Serial HBO „Dynastia Tudorów” zyskał dużą widownię telewizyjną i według punktacji Filmwebu równie entuzjastyczne przyjęcie jego społeczności. Teraz ukazał się na DVD, więc szersze grono widzów
Serial HBO „Dynastia Tudorów” zyskał dużą widownię telewizyjną i według punktacji Filmwebu równie entuzjastyczne przyjęcie jego społeczności. Teraz ukazał się na DVD, więc szersze grono widzów zapozna się z tym „arcydziełem”. Sprawnie zrobiony, atrakcyjny wizualnie serial ma niestety pewne cechy, za które trudno nim się zachwycać. Pomysł nie jest nowy, w 1972 nakręcono w Wielkiej Brytanii serial „Sześć żon Henryka VIII”, wyświetlany również w Polsce i bardzo pozytywnie oceniany. Podejmując temat na nowo, trzeba było przebić poprzednika, a widz nie zadowoli się czymś, co już kiedyś było. Jaka jest więc recepta na sukces serialu – cztery części zbrodni, trzy części seksu, dwie części pysznych strojów i dekoracji doprawione jedną częścią bzdury do smaku. Coś jak w pewnej popularnej gazecie, stąd tytułowe skojarzenie. Porywający się na temat dobrze znanego okresu historycznego twórca scenariusza Michael Hirst stwierdził w wywiadzie (który mogliśmy przeczytać w Gazecie Telewizyjnej, gdy serial zawitał w kanale HBO), że na zbieraniu materiałów i studiowaniu źródeł spędził kilkanaście miesięcy. Sugerowałoby to ambicje prawie paradokumentalne, a chyba służyło do przenicowania faktów na lewą stronę. Wnikliwy widz korzystając z Internetu, w parę godzin może zdobyć dokładniejsze informacje, w dodatku nie mniej barwne. Trudno zaakceptować metodę twórczą, w której chronologia wydarzeń jest dowolna, zmienia się losy postaci historycznych (kardynał Wolsey nie umiera w drodze do Londynu tylko popełnia samobójstwo w Tower) , na nowo kojarzy małżeństwa (już zamężna księżniczka Małgorzata i nieznany historii król Portugalii), niektórych przedwcześnie uśmierca (Henry FitzRoy) lub wręcz żyją po swojej faktycznej śmierci (papież Aleksander), a król zamieszkuje inny pałac niż powinien. Wszystko po to, żeby uzasadnić nową interpretację ich życiowych decyzji. Zapewne dla większości widzów obojętny jest stopień zgodności historycznej i traktują serial jako dobrą zabawę. Pamiętajmy jednak, że percepcja ludzka w największym stopniu bazuje na obrazie i czasem przyswajamy sobie jego treść dosłownie. Żeby nie szukać daleko – w Szkocji postawiono pomnik poświęcony Williamowi Wallace’owi z płaskorzeźbą przedstawiającą... Mela Gibsona z napisem Braveheart, co było przydomkiem innego człowieka. Fikcja filmowa z uwagi na wielką siłę oddziaływania zaczęła żyć własnym życiem. Serial jest nierówny i lawiruje po gatunkach. Obok standardowego przedstawienia faktów (z bezczelnym pokazywaniem miejsca akcji i daty) mamy totalną fikcję historyczną (jednak bez uprzedzenia), a odcinek poświęcony epidemii „angielskich potów” prawie nie fantazjuje i oglądany osobno bez czołówki zmyliłby miłośników National Geographic. Ale zaraz potem pojawia się upiór siostry panny Jane leżący w łóżku obok niej i Thomasa Tallisa, co jest powiewem horroru. Jednym słowem ani chwili nudy... Wyobraźmy sobie hipotetyczny serial „Dynastia Jagiellonów”, gdzie królowa Bona nocami kąpie się w krwi własnoręcznie mordowanych dziewic, Zygmunt August jest transseksualistą, na wzgórzu wawelskim stoi (komputerowo wygenerowany) warszawski Zamek Królewski, a Litwa to wyspa. Chyba byśmy tego nie strawili, bo w pamięci ostało się trochę szkolnej wiedzy. Co wobec tego czują biedni Angole. Niestety, nawet po przyczepieniu etykiety „kawior” kaszanka nadal pozostaje kaszanką. Widzu oglądasz ten serial na własną odpowiedzialność.
1106
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.