Recenzja filmu

Szarlatan (2020)
Agnieszka Holland
Ivan Trojan
Josef Trojan

Zabić znachora

Holland mówiła na festiwalu w Berlinie, gdzie premierowo pokazano film, że konstruując tę postać myślała o Kevinie Spacey, z którym pracowała przy "House of Cards".
Otwarte usta, mężczyzna ciężko oddycha… Nie chrapie - dosłownie wyziewa ducha. To prezydent Czechosłowacji, Antonín Zápotocký, który za chwilę umrze. Niezła zmyłka - to nie stary komunista będzie bohaterem filmu, a grany przez jednego z najpopularniejszych czeskich aktorów, Ivana Trojana, Jan Mikolášek. Tytułowy szarlatan to postać autentyczna, znana niegdyś w całej Czechosłowacji - zielarz i znachor, który uleczyć miał ponad pięć milionów ludzi. Jego, zapomnianą dziś sylwetkę, "odkopał" wzięty literat Marek Epstein, który podesłał Agnieszce Holland scenariusz filmu. Okazał się on na tyle ciekawy, że reżyserka, która zjadła zęby na rozliczeniach z koszmarami XX wieku, bardziej optymistyczne tematy znowu musiała odłożyć na później. Podobnie więc, jak w zeszłorocznym "Obywatelu Jonesie" i tym razem będzie mrocznie - zarówno w obrazie historycznego czasu, jak i ludzkiej natury.

Śmierć Zápotockiego jest o tyle ważna, że okaże się on byłym pacjentem lub, jak kto woli, klientem Mikoláška, który lubi podkreślać, że lekarzem nie jest. Właśnie wtedy, w 1957 roku, zwija się nad nim parasol ochronny i służby specjalne energicznie zabierają się za jego sprawę. Bo szerzy zabobon wśród ludu, do leczenia używa liści i badyli, a diagnozy stawia na podstawie… obserwacji moczu (namiętnie przygląda się tej cieczy kamera Martina Štrba, z którym Holland pracowała wcześniej przy "Gorejącym krzewie" i "Janosiku"). Do tego Jan usposobiony jest religijnie: cytuje Biblię, pokutuje pod krzyżem. Co najgorsze zaś - to prywaciarz, który na gusłach zbił niezły majątek: mieszka w rezydencji ze swoim asystentem, jeździ amerykańskim autem, pija szampana… Czechosłowacka Republika Ludowa nie może sobie na takie ekstrawagancje pozwolić. Znachor staje przed sądem pod zarzutem trucicielstwa, za co grozi mu kara śmierci.

Dowody zostają oczywiście spreparowane - wiemy, że dla totalitaryzmów fakty mają najmniejsze znaczenie. Ale spokojnie, "Szarlatan" to nie tylko opowieść o niszczeniu jednostki przez system - takich widzieliśmy już wiele. Prócz sekwencji więzienno-sądowych, w serii retrospekcji poznajemy życie czeskiego self-made mana, który odnalazł w sobie dar, pozwalający mu nieść pomoc innym, a przy okazji nieźle się urządzić. Holland nie kwestionuje jego uzdrowicielskich właściwości, które ograniczają się zresztą do leczenia niektórych tylko przypadłości, a niekiedy jedyne, co Jan potrafi, to przepowiedzieć śmierć. Opowieść ta siłą rzeczy związana jest z historią polityczną regionu: traumą pierwszej wojny światowej, niemiecką okupacją, nastaniem pojałtańskich porządków. Bohater zawsze potrafił się w tych realiach odnaleźć, najpierw dbając o zdrowie oficjeli hitlerowskich, a następnie komunistycznych, szczycąc się donacjami na rzecz walki Korei Północnej z imperializmem. 
 
Mamy więc do czynienia z portretem konformisty, ale też portretem nieuproszczonym. Podobnie, jak w "Europie Europie" widzimy, że przetrwanie XX wieku to niełatwa gra. Człowiek, którego do mimikry i moralnych kompromisów zmuszała sama historia, może być w nich jednocześnie szczery i zakłamany, pomocny i niszczycielski. Świetnie oddał tę janusową naturę swojego bohatera Trojan; co ciekawe, jego młodszą wersję gra będący u początku swojej kariery syn aktora, Josef. Holland mówiła na festiwalu w Berlinie, gdzie premierowo pokazano film, że konstruując tę postać myślała o Kevinie Spacey, z którym pracowała przy "House of Cards". Ujrzała w niej podobny rodzaj narcyzmu człowieka, który zaszedł bardzo wysoko, ale też boleśnie upadł. I także maskował swój homoseksualizm, bo wątki gejowskie, początkowo dyskretne, stopniowo przesuwają się w filmie na pierwszy plan. 

W długim, dwugodzinnym utworze - angażującym nas ze zmiennym szczęściem – to właśnie relacja otoczonego nimbem geniuszu uzdrowiciela z asystentem Františkiem (słowacki aktor Juraj Loj) okazuje się najbardziej wciągająca i przewrotna. Posępna aura filmu przejaśnia się właśnie wtedy, kiedy wybucha ich uczucie, ale o sielance nie ma mowy. Przecież są na to paragrafy. Bo miłość także jest transakcją i emanacją władzy. Bo ukazując autentyczne uczucie między mężczyznami, autorka robi w nim też miejsce dla przemocy, manipulacji i okrucieństwa, które wcale nie musi być jej przeciwieństwem. 
1 10
Moja ocena:
7
Adam Kruk
Filmoznawca, dziennikarz, krytyk filmowy. Publikuje m.in. w "Filmie", "Ekranach", "Kwartalniku Filmowym". Redaktor programu "Flaneur kulturalny" dla Dwutygodnik.com, współautor tomów "Cóż wiesz o... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (102 głosy).
Udostępnij: