jeszcze popala na dachu Pałacu Prezydenckiego, słucha hip-hopu i rapuje. Pozory jednak mylą. Nie jest on bowiem postacią w typie Sorrentinowskiego "Młodego papieża", to żaden bad boy o zawadiackim uroku Jude’a Lawa. Wręcz przeciwnie. Toni Servillo, ulubiony aktor reżysera, gra bohatera stojącego w kontrze do współczesnych prezydentów, jakich znamy z telewizora czy ex-Twittera – tych, którzy prześcigają się w wizerunkowych skokach przez rekina.

Znamienne: jeszcze w "Wielkim pięknie" ten sam Servillo wyginał się w jakimś klubie w rytm elektronicznych beatów, próbując nadążyć za światem i nie zestarzeć się. Servillo w "La grazii" już się zestarzał. Sorrentinowskie techno na ścieżce dźwiękowej nie gra mu w duszy, tylko poza nią: symbolizuje świat zewnętrzny, do którego polityk ma coraz mniejszy dostęp. Córka-prawniczka (Anna Ferzetti) wiernie trwa przy ojcu prezydencie, asystując mu w obowiązkach – czuć jednak, że tę wierność okupiła brakiem życia osobistego, zamykając się na świat razem z nim. Syn tymczasem wyjechał za granicę, porzucił karierę kompozytora muzyki poważnej i zarabia miliony, pisząc popowe przeboje. Sorrentino rysuje tu jaskrawą opozycję: skostniałe mauzoleum kontra pulsująca za jego ścianami kultura niska. 

Większość filmu rozgrywa się zresztą w przestrzeni Pałacu Prezydenckiego, a kamera Darii D’Antonio portretuje bohatera przytłoczonego przez wystawne wnętrza pełne wzniosłych obrazów, zdobnych dywanów i zabytkowych mebli. Raz na jakiś czas prezydent opuszcza swoje progi: jedzie spotkać się z papieżem albo na wizytę w więzieniu. Ale niewiele się zmienia, bo sam Pałac Prezydencki przypomina celę – więzienną czy klasztorną, nieważne – w której głowa państwa dźwiga swoje brzemię i mierzy się z kolejnymi wyzwaniami. Tych zaś nie brakuje: dwójka skazańców czeka na prezydenckie ułaskawienie, ustawa o legalizacji eutanazji czeka na podpisanie, pytanie od dziennikarki "Vogue’a" ("Co prezydent myśli o modzie?") czeka na odpowiedź. Jak to u Sorrentina: wysokie z niskim, muzeum z klubem techno, groch z kapustą, barok.

"La grazia" różni się jednak również od "Boskiego" i "Onych". W tamtych dwóch filmach Sorrentino i Servillo brali na warsztat postacie kontrowersyjnych włoskich polityków, Giulia Andreottiego i Silvia Berlusconiego, mierząc się z patologiami włoskiego establishmentu. "La grazia" tymczasem, choć opowiada o figurze prezydenta, nie jest kinem rozpolitykowanym. Raczej zadumanym.

Akcja toczy się w ostatnim półroczu urzędowania naszego bohatera. Grany przez Servilla prezydent zbliża się do końca swojej kadencji i ta perspektywa wpędza go w depresyjny nastrój. Kwestie łaski i eutanazji – a nawet mody – z którymi musi się zmierzyć polityk, służą mu po prostu za pretekst do dalszej introspekcji i wybrzmiewają w zasadzie w oderwaniu od kontekstu społecznego. Równie ważna jest tu relacja prezydenta z córką albo wspomnienie jego nieżyjącej żony (oraz zagadka, z kim go zdradziła 40 lat temu). Zupełnie, jakby Sorrentino odwracał powiedzenie o "prywatnym, które jest polityczne" i chciał pokazać, że polityka posiada z kolei swoje prywatne zaplecze. Prezydenckie kontemplacje mają tu więc wymiar przede wszystkim egzystencjalny, osobisty. "La grazia" to typ melancholijnego filmu "późnego", w którym dojrzały reżyser duma nad kwestiami przemijania i spuścizny. Takie pytania zapewne brzmią też coraz donośniej w głowie samego Sorrentina.   

Oczywiście: refleksyjny ton nie jest niczym nowym w filmografii reżysera. Poza tym w "La grazii" nie brakuje Sorrentinowskich żartów i żarcików: wspomniany rapujący Servillo, tyrady wyszczekanej krytyczki sztuki Coco Valori (Milvia Marigliano), czarny papież z dreadami i motocyklem. Włoska publiczność Międzynarodowego Festiwalu w Wenecji (gdzie film miał światową premierę) odpowiadała na kolejne gagi gromkim śmiechem, na koniec seansu nagradzając reżysera ewidentnie szczerymi brawami. Możliwe jednak, że coś tu się zgubiło w tłumaczeniu z włoskiego. 

Na pierwszy rzut oka – niby nie powinno. Międzynarodowy sukces Sorrentina dowodzi przecież, że jego autorski język jest językiem uniwersalnym. I to nawet pomimo silnej "włoskości" jego kina, zaklętej już choćby w powinowactwie z Fellinim (kiedy lamentujący nad przemijaniem Servillo przywdziewa tu czarny płaszcz i kapelusz, może się zresztą kojarzyć z Marcellem Mastroiannim z "Osiem i pół"). Szkopuł w tym, że kino Sorrentina najsilniejsze było zawsze swoją, nazwijmy to, "kinowością". Jego filmy uwodziły słodko-gorzkim barokiem, dialogiem obrazu z muzyką, kinetyczną energią, symfonią zmarszczek na twarzy Toniego Servillo. "La grazia" to zaś kino nużąco dialogowe. Ot, film o ludziach rozmawiających w pokojach – co z tego, że ładnie umeblowanych.

Servillo może sobie koncertowo dźwigać "La grazię" na barkach (czy raczej na twarzy), ale Sorrentino zdaje się nie wierzyć, że to wystarczy. Zdarzało mu się to już wcześniej. Kiedy  w jednej ze scen główny bohater wzrusza się łezką uronioną w stanie nieważkości przez astronautę, mamy tu próbę wymuszenia na widzu instant-epifanii – i zaraz przypomina mi się lewitujący mnich z "Młodości". Ale pół biedy, kiedy Sorrentino po prostu przedobrza z tą swoją kinowością. Gorzej, że tak wiele próbuje załatwić w filmie samą gadką (i nie chodzi mi o rap). W rezultacie najważniejsze dylematy "La grazii" do końca pozostają abstrakcyjne, brakuje im silnej fabularnej podkładki. Osoby, które są "nosicielami" kolejnych problemów, odgrywają przecież jedynie marginalną rolę w całej historii: to nie ludzie, tylko argumenty. Efekt jest taki, że kiedy rozwiązanie jednej z zagwozdek prezydenta prowokuje łzy w oczach jego córki, emocja się nie udziela, nie przebija. A kiedy pod koniec seansu słyszę z ekranu maksymę, że "utraconą pasję młodości może zastąpić tylko dojrzała łaska", myślę już tylko, ile takiej łaski sam będę umiał wykrzesać dla filmu Sorrentina.
1 10
Moja ocena:
5
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?