Relacja

13. T-Mobile Nowe Horyzonty: Klincz

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/13.+T-Mobile+Nowe+Horyzonty%3A+Klincz-97508
Niedzielę zaczęliśmy od wycieczki po "Płynących wieżowcach" – nowym prowokacyjnym filmie Tomasza Wasilewskiego. Później wybraliśmy się do przerażającego "Berberian Sound Studio".

Co zrobić z tą miłością?


W domach z betonu – wbrew temu, co śpiewała Martyna Jakubowicz – można znaleźć miłość. W filmie Tomasza Wasilewskiego jest to jednak uczucie wstydliwe, niosące ze sobą same problemy, trudne do zaakceptowania przez otoczenie. Nie da się go zabić, ale też nie sposób pozwolić mu istnieć. Klincz.



W "Płynących wieżowcach" mieszka dobrze rokujący pływak Kuba (Mateusz Banasiuk). Ubrany  w dres, ostrzyżony na jeża podczas nudnego wernisażu z miejsca wypija "na znieczulenie" podwójną lampkę wina. Na osiedlu nie daje sobie w kaszę dmuchać i, kiedy trzeba, puszcza w ruch twarde pięści. Wypisz, wymaluj: heteroseksualny samiec alfa. Kiedy jednak na horyzoncie pojawi się  ładniutki Michał (Bartosz Gelner), Kuba odkryje swoje inne oblicze.

Polskie kino i telewizja lubią pokazywać homoseksualistów albo jako przegiętych ekscentryków,  albo nadwrażliwych odmieńców. Wasilewski – co mu się chwali – próbuje zerwać z tą uproszczoną optyką. Zresztą, wszyscy jego bohaterowie niezależnie od płci i upodobań erotycznych mają dwie twarze. Dziewczyna Kuby, Sylwia, jest nie tylko zranioną białogłową, ale i wojowniczką walczącą o ukochanego na przekór jego orientacji. Matka Michała niby akceptuje odmienność syna, ale nie pozwoli, by jego niespodziewany coming out zepsuł rodzinny obiadek. Wreszcie matka Kuby, która niedoszłej synowej  nie znosi, ale w wiadomej sprawie będzie dzielnie ją wspierać.

"Płynące wieżowce" można czytać jako opowieść o pozornej tolerancji – wielu deklaruje ją tak długo, jak nie musi wykazać się nią w stosunku do najbliższych; o niemożliwych do zrzucenia kajdanach, które nakładają  nam rodzina i społeczeństwo; wreszcie o młodzieńczym zagubieniu. Kuba przez większość filmu ewidentnie miota się: raz pozwala koledze z drużyny na fellatio w ubikacji, by za chwilę próbować dowieść swej męskości w łóżku z dziewczyną; raz całuje się namiętnie z Michałem, by potem zaspokoić ustami śpiącą Sylwię. Czy jego zachowanie na basenie w trakcie ważnych kwalifikacji to wymierzona samemu sobie kara za grzechy?



Wasilewski nie każe widzowi wytężać wyobraźni. W jego filmie znajdziecie wyjątkowo odważne i dobrze zagrane jak na polskie kino sceny erotyczne. Mam tylko wrażenie, że te w wydaniu hetero pokazują jednak ciut więcej. Już w swoim poprzednim dziele "W sypialni" reżyser dał dowód na perfekcyjne opanowanie warsztatu audiowizualnego. Tutaj potwierdza rzemiosło: zrealizowane w większości w nocy zdjęcia Jakuba Kijowskiego sugestywnie odmalowują Warszawę jako wielką sypialnię naznaczoną marazmem.

"Płynące wieżowce"
od początku dryfują w kierunku uniwersalnej opowieści, która mogłaby się wydarzyć pod każdą szerokością geograficzną. Brakuje w niej jednak szczegółów i smaczków uwiarygadniających historię. Nie dowiemy się, z czego bohaterowie żyją, jakie mają zainteresowania i plany na siebie. A przecież nie od dziś wiadomo, że niejedna miłość skończyła się tam, gdzie zaczęło się prawdziwe życie.

Cały ten zgiełk

W "Berberian Sound Studio" grozy nie mierzy się ani wskaźnikiem przelanej krwi, ani liczbą upiorów schowanych w szafie. To ten rodzaj filmu, który Amerykanie zwykli określać jako "mindfucker" – utwór robiący widzom z mózgu pieczony makaron. Niepokojący, niekompatybilny z żadną interpretacyjną szufladką, z minuty na minuty coraz mniej zrozumiały. Jeśli jednak lubicie, gdy reżyser wodzi was za nos i co rusz podrzuca tropy, które wcale nie przybliżają do rozwiązania zagadki, rezerwujcie bilety.  

Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. Główny bohater, inżynier dźwięku Gilderoy (Toby Jones), podróżuje do Rzymu, gdzie dostał fuchę przy postprodukcji B-klasowego horroru o czarownicach. Nieśmiały, nieznający włoskiego Brytyjczyk ma zadbać o to, by w filmie znalazły się odgłosy z piekła rodem. Praca idzie jednak Gilderoyowi opornie, krewki producent zaczyna się niecierpliwić, a tytułowe studio zamienia się w kafkowskie z ducha więzienie, którego zasad funkcjonowania nie sposób pojąć.



Są w "Berberian Sound Studio" elementy, którymi zachwyciłby się Roman Polański. Znajdziecie tu dramat osaczenia i samotności,  studium powolnego popadania w szaleństwo (znakomicie odegrane przez Jonesa), a wreszcie zwichrowany czarny humor. Film Petera Stricklanda to także wykonane na piątkę z plusem stylistyczne ćwiczenie. Począwszy od upiornej czołówki z muzyką, pod którą mógłby podpisać się skład The Goblins, reżyser bawi się stylem horrorów giallo. Na ekranie nie mogło zabraknąć kultowego rekwizytu w postaci skórzanych czarnych rękawiczek. We włoskim  dreszczowcu miałby je na sobie morderca z długim nożem. Tutaj są częścią garderoby anonimowego kinooperatora zmieniającego rolki z taśmą. Dobry żart czy raczej ostrzeżenie przed zabójczymi właściwościami X Muzy?

"Berberian Sound Studio" to także wyraz tęsknoty za starą szkołą – epoką, w której efekty dźwiękowe powstawały podczas szatkowania kapusty i w kabinie nagraniowej, a nie na ekranie komputera. Strickland oddaje hołd pomysłowości i zaradności mistrzów filmowego brzmienia. Bez nich kino grozy nie miałoby nawet w połowie takiej siły wyrazu.
Udostępnij: