Artykuł

Polska kontra Świat

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polska+kontra+%C5%9Awiat-97849
"W Polsce króluje kinematografia środka – ani wystarczająco artystyczna, żeby wygrywać nagrody na festiwalach klasy A, ani na tyle wulgarna i mainstreamowa, by być źródłem dochodu" – twierdzi Daniel Bird, brytyjski filmoznawca, pisarz i znawca twórczości Waleriana Borowczyka. Dla niego i wielu innych obcowanie z polskimi filmami jest jak obserwowanie samochodu marki Volvo – rzeczy wykonanej solidnie, ale zbyt prostej w obsłudze i nudnej w długotrwałym użytkowaniu.

Duńska krytyczka filmowa Nanna Frank Rasmussen publikująca na łamach codziennej gazety "Jyllands-Posten" uważa, że polskie kino powinno się uwolnić od martwego stylu i ukierunkować na tworzenie lekkich, tętniących życiem opowieści. "Może nawet film taki jak "Pusher" (1996) Nicolasa Windinga Refna przełamałby schematy, pozostając jednocześnie pożądaną wiwisekcją współczesnego polskiego społeczeństwa" – komentuje dziennikarka. Szkocki filmoznawca Rohan Berry również sądzi, że obecna sytuacja polskiego kina i jego percepcja na rynku międzynarodowym jest efektem głębokiego przywiązania Polaków do historii. "Na świecie wciąż panuje przekonanie, że polskie kino jest zbyt melancholijne, zafiksowane na wątkach martyrologicznych i przez to mało interesujące dla kogokolwiek prócz filmoznawców i socjologów".

"Pusher"

"Tacy twórcy jak Andrzej Żuławski czy Jerzy Skolimowski rozwijali język filmowej narracji" – dodaje Berry – "To sprawiło, że ich filmy były sugestywne i silnie oddziaływały na widzów. Młodzi polscy filmowcy powinni szukać własnego – wizualnego języka, a nie ulegać artystycznym ograniczeniom narzucanym przez poetykę filmów telewizyjnych".

Nowy język łatwiej kaleczyć, niż mówić nim płynnie. Jednak tylko ci, którzy próbują się go nauczyć, są zauważani na świecie. Kino artystyczne szuka dziś ekwiwalentu słów w obrazach, montażu i inscenizacji. Czy dla polskich twórców, którzy z pisaniem dialogów wciąż miewają największe problemy, nie jest to sytuacja idealna? Czy nie dlatego wykorzystują ją najlepiej artyści tak wrażliwi na wizualną stronę filmowych opowieści, jak Tomasz Wasilewski, Jacek Borcuch czy (ostatnio) Katarzyna Rosłaniec?

Film, o którym będziesz fantazjował

"Drugi film (Tomasza) Wasilewskiego ("Płynące wieżowce"), który miał światową premierę na MFF Tribeca, ożywia typową coming-out story interesująco zaprojektowanymi detalami, intrygującym podejściem do architektury dźwięku i sugerowanym przez tytuł wizualnym motywem, który momentami przywołuje imaginarium Tsai Ming-lianga" – napisał Christopher Bourne na łamach internetowego magazynu Twitch Film. O wizualnej wrażliwości i emocjonalnej intuicji polskiego reżysera opowiadającego o homoseksualiście tkwiącym w związku z dziewczyną pisał też Taiyo Okamoto w "Bilingual Art Magazine". Francisko Salazar z Latinos Post o "Płynących wieżowcach" mówił z kolei w kontekście fenomenalnego "Blue Valentine" (2010) Dereka Cianfrance'a i oszałamiającego "Wstydu" (2012) Steve’a McQueena. Mniej istotny wydaje się fakt, że wszystkie trzy filmy nazywa kontrowersyjnymi, od tego, że w ogóle zestawia je ze sobą. W Polsce zbyt często wyrównuje się w dół, szukając wyłącznie reżyserskich niedociągnięć. Zagraniczni dziennikarze, uprawiający "krytykę pozytywną", wyłuskują z filmów interesujące elementy; szukają powiązań, dokonują porównań i wierzą, że film jest efektem przemyślanej koncepcji.

 
"Płynące wieżowce"

Doceniają więc fakt, że Wasilewski intuicyjnie próbuje łączyć arthouse z gatunkiem. Choć w przypadku "Płynących wieżowców" powinniśmy mówić o melodramacie, Gabe Toro w nieco ironicznej recenzji filmu opublikowanej na blogu IndieWire napisał także, że "[takowe] gejowskie tragedie sprawdzają się też świetnie jako horrory wzbudzające dreszcze na plecach heteroseksualnych kobiet trwających w monogamicznych związkach". Na łamach "The Hollywood Reporter" Stephen Dalton już debiut Wasilewskiego, film "W sypialni" (2012), określał mianem arthousowego thrillera – "w pełni nie satysfakcjonującego, ale rozwijającego się powoli i wywołującego rosnące napięcie jak striptiz oglądany w slow-motion". Toro przymyka oko na poczucie, że trudno mu zbliżyć się do bohaterów drugiego filmu Wasilewskiego i na fakt, że rosnące uczucie między nimi ujawnia się wyłącznie na poziomie ich seksualności. Docenia jednak rewelacyjną wizualną koncepcję filmu, która jego zdaniem zapowiada, że reżyser jest tylko o krok od realizacji filmu "najwyższej próby".

Czy jednak fakt, że film miał światową premierę na Tribece nie sugeruje, że prestiżowe festiwale klasy A wciąż podchodzą do nowego polskiego kina z pewnym dystansem? "Gdy słyszę, że film był pokazywany na wielu międzynarodowych festiwalach – pytam: na jakich? Na świecie jest obecnie ponad dziewięćset imprez, więc teoretycznie dwa razy w ciągu dnia można wygrać nagrodę!" – komentuje Urszula Antoniak, polska reżyserka mieszkająca na stałe w Amsterdamie – "Dla reżysera najważniejsze jest to, gdzie ma premierę jego film. Do festiwali klasy A należą m.in. imprezy w Cannes, Berlinie, Wenecji, Karlowych Warach, Melbourne i od niedawna w Warszawie". Czy więc jeśli film ma premierę na takim festiwalu jak Warszawa (po Wenecji i przed Berlinem) lub Tribeca (po Berlinie i przed Cannes), to znaczy, że nie ma szans na festiwale znaczące czy został przez nie odrzucony?

Paryż, czterdzieści lat wcześniej


Na prestiżowym festiwalu filmowym w Berlinie swoją światową premierę miał film "W imię…" (2012) Małgośki Szumowskiej. Wywołał on znacznie bardziej zróżnicowany odzew niż raczej pozytywnie przyjęte "Płynące wieżowce". Dlaczego, skoro oba filmy poruszają tematy, które zachodnia kultura już dawno przetrawiła i wypluła? Czy nie z tego względu, że Wasilewski skupia uwagę krytyki na swoim finezyjnym stylu opowiadania, a dla Szumowskiej ważna jest tylko historia?

"W imię..."

Alissa Simon recenzująca "W imię…" na łamach "Variety" nie jest jedyną krytyczką, która nie znajduje interesującego punktu zaczepienia, więc zarzuca filmowi (czyt. opowiadanej historii) wsteczność. Podobne uwagi zagraniczna prasa kierowała już w stronę "Sponsoringu" (2011), poprzedniego filmu Szumowskiej. "Gdybym znów chciał obejrzeć film o prostytutkach i księżach, odświeżyłbym sobie "Zbrodnie namiętności" (1984) Kena Russella albo "Księdza" (1994) Antonii Bird" – komentuje Daniel Bird. Jonathan Romney ze "Screen Daily" twierdzi, że "W imię…" nie wykracza poza schemat tradycyjnego arthousowego melodramatu, a jego największym problemem są dramaturgiczne mielizny. Zarówno on, jak i Alissa Simon doceniają tylko fakt, że Szumowska nie stara się dokonywać samosądu na własnych bohaterach i nie staje po żadnej ze stron.

Co ciekawe, fakt, że reżyserka nie chce doszukiwać się w filmie wartości publicystycznych, bardzo nie podoba się w Polsce. Czy zachodni dziennikarze rozmijają się zatem z przekazem filmu? Czy dlatego, że doszukują się w nim pytań zadawanych przez współczesną – im bliską – ale nie polską kulturę? Deborah Young z "The Hollywood Reporter" widzi w Mateuszu Kościukiewiczu figurę młodego Chrystusa. Porównanie chłopaka, w którym zakochuje się ksiądz, do Boga jest bardzo ciekawe, ale tylko w zestawieniu z dwoma innymi filmami portretującymi katolików obsesyjnie pragnących seksualnego zespolenia z figurą Boga – "Hadewijch" (2009) Brunona Dumonta i "Rajem: wiarą" (2012) Ulricha Seidla. Szumowska nie idzie jednak w stronę uniwersaliów – tak jak wymienieni powyżej twórcy – więc film szybko traci wymiar historii o wpływie religii na seksualność. W takiej sytuacji krytykom nie pozostaje już nic innego, jak skupić się na kreacji Andrzeja Chyry – wedle Romneya przemyślanej, wielowymiarowej i magnetycznej.

"W imię..."

Czy dzięki Chyrze "W imię…" jest szansą na powrót Szumowskiej na właściwe tory, z których reżyserka wypadła realizując przeważnie krytykowany "Sponsoring"? "Wiedza o polskim kinie zatrzymała się na Kieślowskim. "Sponsoring" był uważany za francuski i obśmiany, bo trącił myszką" – komentuje krytyczne przyjęcie filmu o prostytucji studentek paryskich uczelni Urszula Antoniak. Stephen Holden w "New York Timesie" ironizuje, że "Sponsoring" to film spóźniony o dobre czterdzieści lat. Stara się pisać o nim w kontekście dokumentu "Chwała dziwkom" (2011) Michaela Glawoggera, a Kirk Honeycutt z "The Hollywood Reporter" próbuje porównywać Szumowską do Catherine Breillat, ale obaj szybko dochodzą do wniosku, że poza tematem polska reżyserka nie ma nic wspólnego ani z wymienionymi twórcami, ani z ich filmami.

Sprzedam się, jeśli kupisz też moje dzieci


Chociaż na głowę Szumowskiej posypały się słowa krytyki, "Sponsoring" miał swoją światową premierę na prestiżowym festiwalu filmowym w Toronto. "W polityce festiwalowej ogromne znaczenie mają sales agents" – tłumaczy Urszula Antoniak – "Dobry sales agent (Match Factory, Les Films du Losange, Wild Bunch czy Memento) potrafi umieścić swój film w selekcji, bo wie, że gra toczy się o wszystko". Czy fakt, że dany sales agent dysponuje prawami do "konia przetargowego" – filmu, na którym zależy selekcjonerom konkursu głównego – nie wiąże się aby z tym, że dokonano "sprzedaży wiązanej" i w pobocznych sekcjach nie ulokowano innych filmów reprezentowanych przez firmę? "Krytycy wciąż – dość naiwnie – nie zwracają uwagi na politykę festiwalową i uważają, że tylko jakość i oryginalność filmu decyduje o selekcji" – podkreśla Antoniak.

"Sponsoring"

W Ameryce zupełnie inaczej postrzegane są też festiwale, które w Polsce urosły do miana kultowych. Debiutowanie na Sundance jest zaszczytem dla amerykańskich twórców. Tamtejszy konkurs międzynarodowy nie jest wisienką na torcie, ale sekcją jedynie urozmaicającą zabawę. "Kiedy pytam amerykańskich reżyserów i producentów, jaki jest najlepszy amerykański festiwal, nie wymieniają Sundance tylko Telluride w Colorado i South by Southwest w Austin" – mówi Antoniak. Pokazane tam filmy, które wzbudzały zachwyt w Polsce, wróciły do Europy z wyważonymi, ale raczej chłodnymi recenzjami. W Teksasie swój dokument o berlińskiej porno-ekologicznej grupie "Fuck For Forest" (2012) pokazał Michał Marczak, a Philip French z "The Observer" uznał, że "gdyby jego bohaterowie nie istnieli, wymyśliłby ich Werner Herzog, tylko pewnie zrobiłby to lepiej". Pokazywany w Austin "Imagine" (2012) Andrzeja Jakimowskiego Tim Grierson ze "Screen Daily" uznał za "ofiarę nazbyt swobodnego, sentymentalnego nastroju".

Zachodnia prasa docenia za to atmosferę "Nieulotnych" (2012) Jacka Borcucha – nagrodzonego za zdjęcia na Sundance filmu o pierwszej miłości, winie i karze. "Borcuch przekonująco portretuje głęboki smutek wypływający z poczucia obcości, jakie rodzi się między bliskimi sobie ludźmi" – pisał John DeFore na łamach "The Hollywood Reporter". Dużo chłodniej wypowiedział się o filmie Peter Debruge. Zdaniem krytyka Variety "Nieulotne" to film piękny wizualnie, ale irytujący. "Borcuch wciela w życie idee Dostojewskiego, które znacznie lepiej sprzedadzą się na rynku europejskim niż amerykańskim" – komentuje Debruge. Jego zdaniem siłą filmu jest tylko naturalnie utalentowana Magdalena Berus. Młoda aktorka właśnie rozpoczęła naukę w studiu aktorskim Stelli Adler w Nowym Jorku i jest kolejnym dowodem na to, że nie tylko polscy operatorzy (Sławomir Idziak i Janusz Kamiński), ale i aktorzy radzą sobie na międzynarodowym rynku znacznie lepiej niż wielu reżyserów, na których ciąży odpowiedzialność za opowiadanie banalnych historii nieciekawym językiem.

Barwna anarchia spod znaku Pedra A.


"Nagradzany dramat inicjacyjny polskiej reżyserki i scenarzystki – Katarzyny Rosłaniec – przywołuje w pamięci klasyczne filmy Pedro Almodovara" – napisał Stephen Dalton z "The Hollywood Reporter" w swojej recenzji "Bejbi Blues" (2012). Krytyk przyznaje, że nastoletnie matki pochodzące z patologicznych środowisk są podstawowym motywem przez dekady eksplorowanym w filmach należących do nurtu społecznego realizmu. Dalton docenia jednak, jak wiele seksownej pewności siebie i elementów współczesnej kultury młoda polska reżyserka wniosła do "olśniewającego wizualnie" filmu. "Bejbi Blues" miało premierę w Toronto, na MFF w Berlinie zostało uhonorowane Kryształowym Niedźwiedziem w sekcji Generation 14-Plus. Czy Rosłaniec nie jest kolejnym dowodem na to, że zagranica jest znudzona polską martyrologią i docenia niepokorne, stylistycznie ryzykowne zabawy ze schematami – mimo tego że nie w pełni udane? Nawet ci krytycy, którzy uważają, że film jest wyjałowiony narracyjnie, zgodnie doceniają jego jaskrawe przestylizowanie i "elektryzującą paletę emocji", określając go mianem zachwycającego zmysły widowiska.

"Bejbi blues"

Chociaż większość międzynarodowych krytyków ceni specyficzną uniwersalność filmu Rosłaniec, Rohan Berry ma problem, z jakim zmagało się wielu polskich dziennikarzy. Nie ceni filmu ze względu na to, że nie może go postrzegać w kategoriach filmu narodowego. "Moja skromna wiedza na temat polskiego kina wywołuje we mnie poczucie, że "Bejbi Blues" jest przeciętnym filmem eksploatacyjnym, maskaradą mającą rzekomo odsłaniać palące społeczne problemy" – dodaje filmoznawca. Z drugiej strony interesujący jest fakt, że wielu zagranicznych krytyków nie czuje się na siłach, by wypowiadać się o współczesnym polskim kinie, ale godzinami mogą mówić o tych, którzy – podobnie jak Rosłaniec – byli formalnymi anarchistami, którzy nie widzieli dla siebie szans na rozwój w Polsce.

"Filmy Andrzeja Żuławskiego mnie fascynują ze względu na ich ekscentryczność" – mówi Simon Abrams, nowojorski krytyk współpracujący m.in. z Esquire i Village Voice – "Są głęboko osobiste, czasami wręcz niepokojąco intymne. Z jednej strony wywołują poczucie obcości, z drugiej bez względu na to, jak bardzo są abstrakcyjne i oderwane od świata, wydają mi się bliskie. Porażają mnie neurozy Żuławskiego, jego poczucie humoru i unikalna perspektywa, z jakiej patrzy na świat". Katarzyny Rosłaniec nie sposób porównywać do Żuławskiego (zestawianego raczej z Tarkowskym, Kurosawą czy Wellesem), ale nie sposób też zaprzeczyć, że nie łączy ich pewna pogarda do struktury, wyświechtanego języka filmowego i styl, który jednych zachwyca, u innych wywołuje odruch wymiotny.

Na wieki wieków amen

Pokolenie współczesnych polskich filmowców to – na rynku brytyjskim, duńskim, holenderskim i w dużej części amerykańskim – pokolenie stracone. "Brytyjscy widzowie zwykle nie mają okazji obcowania z filmami polskich reżyserów i nic o nich nie wiedzą" – komentuje Rohan Berry. Czy polscy twórcy mają zatem szansę realnego zaistnienia w kręgach festiwalowych? "W tej kwestii nie ma recepty na sukces" – twierdzi Dan Sallitt, nowojorski reżyser i krytyk filmowy – "Dobre, artystyczne kino w końcu znajduje swoich dystrybutorów – podobnie jak kino treściowo i formalnie nieciekawe. Polskiemu kinu brak siły przebicia, ponieważ po Kieślowskim nie pojawił się reżyser, którego twórczość odcisnęłaby równie silne piętno na światowej kinematografii. To oczywiście może się zmienić w każdej chwili. Kluczowa dla artystycznego rozwoju jest jednak kultura, która sprzyja zuchwałym i niekonwencjonalnym wizjom. Wizerunek narodowej kinematografii jest zawsze wypadkową jej elementów składowych". Niestety zdaje się, że kilka filmów, którym udało się zaistnieć na rynku międzynarodowym, to wciąż za mało, byśmy przestali być postrzegani przez pryzmat "kina martyrologicznego niepokoju".

"Nieulotne"

"Polskie filmy mają w sobie coś mrocznego, depresyjnego, może wręcz tragicznego. "A może to tylko legitymizowane polską historią stereotypy" – zastanawia się Nanna Frank Rassmusen – "Nawet jeśli tak jest, fakt, że zarówno Andrzej Wajda, jak i Agnieszka Holland – prawdopodobnie najbardziej dziś znani Polscy reżyserzy – wciąż kręcą rozliczeniowe filmy wojenne lub polityczne, jedynie umacnia klisze, przez jakie patrzymy na całą polską kinematografię". Czyż nie na ironię zakrawa więc fakt, że na dwóch najbardziej prestiżowych międzynarodowych festiwalach filmowych klasy A jesienią zostanie pokazany właśnie kolejny film Andrzeja Wajdy "Wałęsa. Człowiek z nadziei" (Toronto i Wenecja) oraz miniserial Agnieszki Holland "Gorejący krzew" (Toronto)?
Udostępnij: