Proszę państwa… Hoffman zrobił najlepszego "Znachora"
Wybitnego chirurga Rafała Wilczura opuszcza żona, zabierając ze sobą ich córkę. Załamany profesor zostaje wkrótce napadnięty i traci pamięć. Przez kolejne lata żyje jako Antoni Kosiba, nie
Należę do licznego grona widzów, którzy "Znachora" obejrzeli po raz pierwszy podczas jednej z wielu telewizyjnych emisji, jeszcze w dzieciństwie. Po kilkunastu latach, kilku kolejnych seansach, przeczytaniu powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza oraz obejrzeniu ekranizacji z 1937 i 2023 roku stawiam tezę dość odważną: "Znachor" Jerzego Hoffmana jest arcydziełem. Nie tylko najlepszą z trzech filmowych wersji tej historii, ale pod wieloma względami dziełem lepszym również od literackiego pierwowzoru.
Film Hoffmana, zrealizowany w 1981 roku, stał się jednym z klasyków polskiego kina i jedną z tych produkcji, które telewizja przypomina przy okazji kolejnych świąt. Można oczywiście tłumaczyć jego fenomen nostalgią i setkami powtórek, ale byłoby to zbyt proste. Do filmu wraca się dlatego, że mimo znajomości każdej kolejnej sceny nadal działa. Nadal wciąga i nadal wzrusza. Pomagają w tym oczywiście znakomite kreacje Jerzego Bińczyckiego, Anny Dymnej, Tomasza Stockingera, Piotra Fronczewskiego czy Artura Barcisia, a także muzyka Piotra Marczewskiego. Najważniejszy jest jednak scenariusz. Hoffman doskonale wiedział, w którym miejscu przyspieszyć, gdzie coś skrócić, a gdzie przeciwnie - zatrzymać akcję i pozwolić emocjom wybrzmieć. Wasylko stający na nogi, naręcza róż rzucane do stóp Marysi czy wreszcie finał w sądzie nie są świetnymi przykładami budowania napięcia i grania na emocjach.
Najlepszym dowodem kunsztu Hoffmana jest dla mnie scena, której w powieści właściwie nie ma.
"Proszę państwa, Wysoki Sądzie... To jest profesor Rafał Wilczur".
Dziś słowa Piotra Fronczewskiego funkcjonują już niemal niezależnie od filmu - stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych cytatów polskiego kina i żyją własnym życiem jako internetowy mem. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem powieść, byłem naprawdę zaskoczony, odkrywając, że Dołęga-Mostowicz rozwiązuje ten wątek zupełnie inaczej.
I właśnie tutaj szczególnie dobrze widać różnicę między pisarzem a filmowcem. W książce proces i rozpoznanie Wilczura są rozdzielone. Dobraniecki podczas rozprawy zaczyna podejrzewać, kim naprawdę jest Kosiba, ale nie ujawnia tego publicznie. Hoffman bierze te rozsiane wydarzenia i łączy je w jedną kulminację. Proces, Marysia wypowiadająca swoje nazwisko, przebłysk pamięci Kosiby i wreszcie publiczne rozpoznanie przez Dobranieckiego następują niemal jednocześnie. Hoffman zmienia pierwowzór, ale robi to po coś. Każda ingerencja ma zwiększyć dramaturgię, uporządkować historię albo wzmocnić emocjonalny finał. W samej powieści niektóre wątki są rozwleczone, inne po pewnym czasie przestają być potrzebne, a część tajemnic czytelnik potrafi rozwiązać znacznie wcześniej niż bohaterowie. Hoffman bierze z książki to, co najlepsze, usuwa zbędny balast i jeszcze wzmacnia konstrukcję.
Pierwsza ekranizacja z 1937 roku w reżyserii Michała Waszyńskiego także nie jest prostym przeniesieniem powieści na ekran. To interesujący dokument swojej epoki, mocno zakorzeniony w konwencjach przedwojennego kina popularnego.
Kazimierz Junosza-Stępowski stworzył własnego Wilczura, Elżbieta Barszczewska zagrała Marysię, Witold Zacharewicz Czyńskiego, a Mieczysława Ćwiklińska Szkopkową - postać wyraźnie przepisaną pod jej komediowego emploi. Aktorka tworzy tu kreację bardzo bliską typowi bohaterki, który z powodzeniem grała w przedwojennym kinie wielokrotnie. Ogląda się ten film z ciekawością, ale zarazem widać, jak wiele dzieli sposób prowadzenia historii od późniejszej sprawności narracyjnej powojennego kina. Tym bardziej doceniłem, jak precyzyjnie ekranizacja z 1981 roku rozkłada akcenty i prowadzi widza ku finałowi.
Najciekawsze porównanie przynosi jednak "Znachor" Michała Gazdy z 2023 roku. Nie mam problemu z samym pomysłem kolejnej adaptacji. Trzy ekranizacje powstałe w trzech zupełnie różnych epokach pokazują, jak kolejne pokolenia czytają tę samą opowieść. Film Netfliksa ma też niewątpliwe zalety. Widać współczesne możliwości realizacyjne, rozmach produkcji, bardzo dobre zdjęcia, kostiumy i scenografię. Leszek Lichota stworzył własnego Kosibę zamiast próbować kopiować Bińczyckiego.
Paradoksalnie problem zaczyna się tam, gdzie kończy się scenografia. Świat wygląda jak lata 20. i 30. XX wieku, ale jego bohaterowie bardzo często myślą, mówią i zachowują się jak współcześni dwudziestolatkowie przebrani w kostiumy z epoki. Nie przeszkadza mi uwspółcześnianie klasyki jako takie. Problem pojawia się wtedy, kiedy współczesna wrażliwość zostaje mechanicznie przeniesiona do świata, którego normy społeczne były przecież zupełnie inne. Najbardziej cierpi na tym romans Marysi i Czyńskiego. Bohaterowie ledwie zdążą się poznać i pokłócić, a scenariusz już oczekuje od nas, że uwierzymy w wielką miłość. Relacja nie zostaje zbudowana - zostaje ogłoszona. I to jest dla mnie przykład zwyczajnie słabego scenariusza. Nie dlatego, że wydarzenia następują szybko, lecz dlatego, że film chce uzyskać emocjonalny efekt, na który wcześniej nie zapracował.
U Hoffmana można uznać romans Dymnej i Stockingera za naiwny, staroświecki czy melodramatyczny. Tyle że właśnie dlatego działa. Związek rozwija się etapami: widz obserwuje zauroczenie, konflikt, kolejne spotkania, sprzeciw rodziców, rozłąkę i desperację Czyńskiego. Kiedy Leszek jest przekonany, że Marysia nie żyje, jego rozpacz jest finałem czegoś, co oglądaliśmy wcześniej. Film wcześniej zapracował na tę emocję.
Podobny problem dotyczy przesunięcia środka ciężkości całej opowieści. Twórcy świadomie rozbudowują Marysię i Zośkę, czyniąc je znacznie bardziej sprawczymi. Samo w sobie nie jest to żadną wadą. Problem polega na sposobie, w jaki scenariusz ten efekt osiąga. Najlepszym przykładem jest kradzież narzędzi chirurgicznych. W książce i u Hoffmana dokonuje jej Kosiba. To jeden z kluczowych momentów jego historii: świadomie łamie prawo, ponieważ życie Marysi jest dla niego ważniejsze od konsekwencji. Nie wie jeszcze, że ratuje własną córkę. W filmie Aranka GazdyAranka GazdyGazdy narzędzia zdobywa Zośka. Ona dzięki temu zyskuje sprawczość. Tylko że jednocześnie traci ją tytułowy bohater. Nie chodzi o pretensję, że "kobiety są za silne". Chodzi o konstrukcję historii. Jeżeli budujemy silniejsze postacie drugoplanowe poprzez odbieranie kluczowych decyzji bohaterowi, którego los jest osią całej opowieści, zmieniamy jej emocjonalną logikę. U Hoffmana kolejne działania Kosiby prowadzą go nieświadomie ku odzyskaniu córki i własnej tożsamości. U Gazdy część tej drogi przejmują inni.
Słabości scenariusza szczególnie mocno widać szczególnie w postaciach rodziców Czyńskiego, granych przez Izabelę Kunę i Mikołaja Grabowskiego. Twórcy chcą pokazać wyniosłą, oderwaną od rzeczywistości arystokrację, a zwłaszcza apodyktyczną matkę Leszka. Problem w tym, że robią to kreską tak grubą, że aż kłuje w oczy. W pewnym momencie towarzyszyła mi myśl, że brakuje już właściwie tylko wielkiego wykrzyknika na ekranie: "UWAGA, NADĘTA ARYSTOKRACJA!". I, co najlepsze, w finale niemal dokładnie taki komunikat dostaję.
Nowy "Znachor" jest ładny, ale mnie nie wzrusza. Jest sprawnie zrealizowany, ma kilka dobrych ról i wizualnie wygląda znakomicie. Tyle że po zakończeniu niewiele zostaje. I może właśnie to jest jego największy problem: opowiada historię, której istotą są przecież emocje, ale sam tych emocji wywołuje zaskakująco mało. Najlepiej widać to po zestawieniu finałów. Hoffman przez cały film konsekwentnie podnosi stawkę, by w sali sądowej doprowadzić historię do emocjonalnej eksplozji. Gazda nawet nie próbuje uderzyć w podobnie wysokie C.
I właśnie dlatego po obejrzeniu wszystkich trzech ekranizacji oraz przeczytaniu powieści jeszcze mocniej doceniam kunszt Jerzego Hoffmana. Nie dlatego, że jego "Znachora" zobaczyłem jako pierwszy. Nie dlatego, że "legend się nie rusza". I nie dlatego, że nowe zawsze musi przegrać ze starym. Hoffman po prostu najlepiej zrozumiał, na czym polega siła tej historii i najlepiej ją poprowadził. Wziął z Dołęgi-Mostowicza to, co najlepsze, odrzucił część tego, co filmowi nie służyło, dopisał sceny, bez których dziś nie sposób wyobrazić film, i dał aktorom materiał pozwalający stworzyć bohaterów z krwi i kości. Zbudował historię, za której postaciami się podąża, którym się kibicuje i za które się przeżywa. A przede wszystkim zrobił coś, czego nie da się zastąpić większym budżetem, piękną scenografią, nieograniczoną liczbą dubli ani współczesnym językiem. Zrobił film, który po ponad czterdziestu latach nadal wzrusza.
110
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.