Inwazja Miiludków

Jeśli męczy Was już ganianie z łapką na muchy za monumentalną Panią Dimitrescu albo gdy Mako wykręca kolejne kosmiczne piruety, wytrącając Was jednocześnie z równowagi, może czas rozważyć małą ...
"Miitopia" (Nintendo Switch) - recenzja
Jeśli męczy Was już ganianie z łapką na muchy za monumentalną Panią Dimitrescu albo gdy Mako wykręca kolejne kosmiczne piruety, wytrącając Was jednocześnie z równowagi, może czas rozważyć małą zmianę. W ostatnim zalewie remasterów warto zwrócić uwagę na skromną, acz niezwykle rozbrajającą produkcję od Nintendo.


"Miitopia”, bo o niej mowa, to odskocznia od typowych rozbuchanych fabularnie gier o ratowaniu świata. Fakt, przyjdzie nam się mierzyć z kolejnym złym lordem, jednak rzadko kiedy zdarza się, by największą przewiną głównego złego była kradzież twarzy lokalnego pospólstwa. Herosi też gdzieś poginęli, więc misją ratowania gąb zostajemy obarczeni my. A właściwie nasze Mii, awatarki, które dzięki dziwnej polityce Nintendo czasy największej świetności mają już za sobą.



I one stanowią tak naprawdę o sile tej gry. Wielką przyjemność sprawiło mi zaciągnięcie awatarów moich switchowych znajomych i wcielenie ich do zbieraniny przypadkowych i zdezorientowanych włóczykijów. To jedyna okazja, w której Naruto może stanąć obok Iron Mana, Peter Griffin ma szansę zostać księżniczką, o której rękę walczy Thor, a wielkim mędrcem udzielającym nam duchowego wsparcia będzie sam Satoru Iwata. Wszystko jest w naszych rękach i to od nas zależy, jakimi indywiduami zaludnimy ten pocieszny świat. Jest to aspekt znacznie rozwinięty względem oryginalnej gry z 3DSa, w której do dyspozycji mieliśmy o wiele mniej wyszukane buźki.



"Miitopia” nieustannie stara się wywołać uśmiech na twarzy gracza. Mimika prowadzonych postaci jest bezbłędna i w mocno przerysowany sposób pokazuje całe spektrum emocji. A tych będzie co nie mara, gdyż bardziej niż na walce i starciach z potworami, gra skupia się na zacieśnianiu więzi między postaciami. Każda przebyta plansza kończy się posiadówką w okolicznym zajeździe. Nasza wesoła trupa pije i lulki pali, śpiewa radosne pieśni, wcina niezdrowe żarcie i bawi się tak, jakby końca świata miało nie być. A to tylko początek zabawy, gdyż gra przewidziała tyle interakcji, że praktycznie każda wizyta w karczmie kończyła się scenkami, których nie miałam okazji wcześniej zobaczyć.



System walki jest uproszczony do granic możliwości. Wcielamy się tu w jedną z wielu dostępnych klas – obok klasycznego wojownika, maga czy złodziejaszka przywdziejemy też kostiumy maga, śpiewającej idolki czy też futrzastego kota. Każda z postaci będzie też dysponowała nadanym przez nas charakterem i, zależnie od niego, będzie zachowywała się odrobinę inaczej w walce, lubiła inne potrawy z tych spożywanych w karczmie albo postąpi na swój sposób z pierdołkami znajdowanymi w terenie.



Nie będę tu nikogo czarować – zwiedzane obszary nie powalają konstrukcją świata. Kolorowe tła w tle zmieniają się niepostrzeżenie, a przemierzane ścieżki nawet nie stoją obok pojęcia "zawiłe”. Będą co prawda rozwidlać się od czasu do czasu, jednak nie na tyle, byśmy przypłacili to jakąkolwiek dezorientacją.



Podkreślić należy, że ta miejscami slapstickowa oprawa nie każdemu przypadnie do gustu. "Miitopia” niezbyt sprawdziła się u mnie na dłuższe posiedzenia. Bardziej upodobałam sobie szybkie, krótkie sesje, dzięki którym znużenie i monotonia nie dopadały mnie tak szybko. Sam remaster nie wprowadza żadnych spektakularnych zmian, więc osoby, które już raz zmierzyły się z tym tytułem w jego oryginalnym wydaniu, niespecjalnie będą miały tu czego szukać. Z drugiej strony zaś taki rpg w wersji light dobrze sprawdzi się w zapoznawaniu z gatunkiem przez młodszych graczy, stawiających dopiero pierwsze kroki w trudnej profesji, jaką jest ratowanie świata.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Udostępnij: