44. FPFF w Gdyni: Na Wschodzie bez zmian

  • Relacja
W ostatnim zestawie naszych festiwalowych recenzji (wypatrujcie jeszcze Movie Się i kolejnych wywiadów wideo!) bierzemy na warsztat polskiego kandydata do Oscara – "Boże ciało" Jana Komasy (recenzuje Michał Walkiewicz) oraz pokazywany z niezrozumiałych przyczyn poza Konkursem Głównym "Eastern" Piotra Adamskiego (recenzja autorstwa Marcina Stachowicza).  

***


Ciało i krew, rec. filmu "Boże Ciało", reż. Jan Komasa
autor: Michał Walkiewicz

Udało się! Po kilku latach kolektywnego odbijania karty na światopoglądowym froncie, dotarliśmy do momentu, w którym różnica pomiędzy kinem chrześcijańskim a kinem katolickim jest mniej więcej taka jak pomiędzy krzesłem a krzesłem elektrycznym. Jan Komasa rozumie to doskonale, dlatego w swoim najnowszym filmie zapuszcza się na dziewicze tereny polskiego kina. To miejsce, gdzie Jezusa nosi się w sercu zamiast na sztandarze, koloratka jest atrybutem społecznego posłannictwa, a nie władzy, natomiast boski plan istnieje po to, by go kwestionować. 

Daniel (Bartosz Bielenia) nie nadaje się na księdza: żaden z niego orator, zasady posługi traktuje jak niezobowiązujące wskazówki, nogi plączą mu się o albę, w wolnych chwilach lubi sobie chlapnąć i ściągnąć chmurkę. Jednak na zapadłej wiosce, budzącej się i zasypiającej do rytmu kościelnych dzwonów, pogrążonej w żałobie po tragicznej śmierci siedmiu osób, staje się przewodnikiem, na którego zagubione dziatki zasłużyły. Choć mieszkańcy nie wiedzą, że Daniel improwizuje i w stanie duchownym nie spędził ani minuty – zwolniony z zakładu poprawczego, nawinął makaron na uszy lokalnemu proboszczowi – lgną do niego jak ćmy do światła. Ten zaś, w imponującym akcie odkupienia, wyprowadza ich z mroków nienawiści, a przy okazji zamienia liturgię w mazurską noc kabaretową. 

boze.jpg

Skąd ta nadświadomość? Wiedza o nieścisłościach religijnych dogmatów? O różnych definicjach moralności? Kolega, inny uciekinier z zakładu, przekonuje, że Daniel ma "to coś"; chyba bożą iskrę, ale o ile dobrze zrozumiałem Komasę, chodzi po prostu o intuicyjne rozpoznanie w chrześcijańskiej wierze spoiwa społecznego. Daniel jest bohaterem z krwi i kości, w filmie spacerujemy za nim krok w krok, lecz o wiele ważniejszy wydaje się fakt, że pozostaje katalizatorem zmiany we wspólnocie wyniszczonej resentymentami; mediatorem pomiędzy żałobnikami a żoną człowieka, który odebrał mieszkańcom powód do życia. Sposób, w jaki Komasa podgląda tę wspólnotę, budzi mój najszczerszy podziw. To ten rodzaj humanistycznej optyki, za którą idzie sprawiedliwy rozdział racji – wymaga on nie tylko inteligencji i empatii, ale również olbrzymiej dawki samokontroli. "Boże Ciało" nie jest serią cudów nawleczonych na różaniec, to raczej relacja z pracy u podstaw. Nikt nie zmienia się z dnia na dzień, ludzie muszą oddychać w swoim tempie i przepracowywać traumę na własnych warunkach. Jedni z trudem, inni – wcale. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

***


Terrarium, rec. filmu "Eastern", reż. Piotr Adamski
autor: Marcin Stachowicz

Na East Coast wieje chłodem. Ponurzy faceci w białych koszulach i czarnych kamizelkach wyglądają jak wystrugani z dębowej beczki po burbonie. Albo z obrotowych drzwi saloonu. Piją mocną kawę, rozmawiają o honorze, zemście, rodzinnych konfliktach i aliansach. A to przecież tylko grodzone osiedle gdzieś pod Warszawą. Znajomy krajobraz polskiej klasy średniej: kuchnia na wysoki połysk, kanapy i stoły z sieciówek, SUV-y o proporcjach żuków gnojowych, doskonale przystrzyżone trawniki. Po asfaltowych uliczkach, między identycznymi domami, na hulajnodze pomyka urocza blond dziewczynka z bronią przewieszoną przez ramię. Deweloper mógłby sobie zawiesić taki obrazek w biurze sprzedaży. Oczywiście gdyby wcześniej wyretuszował karabin z pierwszego planu.

EASTERN-1-fot.-Studio-Munka-SFP-1193x500@2x.jpg

Debiutujący na dużym ekranie Piotr Adamski sztuki umowności uczył się chyba u samego Jorgosa Lantimosa. Minimalnym kosztem, biorąc tylko to, co dają wielkomiejskie suburbia, wykreował dystopijną rzeczywistość potężnej cofki moralnej. I chociaż niewiele się o tym świecie dowiadujemy z samego filmu, to dzięki jego otwartej strukturze sporo możemy sobie uszyć samodzielnie. Na przykład to, że dawno, dawno temu musiało tutaj dojść do jakiegoś ultrakonserwatywnego przewrotu na modłę "Opowieści podręcznej". Stosunki międzyludzkie reguluje babilońskie prawo "oko za oko, ząb za ząb". Splamienie cudzego honoru z automatu ściąga na nas jarzmo zemsty rodowej, a własne życie trzeba wykupować w majestacie prawa, siedząc na skórzanych fotelach kancelarii. Bez broni palnej nikt nie rusza się z domu. No chyba że na stację Orlen po paczkę nabojów do colta. 

Pozornie zimny świat kipi jednak i gotuje się od środka. Działać trzeba szybko i bez ustanku, zgodnie z najbardziej pierwotnym impulsem "zgiń lub zabij sam". Przemoc i zawziętość pochodzą tutaj bez żadnych wątpliwości od współczesnych kowbojów w błyszczących gablotach, którym ktoś nieopatrznie pozwolił zrealizować ich najbardziej kretyńskie marzenia i tępe instynkty. Powstał świat nie tylko niebezpieczny i przerażająco niefunkcjonalny, ale zwyczajnie głupi. Skoro nic nie da się załatwić na drodze zwykłego "przepraszam", a największą wartość mają krew, honor i banknoty, trzeba się nauczyć kombinować na opłotkach tego chorego systemu. I ludzie kombinują, a dokładniej – kombinują kobiety. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię