Recenzja filmu Spider-Man: Daleko od domu (2019)
Jon Watts
Artur Kaczmarski

Magiczna wycieczka pajączka

Oglądanie najnowszego "Spider-Mana" w sensie czysto rozrywkowym przypomina jakby zwiedzanie wielkiego parku rozrywki, w którym aż roi się od atrakcji. Peter Parker to wciąż bowiem zabawowy ...
Filmweb sp. z o.o.
Uwaga! Jeśli nie widzieliście jeszcze filmu "Avengers: Koniec gry", to lepiej nie czytajcie poniższej recenzji, bo znajdują się tu liczne spoilery z finałowej odsłony Mścicieli! Jeśli natomiast jesteście już po seansie, to drodzy czytelnicy, ta recenzja jest właśnie dla Was!

Parę tygodni temu zaczęły się długo wyczekiwane przez wielu Wakacje. To wprost niesamowite, jak takie z pozoru jedno słowo może przysporzyć tak wiele radości. W trakcie wakacji ludzie mają przeróżne pomysły. Jedni chcą przeżyć niezwykłą przygodę z rodziną, drudzy znaleźć swoją miłość życia, a inni jeszcze wybrać się na wycieczkę, o której już nigdy nie zapomną. Wakacje fanów MCU zaczęły się natomiast wraz z premierą pierwszego "Iron Mana". Ta ich filmowa podróż trwała przez ponad 10 lat… Aż parę miesięcy temu doszło do jej kulminacji w "Avengers: Koniec gry". Wówczas nie byliśmy jednak jedynie świadkami końcowego starcia Mścicieli z Thanosem, ale i końca pewnej epoki… Gdy ze światem pożegnali się: Czarna Wdowa, Kapitan Ameryka i w końcu sam Iron Man, od którego wszystko się zaczęło. Lecz wraz z ich odejściem, pozostali też inni, którzy chcą udowodnić o swoim bohaterstwie. A najważniejszym wśród nich jest bez wątpienia Spider-Man, który osobiście został wybrany na superbohatera przez samego Tony’ego Starka. I to właśnie ten radosny Pajączek zabiera nas na ostatnią wycieczkę 3 fazy MCU, pełnej radości, ale i tajemnic. Czy jednak filmowa podróż Pajączka nie zawiodła pokładanych nadziei? Czy jest to wycieczka, o której na długo nie zapomnimy?

photo.title

Nasz filmowy Pajączek dopiero co wrócił po "pstryknięciu" Thanosa i stoczył z nim walkę, aby teraz powrócić do domu. Ale tym razem nie jest to Homecoming, gdyż zamiast odpoczynku, Peter Parker (Tom Holland) wybiera się na wycieczkę. I to nie byle jaką, bo jedzie tam ze swoją "blipniętą" klasą. Oczywiście głównie w celach rekreacyjnych, ale i nie tylko. Peter od dawna marzy bowiem o tym, aby wyznać swoje uczucia względem pewnej dziewczyny – może zbyt pesymistycznej i z ciętym humorem, ale i tak niezwykle uroczej i pięknej MJ (Zendaya). A idealną perspektywą wydaje się zrobienie tego pierwszego kroku właśnie na wycieczce. W tych zmaganiach miłosnych nie może zabraknąć u jego boku najlepszego kumpla, czyli króla na krześle, Neda (Jacob Batalon). A droga ich wycieczki będzie wiodła niezwykle daleko od domu, bo nasz Pajączek w trakcie podróży odwiedzi Wenecję, Pragę, czy Londyn. Sprawy się jednak komplikują, gdy na ich drodze pojawiają się niebezpieczne "Żywiołaki", przybyłe na wskutek "blipnięcia". Wówczas szef nad szefami, Nick Fury (Samuel L. Jackson), postanawia zrekrutować Petera Parkera do swojego zespołu, a do pomocy przydzielić mu tajemniczego Mysterio (Jake Gyllenhaal). Wspólnie mają na celu wyeliminowanie zagrożenia, lecz z czasem sprawy przybierają zaskakujący zwrot wydarzeń. Czy jednak Pajączkowi uda się uratować przyjaciołom wycieczkę? Jedno jest pewne: Nie będzie łatwo. Ale od czego w końcu są wakacje?

Choć cały świat obecnie zachwyca się nad Iron Manem i Kapitanem Ameryką, to jednak dla mnie osobiście tą najbliższą postacią od zawsze był Pajączek z sąsiedztwa. Doskonale rozumiem, że zarówno Tony Stark, jak i Steve Rogers w kinowym uniwersum MCU pełnili najważniejsze role, a ich relacja stanowiła jeden z najważniejszych wątków na przestrzeni całej sagi, ale oglądając ich, ciężko też było nie odczuć, że dla nas, zwykłych śmiertelników, jawią się jak jacyś herosi. Co  prawda każdy z nich przeszedł ciężką drogę, pełną cierpienia i trudnych wyborów, ale i tak trudno się było widzowi z nimi utożsamić. Tego samego nie można było zaś powiedzieć o Peterze Parkerze, który jako luźny chłopak ze szkoły, który na co dzień musiał się borykać z problemami życia doczesnego, zdecydowanie najlepiej trafiał do ludzi ze wszystkich superbohaterów, a dla młodych był wręcz jak wzór do naśladowania. I mówię to z własnego doświadczenia, gdyż sam jako dziecko z wielką pasją śledziłem kolejne przygody Pajączka. Najpierw w formie kreskówek, a potem też i za sprawą filmowej trylogii Sama Raimiego. Nie będę zatem ukrywał, że Spider-Man zawsze był najbliższy mojemu sercu. Stąd też żywiłem do niego zawsze spory sentyment. Parę lat temu nie byłem jednak w pełni przekonany, czy Marvel zdoła sobie poradzić z tak kultową postacią. Teraz jednak najpierw po "Homecoming", a jeszcze bardziej po najnowszej odsłonie jestem już pewien, że na takiego Pajączka warto było czekać.

photo.title

Zapewne nie każdemu w pełni spodobało się to, jaki kierunek obrali twórcy filmu "Spider-Man: Homecoming" względem tytułowego Pajączka. Zrobienie bowiem z niego zwykłego dzieciaczka z liceum, który zamiast opłakiwania śmierci wujka Bena, woli poukładać z klocków LEGO wspólnie z przyjacielem Nedem Gwiazdę Śmierci, może się dla bardziej "dojrzałych" widzów wydać zwyczajnie dziecinne. Warto jednak pamiętać w tym miejscu, że Spider-Man od zawsze uchodził za najprzyjemniejszego superbohatera w całym uniwersum MCU. I to podejście nie zmieniło się także w kontekście tegorocznej odsłony, bo Peter Parker to wciąż ten zabawowy chłopaczek z sąsiedztwa, który zamiast martwić się losami świata, woli wybrać się na wycieczkę szkolną wraz ze swoją klasą. Jednakże po ostatnich dramatycznych wydarzeniach i odejściu swojego mistrza, Tony’ego Starka, nie da się też nie zauważyć pewnej rany w sercu Pajączka. Oto bowiem zostaje obwołany przez wszystkich następcą Iron-Mana, choć tak naprawdę nigdy tego nie chciał… Reżyser Jon Watts już po raz kolejny z rzędu udowadnia, że pod osłoną zabawnego i humorystycznego letniego blockbustera, potrafi poruszyć jakiś trudniejszy temat. Choć więc w głównej mierze twórcy najnowszego "Spider-Man: Daleko od domu" koncentrują się na dostarczeniu widzowi rozrywki, to jednocześnie w dalszym ciągu ubogacają postać Petera Parkera, co wychodzi produkcji wyłącznie na plus.

Już zresztą sam pomysł, aby przenieść akcję fabuły do paru miejsc w Europie, za sprawą z pozoru niewinnej wycieczki klasowej, okazał według mnie jednym z najlepszych rozwiązań ze wszystkich dotychczasowych filmów MCU. Dzięki bowiem temu zabiegowi, nie tylko sama fabuła nabiera zawrotnego tempa akcji, ale i sam widz dostaje szansę, by zaangażować się emocjonalnie w opowiadaną historię. W ciągu całej wycieczki Pajączka na mapie odhaczamy takie punkty jak: Wenecja, Praga, Berlin, czy Londyn. Radość z odwiedzanych miejsc udziela się jednak nie tylko samym postaciom, ale i widzowi, który w ten sposób może poczuć się, jakby był na wakacjach. Niektórzy zapewne myśląc w kontekście tego zabiegu, z góry zakładali, że jest to nic innego jak taka promocja europejskich miast. Szczególnie polscy widzowie mogli mieć z tym problem, gdyż od dłuższego czasu naszym rodzimym komedyjkom zarzuca się te sztuczne lokowania produktu. Tymczasem wystarczyło wziąć przykład z zachodu. Twórcy "Spider-Mana: Daleko od domu" w najlepszy możliwy sposób pokazują bowiem jak poszczególne lokacje można połączyć z fabułą. Promocja? Pewnie także, ale to nie to jest najważniejsze. Istotne jest to, że wszystkie miejsca odgrywają znaczenie dla historii. Czy to Praga, czy Wenecja, czy Londyn – wszystko współgra ze sobą, tak jak powinno. I jestem za tym, by takich wycieczek po Europie Peter Parker urządzał sobie jeszcze więcej i odwiedził  też Francję, Hiszpanię, Grecję… a może nawet Polskę? Byłoby to coś na pewno cudownego.


Sama jednak fabuła, jak nietrudno się domyśleć, jest taka jak na miarę typowego letniego blockbustera. Nie wpływa to jednak w żadnym stopniu źle na całokształt, bo w ogólnym zamierzeniu najnowszy "Spider-Man" ma za zadanie dostarczać jak najwięcej frajdy. I widz to otrzymuje. Scenarzyści Erik Sommers i Chris McKenna rozplatają bowiem fabułę niczym jakąś pajęczą sieć, by ją coraz mocniej i mocniej ustabilizować, aby koniec końców złapać w nią swoje ofiary – którymi są właśnie widzowie. Nawet jeśli jednak fabuła nie jest jakoś wielce ambitna, to nie da się jej na szczęście określić mianem zbyt przewidywalnej, bo w połowie filmu dochodzi do zaskakującego zwrotu akcji, który wywraca wszystko do góry nogami. Niestety jednak od tego momentu "Daleko od domu" zamienia się w schematyczną i nudną bajeczkę. Oczywiście, akcji wciąż nie brakuje, ale problem tylko polega na tym, że im bliżej końcowego, 3 aktu, tym sprawa przedstawia się coraz gorzej. Wówczas scenarzystom wyraźnie zaczyna brakować ciekawego pomysłu na zakończenie tej historii i stąd też końcowa rozgrywka przypomina raczej chaotyczną rozpierduchę na wielką skalę, niż element składowy, zgodny z całością. Po drodze pojawia się tutaj ponadto zaskakująco wiele dziur i naciągnięć pajęczyny, a sprawa skutków słynnego "pstryknięcia" Thanosa nie została tu do końca dobrze nakreślona. Nie jest to może beznadziejnie wykonana robota przez scenarzystów, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

Od samej strony wizualnej najnowszy "Spider-Man" może zrobić naprawdę bardzo wielkie wrażenie na widzu. Widać, że Jon Watts wraz ze spółką stanowczo odeszli od mrocznego wizerunku Pajączka z filmów Marca Webba. Zresztą pojawiają się tu liczne nawiązania do bardziej szanowanej trylogii Sama RaimiegoChoć więc fabularnie najnowsze widowisko MCU to jeden wielki schemat, tak już pod względem estetycznym można mówić tu o wielkim kroku naprzód. Na czoło wysuwają się zwłaszcza doskonałe efekty specjalne, które w poprzedzających zwiastunach nie napawały zbytnim optymizmem. Na całe szczęście w finałowej wersji przedstawiają się już znacznie lepiej, bo zarówno design Żywiołaków, jak i Mysterio, jest dopracowany do perfekcji. A gdy przenosimy się do świata iluzji, to otrzymujemy odlotową i szaloną wariację na miarę zeszłorocznego "Spider-Mana: Uniwersum". Co do natomiast samych scen akcji, to w większości nie wychodzą one poza standard MCU. Ale już sam Michael Giacchino potrafi dostarczyć masy radości, mieszając w swoim świetnym soundtracku zarówno starsze, jak i nowsze motywy, które na długo pozostaną w pamięci widza.


Nawet jeśli pod względem fabularnym wiele rzeczy nie do końca wyszło tu tak, jak powinno, to w warstwie emocjonalnej najnowszy "Spider-Man: Daleko od domu" dostarcza widzowi masę przyjemnych wrażeń. Wystarczy jedynie tutaj wspomnieć o scenie akcji w Wenecji, czy w Berlinie. Nie samymi jednak walkami "Spider-Man" stoi, bo poza tymi typowymi pojedynkami, spore znaczenie odgrywa tu humor i relacje międzyludzkie – które tym razem skupione są w sferze miłosnej. Co do zaś samego komediowego wydźwięku filmu, to zgodnie trzeba przyznać, że żarty są naprawdę śmieszne i niewymuszone. A w szczególności, gdy dotyczą one kolejnych ripost najlepszego przyjaciela Petera, Neda, bo wcielający się w tą rolę Jacob Batalon ponownie udowadnia, że ma niezwykły talent komediowy. Ale nie tylko on, bo spore grono innych postaci, na przykładzie zabawnych opiekunów Pana Bella i Harringtona, czy niezastąpionego Happy’ego, ma coś ciekawego tutaj do zagrania.

Zabawnie robi się również, gdy film swoim klimatem nawiązuje do typowego romantycznego teen movie. Nie ma co się jednak tu martwić: wszelkie kontakty towarzyskie są przedstawione z zadziwiającą lekkością jak w "Stranger Things". Poza wspomnianą już romantyczną relacją Petera, swoją szansą otrzymuje tu też jego przyjaciel Ned wraz z nowo poznaną Betty (Angourie Rice) oraz ciotka May (Marisa Tomei) z dawnym współpracownikiem Tony’ego, Happy’m (Jon Favreau). W efekcie obie relacje dostarczają sporo niewymuszonego śmiechu i ciepła. Ale i tak najbardziej urocze są niezdarne podchody Spider-Mana do MJ, które na zmianę wywołują uśmiech i rozczulenie na twarzy widza. Tom Holland wraz z Zendayą stworzyli naprawdę doskonały duet, a chemię pomiędzy tym dwojga da się wyczuć już od razu. Każdy zatem dorosły widz na sali kinowej, oglądając tą cudowną relację, aż sam może zacząć wspominać własne zaloty sprzed lat. A ci wszyscy, którzy myśleli, że Zendaya to jedynie jakaś podrzędna aktoreczka disneyowska, niech wiedzą, że się mylą, bo już tutaj widać, że skrywa ona w sobie naprawdę wielki talent. Jej gra aktorska jest bardzo naturalna, a lekkość i pewna nieśmiałość w osobowości MJ tylko dodaje jej uroku osobistego.

photo.title

Sercem tego filmu jest nie kto inny, jak właśnie Spider-Man. Na przestrzeni lat mogliśmy się spotkać z wieloma odmiennymi kreacjami tej postaci. Pierwszym wśród nich był rzecz jasna Tobey Maguire z trylogii Sama Raimiego, który choć całkiem nieźle potrafił zobrazować emocje, targające jego bohaterem, to mimo to zupełnie nie pasował do tej roli. Kolejnym na liście był Andrew Garfield, któremu choć nie można było już odmówić pewnego uroku i tego, że znacznie bardziej od swojego poprzednika pasował posturą na licealistę, to jednak obie odsłony Marca Webba niezbyt dobrze potraktowały jego postać. Po tych więc dwóch nieudanych próbach przyszła zaś kolej na Toma Hollanda. Jego kreacja znacznie różni się od poprzedników, ale wyłącznie w tym dobrym kontekście. Młody brytyjski aktor jak nikt przedtem wlał bowiem w postać Pajączka tyle energii, charyzmy oraz radości, że z miejsca udziela się ona widzowi. I podobnie jest w przypadku tegorocznej odsłony, gdyż Tom Holland wciąż zachwyca swoim talentem humorystycznym, werwą do akcji i swoim uroczym zalotem romantycznym. Peter Parker w jego wykonaniu to bohater, w którego z miejsca można uwierzyć i go szczerze polubić. A to wszystko zasługa wyłącznie Toma Hollanda. Po najnowszym Spider-Manie bez wątpliwości można więc już śmiało powiedzieć, że to on jest najlepszym Pajączkiem w całej historii.

Podoba mi się także to, że pomimo natłoku postaci drugoplanowych, niemal każda z nich dostaje swój odrębny czas na ekranie. W efekcie nie tylko sam Spider-Man, ale również masa innych bohaterów może dostarczyć uśmiechu na twarzy widza
. Za najlepszy przykład wśród można wyróżnić zwłaszcza Jacoba Batalona jako niezastąpionego przyjaciela Petera Parkera, Neda. Niby jakaś mało znacząca postać, ale wszystkie jego stawki humorystyczne potrafią rozbawić aż do łez. Swoje parę minut otrzymuje tu też atrakcyjna "mamusia" Petera, ciotka May (Marisa Tomei), czy całkiem zabawny dawny współpracownik Tony’ego Starka, Happy (Jon Favreau). Szczególnie relacja tego drugiego z Peterem została bardzo dobrze rozwinięta. Do najnowszych członków tej szkolnej wycieczki dołączyły w końcu stare wygi z S.H.I.E.L.D., a więc niezastąpiony Nick Fury w bezbłędnym wykonaniu świetnego tak jak zawsze Samuel L. Jacksona i jego partnerka, Maria Hill (Cobie Smulders). W przypadku ich występu można jednak wyczuć niedosyt, bo jest ich zdecydowanie za mało na ekranie w stosunku do innych. Osobne słowa należą się też w końcu najbardziej intrygującej postaci w całym filmie, a więc Quentinowi Beckowi, czyli słynnemu Mysterio. Postać ta owiana jest tajemnicą, więc niewiele da się o niej powiedzieć bez wnikania w szczegóły filmu. Jednakże odgrywający jego rolę Jake Gyllenhaal jest bez wątpienia wielkim profesjonalistą i świetnie odnalazł się w świecie superbohaterskim, tworząc nie tylko doskonały portret istnego człowieka-zagadki, ale i kapitalnie wypadając również w duecie z Tomem Hollandem. Lecz pojawia się pewne "ale", bo pod względem fabularnym motywacje tej postaci niestety, ale są bardzo sztampowe. Nie twierdzę, że jest ona w pełni zła, ale trudno nie odczuć, że można było więcej czasu poświęcić Mysterio na rozbudowanie jego charakteru. Mam jednak nadzieję, że Marvel wykorzysta jeszcze tą postać, bo potencjał w niej jest naprawdę bardzo spory.


I w ten sposób odbyliśmy ostatnią podróż wraz z superbohaterami w 3 fazie MCU, której przewodnikiem był dla nas oczywiście Spider-Man. Najnowsza odsłona przygód tego w dalszym ciągu przyjaznego Pajączka z sąsiedztwa oferuje dokładnie to, do czego mogli się przyzwyczaić fani kinowego uniwersum Marvela. Stanowi ona jednak ważny epilog dla całej tej, ponad 10-letniej sagi. Pytanie więc się od razu nasuwa: I co dalej? W jakim kierunku pójdzie MCU? Jakich nowych bohaterów możemy się spodziewać w przyszłości? Na te i inne pytania raczej nie dostaniemy odpowiedzi. Ale już na pewno po tym filmie życie Petera Parkera się zmieni na zawsze. Choć więc może tego wyjazdu naszego Pajączka na ekrany kin nie można nazwać w pełni idealnym, bo zdarzyło się tu parę pomniejszych wpadek, to nie zmienia to faktu, że jest to letnia wycieczka, na którą naprawdę warto się wybrać w wolnym czasie. A szczególnie w gronie rodziny, bo na tym filmie praktycznie każdy może się dobrze bawić. Zresztą oglądanie najnowszego "Spider-Mana" w sensie rozrywkowym przypomina zwiedzanie wielkiego parku rozrywki, w którym aż roi się od atrakcji, począwszy od emocjonujących scen akcji i sporej dawki dobrego humoru, a skończywszy w końcu na świetnym soundtracku i Spider-Manie, którego da się szczerze polubić. Bo w tym tkwi jego sekret: To nie jest wielkie epickie starcie bohaterów jak w "Wojnie bez granic", czy trzymający do końca w napięciu thriller szpiegowski na miarę "Zimowego Żołnierza", a taka zwykła opowieść o zwykłym chłopaku, który w trakcie wyjazdu zapragnął wyznać uczucia swojej przyjaciółce, a przy okazji został bohaterem. To może więc zwykłe niczym nie wyróżniające się widowisko, jakich było już cała masa, ale takie, które dostarcza zaskakująco wiele radości w trakcie oglądania. Bo takiego przyjemnego Pajączka właśnie nam było trzeba.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).
Optimus_999
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię