Recenzja filmu

Mission: Impossible - Rogue Nation (2015)
Christopher McQuarrie
Tom Cruise
Jeremy Renner

Agenci bez granic

Co tu dużo mówić. Piąta już część sensacyjnej serii "Mission: Impossible" to prezent dla dużych chłopców jak znalazł. Ponad pięćdziesięcioletni Tom Cruise im starszy, tym młodszy. Nie zwalnia ...
Co tu dużo mówić. Piąta już część sensacyjnej serii "Mission: Impossible" to prezent dla dużych chłopców jak znalazł. Ponad pięćdziesięcioletni Tom Cruise im starszy, tym młodszy. Nie zwalnia tempa i nie ma dla niego misji niemożliwych. Jako super tajny agent IMF Ethan Hunt ponownie kopie tyłki złoczyńcom, sam wykonując karkołomne kaskaderskie sceny. I kiedy przymknie się oko na igranie z logiką, to można w nagrodę otrzymać kawał dobrego rozrywkowego kina. 



"Mission: Impossible – Rogue Nation" różni się od pierwszego, dziewiczego filmu – stonowanego, dość mrocznego, zawiłego i gęstego thrillera w reżyserii Briana De Palmy, a z serialowym, starym oryginałem łączy go głównie tytuł, organizacja i słynny muzyczny motyw przewodni. Analogiczna rzecz miała miejsce z innym popularnym cyklem, czyli "Szybkimi i wściekłymi". I tam i tu postawiano później na akcję i jeszcze raz akcję. Jednak akurat w przypadku zarówno jednej, jak i drugiej serii zasada "więcej, mocniej i szybciej" (niekoniecznie inteligentniej) zadziałała. Produkcje zwracały się z nawiązką, bo pragnący adrenaliny i wyluzowania widzowie bez problemu wydawali kasę na bilet. 

Wracając do "Rogue Nation", jest to obraz co najmniej zasługujący na uwagę. Już przy poprzednim "Ghost Protocol" widać było obrany kierunek i przepis na sukces: umiejętnie wprowadzany słowny i sytuacyjny humor, dzięki rozbudowanej (teraz jeszcze bardziej) postaci nerda-hakera Benjiego (Simon Pegg); pomysłowe sekwencje bijatyk i pościgów, dość futurystyczne technologie oraz piękne, wysportowane kobiety. To wszystko plus zabawa konwencją w iście bondowskim stylu tworzyło smaczną mieszankę. Nie inaczej jest tutaj. Otrzymujemy festiwal za grube miliony dolarów – sensacyjną, energiczną opowieść o agentach bez granic, gdzie wszystko jest możliwe. Nawet lot na gapę wojskowym samolotem, pod warunkiem, że ma się silne palce…


Tym razem Ethan Hunt próbuje udowodnić istnienie Syndykatu – zbrodniczej organizacji o zasięgu globalnym, której szefuje tajemniczy łotr (w tej roli znany z "Prometeusza" i serialu "Rodzina Borgiów" poprawny, małomówny i… ogolony Sean Harris). Od Białorusi po Austrię i Maroko dzielny Hunt, mimo rozwiązania agencji i przypięcia przez dyrektora CIA (Alec Baldwin) łatki renegata, uparcie, wszelkimi dostępnymi środkami depcze wrogom po piętach. W wyśledzeniu anty IMF-u wspomagają go wierni przyjaciele: William Brandt (Jeremy Renner), Luther Stickell (Ving Rhames) oraz wspomniany Benji Dunn. Nie brakuje też zabójczo niebezpiecznej femme fatale Ilsy Faust (Rebecca Ferguson, oglądaliśmy ją m.in. w "Herculesie" Ratnera), której poczynania pozostają nie do końca klarowne. 

Można nie lubić Toma Cruise'a za jego życie prywatne i przywiązanie do Kościoła Scjentologicznego, ale trzeba mu oddać to, że w porównaniu z wypalonymi kolegami z branży ciągle utrzymuje się na powierzchni. I nawet jeśli nie gra w ambitnych filmach, to spełnia swoje marzenia. Wkłada pieniądze i swój talent w komercyjne niegłupie hity, które chwalą i zwyczajni pożeracze popcornu i profesjonalni krytycy. Jest perfekcjonistą. Ujęcia powtarza wiele razy. Ubezpieczony na olbrzymie kwoty, nie korzysta z dublerów. Jednak nie tylko on sprawia, że "Mission: Impossible – Rogue Nation" należy do najlepszych części i jest nieco ciekawszy niż wcześniejszy "Ghost Protocol". Spora w tym zasługa reżysera i scenarzysty w jednej osobie. Christopher McQuarrie (laureat Oscara za scenariusz do "Podejrzanych") wie, co w szpiegowskiej trawie piszczy. W kilku miejscach przesadza z fantazją, ale obok De Palmy i J.J. Abramsa (reżysera trzeciego epizodu i też producenta "Rogue Nation") udaje mu się najwięcej wpompować artystycznej wizji. Wśród pogoni, wystrzałów i walk wręcz znalazło się i miejsce na pewną elegancję i szczyptę ironii oraz wyciszony finał. 



Tak dochodowa seria na pewno będzie kontynuowana. O wciągającą intrygę i efektowne sceny się nie martwię. Rodzi się tylko retoryczne pytanie: jak długo jeszcze i czy Tomek Cruise da radę wcielać się fizycznie w postać, która jest godnym konkurentem dla Jamesa Bonda i Jasona Bourne’a?
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
88% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Udostępnij:
Cruise od początku zapowiadał naszpikowaną akcją produkcję, która zasłuży na tytułowe miano "Misji niemożliwej". Jak przystało na gentlemana, ulubieniec tłumów bez ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 89%
"Mission: Impossible – Rouge Nation" stanowi mimo wszystko znośną rozrywkę, chociaż najlepszą częścią serii z pewnością nie jest. Ostatecznie co takiego niemożliwego jest ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 33%