Recenzja filmu Winowajca (2019)
Sean Cisterna

Jest więc "Winowajca" płaską, pocztówkową historyjką o odkupieniu korpoludka – z obowiązkowym wątkiem pojednania z rodziną – ale też o amerykańskiej przedsiębiorczości, bez której zapuszczona ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Winowajca (2019)
Losujemy. Fabryka czekolady, wytwórnia klozetów w Minnesocie, winnica na południu Włoch – rzućcie kostką i sprawdźcie, jaki biznes prowadził dziadek Joego Pantoliano! Rzućcie kostką, żeby przekonać się, który z elementów świata przedstawionego ruszy wdzięcznie główką i zalotnie mrugnie oczkiem. Może będzie to marmurowy lew na gzymsie kościoła? Albo gipsowy Jezusek? Wsłuchajcie się w paplaninę winorośli. Widzicie, jak brzegi listków układają się w kształt ust? To nie żart, one mówią naprawdę. Cuda, cuda za dwa dolce przedstawiają! 

Za dwa, serio. "Winowajca" to kino klasy B ze scenariuszem dziurawym jak sito. Twór czekoladopodobny sklecony z kilku najtańszych klisz i zagrany ze sztucznością typową dla reklam mebli ogrodowych i proszków do prania. Bardzo nietrafiony prezent gwiazdkowy dla Pantoliano, aktora znanego przede wszystkim z epizodów i ról drugoplanowych. Jako Marco Gentile, dyrektor generalny kanadyjskiego koncernu motoryzacyjnego, który na nowo odkrywa swoje włoskie korzenie, Pantoliano przekracza cienką granicę autoparodii. Do twarzy ma przyspawany wciąż ten sam wyraz umęczonego zdziwienia, jakby cierpiał na zatwardzenie albo próbował ukryć własny wstyd. Trudno mu się zresztą dziwić, skoro dostał do zagrania tak papierową postać. 

Gentile to żywa niekonsekwencja. Świetnie prosperujący prawnik i menadżer na dyrektorskim stanowisku, który nagle, po dekadach pracy, doświadcza moralnego olśnienia, że jego firma nie łoży miliardów na Greenpeace i w ogóle prowadzi niezbyt etyczną politykę biznesową (w jakim obszarze – nie do końca wiadomo). Z dnia na dzień oznajmia żonie i córce, że kupił bilet do Włoch, zamierza wrócić do rodzinnej miejscowości i odbudować winiarski interes swojego dawno zmarłego dziadka. Na miejscu wszystko działa niczym kompres na korporacyjne smutki: piękne krajobrazy, wiejskie życie, dobre jedzenie, folkowa muzyka. Mimo że rodowe włości są obciążone zaległym podatkiem, nagle zbiedniały bogacz Marco (nie to, żeby dyrektor miał jakieś oszczędności: musi wyczyścić konto emerytalne, żeby spłacić włoskie długi i opłacić pracowników) organizuje grupę oddanych przyjaciół i podnosi z gruzów nie tylko siebie, ale całą lokalną gospodarkę. La dolce vita, motherfuckers

Jest więc "Winowajca" płaską, pocztówkową historyjką o odkupieniu korpoludka – z obowiązkowym wątkiem pojednania z rodziną – ale też o amerykańskiej przedsiębiorczości, bez której zapuszczona Europa pozostaje tylko ładnym skansenem dla leniwych ludzi. Indywidualna zaradność w stylu "ściernisko-San Francisco" spotyka tutaj coś na kształt opatrzności przodków: ukochany dziadek pojawia się jako widziadło we śnie i na cmentarzu, plotąc coelhizmy, klepiąc wnuka po pleckach i zagrzewając do działania. W ogóle wszystkie tutejsze "wizje" – przez polskiego dystrybutora nazywane eufemistycznie "realizmem magicznym" – to jedne z najbardziej żenujących scen, jakie kiedykolwiek przyszło mi oglądać na dużym ekranie. Patrząc na Pantoliano gadającego z winoroślą – trzęsącą listkami jak jakiś pijany chochlik leśny i zakładającą związek zawodowy winogron – miałem ochotę zapaść się pod ziemię razem z aktorem. Nawet jeśli jego zażenowana mina było tylko projekcją mojego własnego poczucia wstydu. Czego zresztą możemy się spodziewać po filmie, w którym za zabawne uchodzą kreskówkowe animacje posągów zezujących na bohatera? I gdzie dialog przyszłych kochanków może otwierać tak sucharowa kwestia: "Skąd jesteś? – Z Włoch, to niedaleko Marsa"?

Jedno pytanie nie daje mi natomiast spokoju: czy "Winowajca" to po prostu tak słaby produkcyjniak, czy może Pantoliano jest tak złym aktorem, że ściągnął na film jakieś fatum? A może i jedno, i drugie? Namawiam zatem cieplutko – nie próbujcie dociekać, kto zawinił, szkoda waszej fatygi i straconego czasu. Chyba że po butli jabola, bo wtedy szybciej zaśniecie. Mocny, spokojny sen to najlepsze, co można wyłuskać z seansu tego paździerza. A jeśli z jakiegoś powodu rajcują Was gadające liście, to cóż – z perwersjami się nie dyskutuje. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 0% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby