Niech będą przeklęci

Problemy "Małżeństw...": toksyczny związek, który trudno porzucić, niezrealizowane ambicje, zazdrość itd., były godne lepszego filmu.  Czemu wykłada się je tutaj tak łopatologicznie?
Na ten film powinien wybrać się każdy, kto chciałby na dłuższą (i przede wszystkim - dłużącą się) chwilę przenieść do wakacyjnego raju. Perspektywa może wydać się kusząca tylko z powodu polskiej lipcopadowej aury. Ale radzę rozważnie się zastanowić, czy rzeczywiście warto. Bo co tak naprawdę nas w takim "raju" z "Małżeństw i ich przekleństw 2" czeka? Poczujemy się, jakbyśmy przymuleni prażącym słońcem, chcąc nie chcąc, przysłuchiwali się z plażowego leżaka nudnym rozmowom kilku małżeństw zajmujących sąsiedni grajdoł. Dramaturgia filmu Tylera Perry'ego jest dokładnie taka jak dramaturgia przeciętnego dnia spędzonego na leżeniu na plaży: nic istotnego się nie dzieje, a ludzie, których skusiły palmy z folderu, przenieśli swoje nudne życie z przedmieść na wakacje. Na ekranie wygląda to tak: a to jedna para przez pięć minut gada o tym, "jak tu pięknie", a to przyjaciółki narzekają na swoich mężów. Wszystkie scenki łączy jedno: są rozciągnięte do granic wytrzymałości, jakby toczyły się na żywo w ramach jakiegoś chorego teatralnego eksperymentu. Nierzadko podsłuchane na żywo rozmowy mają lepsze tempo. Jak bohaterowie "Małżeństw..." przyjeżdżają do wynajętej willi, to robią to przez pół godziny. Jak się witają, to każdy z każdym przez kolejne długie minuty. Nie trzeba chyba dodawać, że aktorzy wrzuceni w te sytuacje wypadają strasznie. Przynajmniej teraz wiem, na kim wzorują się twórcy "Klanu".

Intryga wlecze się w ślimaczym tempie. Napędza ją głównie Mike – niechciany gość, były mąż jednej z bohaterek, starający się odzyskać żonę. Poza tym każda z czterech par przebywających na wyjeździe ma swoje problemy, które będą narastać. Jedna, z pozoru najszczęśliwsza, okaże się znajdować w głębokim kryzysie: żona ma kochanka, a na jej tajemnicę naprowadzą nas powtarzane przez koleżanki do znudzenia uwagi o tym, że ma iskry w oczach. Aż w końcu żona sama przejęzyczy się i zwróci się do męża imieniem kochanka. To się nazywa oryginalne rozwiązanie scenariuszowe. Kolejna z kobiet to histeryczka robiąca mężowi piekło o wszystko: pracowanie za dużo, bycie bez pracy, a także zainteresowanie innymi kobietami. Na dokładkę otrzymujemy jeszcze korpulentną Janet Jackson w roli psychoterapeutki par, której poradnik o związkach stał się bestsellerem. O, ironio losu, jej bohaterka również będzie miała problemy, z którymi mimo profesjonalnego doświadczenia nie będzie potrafiła się uporać. Ale dużo bardziej kuriozalną grupę stanowią mężczyźni: czas na plaży, we własnym towarzystwie, spędzą na rozmowie o żonach. Prężąc mięśnie, wymienią się takimi na przykład uwagami: "Każda kobieta potrafi doprowadzić do szaleństwa" albo: "Kiedy ostatnio zaliczyłeś?", z którego to pytania będą chichotać, jakby mieli lat 12, a nie 40.

Problemy"Małżeństw...": toksyczny związek, który trudno porzucić, niezrealizowane ambicje, zazdrość itd., były godne lepszego filmu. Czemu wykłada się je tutaj tak łopatologicznie? Pytanie retoryczne. Perry na pewno nie jest Szekspirem naszych czasów.

Reżyser uczynił bohaterami jak zwykle Afroamerykanów. W "Małżeństwach..." są to afroamerykańscy przedstawiciele klasy średniej – idealnie nijacy, jakby za całą tożsamość miało im starczyć pielęgnowanie statusu majątkowego ze wszystkim, co mu przynależne, czyli domem na przedmieściach i wakacjami na Bahamach. Zachowują się, jakby byli modelami folderu reklamowego: zachwycają się otoczeniem i przechadzają po okolicy niczym panny dziedziczki, dzierżąc w dłoniach margarity z palemkami. A może tak ma wyglądać satysfakcja kolonizowanych? Pozwolić sobie na wakacje niczym pany? Stosując taką strategię, Perry pewnie trafia do części swojej publiczności. Trzeba przyznać, że w "Małżeństwach..." przynajmniej nie powtarza przebieranek i niewybrednych żartów ze swojej serii o Madei, za którą tak oburzał się na niego Spike Lee. Ale tak szczerze, to nie wiem, która opcja jest gorsza. W Madei przynajmniej znalazło się miejsce na błazenadę. Tu głupota jest nam serwowana całkiem na poważnie.

Chcecie dowiedzieć się czegoś o małżeńskich kryzysach, to obejrzyjcie "American Beauty", "Kto się boi Virginii Woolf?" czy "Burzę lodową". Chcecie jechać na Bahamy, to jedźcie, ale w lepszym towarzystwie niż Tylera Perry'ego.     
1 10
Moja ocena:
2
Malwina Grochowska
Rocznik '82. Absolwentka dziennikarstwa i kulturoznawstwa na UW. Członkini Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI. Wyróżniona w konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Publikuje w "Kinie",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
56% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Udostępnij: