Relacja

BERLINALE 2013: Życie w ubóstwie a życie w lesie

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2013%3A+%C5%BBycie+w+ub%C3%B3stwie+a+%C5%BCycie+w+lesie-93214
Do końca Berlinale coraz bliżej, ale w Konkursie wciąż pojawią się nowe filmy lubianych i cenionych twórców. Danis Tanović pokazuje nam epizod z życia romskiego złomiarza, a David Gordon Green zabiera Paula Rudda i Emile'a Hirscha na wycieczkę do lasu.

Ciężki los

Danis Tanović zamazuje w "An Episode in the Life of an Iron Picker" ("Epizoda u životu berača željeza") granicę między fikcją a rzeczywistością. Opowiedziana tu historia wydarzyła się naprawdę i odgrywają ją przed nami ludzie, którzy faktycznie ją przeżyli. Filmowa rekonstrukcja nabiera dzięki temu niemal dokumentalnego charakteru.


Śledzimy kilka kryzysowych dni z życia pewnej romskiej rodziny. Mąż zarabia, złomując samochody i sprzedając ich resztki za grosze w punkcie skupu. Tymczasem jego żona zajmuje się domem i dwiema córeczkami. Warunki bytowe rodziny są skromne, widać to już po bez przerwy "zaśnieżonym" obrazie w telewizorze, który wciąż oglądają dziewczynki. Bohaterowie z trudem wiążą koniec z końcem i niewiele trzeba, by znaleźli się w krytycznej sytuacji. Niespodziewanie kobieta dostaje silnych bólów brzucha; w szpitalu okazuje się, że wymaga natychmiastowej operacji. Nie posiada jednak ubezpieczenia zdrowotnego, nie stać jej również na zapłacenie za kosztowny zabieg. Nieszczęścia chodzą parami i w tym samym czasie dom protagonistów zostaje pozbawiony elektryczności – rodzina zalega bowiem z opłatami.

Tanović snuje opowieść o życiu na granicy ubóstwa, o tym, jak świat codziennego znoju i świat dostatniej egzystencji funkcjonują ramię w ramię, stykając się tylko w momentach krytycznych. O tym, jak ci pozbawieni dochodów i płynących z nich przywilejów odbijają się od niewidzialnej granicy broniącej dostępu do wygody i bezpieczeństwa. Różnicę między życiem a śmiercią nieraz da się tu wyliczyć co do grosza w obowiązującej walucie. Nawet przezwyciężenie doraźnych przeciwności losu nie zmienia całościowego obrazu – z tego koła udręki nie sposób się wyrwać. 


Obserwacje reżysera są oczywiście celne i dotykają istotnych kwestii, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nie należą również do zbyt odkrywczych. Dostajemy tu najbliższy wspólny mianownik filmowej historii i prawdy, która ją zainspirowała – ale kryterium prawdziwości nie jest miernikiem wartości artystycznej. Pytanie brzmi zatem: jak reżyser przepisuje materiał źródłowy na kinową opowieść? Wobec braku komentarza przedstawione wydarzenia – oraz sposób ich pokazania – muszą mówić same za siebie.

Tanović jest najlepszy w portretowaniu codzienności bohaterów. Przy pomocy ciekawskiej, ruchomej kamery i montażowych skrótów wciąga nas w prozaiczne czynności, na jakich zbywa czas rodzinie: rąbanie drew przez męża, pieczenie ciasta przez kobietę, zabawa dziewczynek. Gorzej, gdy ich egzystencja ulega dramatyzacji. Choć stawka jest wysoka, na twarzach protagonistów nie maluje się szczególne zaangażowanie. Możliwe jednak, że nie jest to efekt braku aktorskich umiejętności naturszczyków, a ponury morał, jaki mamy wyciągnąć z opowiadanej nam historii. Przeżyli już tyle i tyle jeszcze przed nimi, że zdążyli zobojętnieć na swój ciężki los.

Poszli w las

Kto oczekuje od "Prince Avalanche" – remake'u islandzkiego "Either Way" – powtórki z "Gerry'ego", srogo się zawiedzie (albo ucieszy – zależy, co myśli o filmie Gusa Van Santa). Ogólny zarys fabuły wydaje się w końcu podobny: dwóch facetów przez półtorej godziny snuje się po pustkowiu. Reżyser David Gordon Green jest jednak przede wszystkim twórcą komediowym. Ale i tak bliżej "Prince Avalanche" do jego wczesnych niezależnych filmów niż bardziej popularnych produkcji ("Boski chillout", "Wasza wysokość"), z którymi kojarzymy teraz jego nazwisko.


Alvin (Paul Rudd) i Lance (Emile Hirsch) pracują na terenie lasu, przez który niedawno przeszedł pożar. Zajmują się głównie malowaniem na jezdni żółtych pasów i stawianiem słupów ostrzegawczych. Lance jest bratem dziewczyny Alvina i tamten, zatrudniając go do tego zajęcia, zrobił mu przysługę. Sam traktuje to zadanie z powagą, czerpiąc przyjemność z odosobnienia i widząc w nim swego rodzaju sprawdzian dojrzałości. Jego towarzysz natomiast marzy jedynie o kolejnym weekendzie, kiedy będzie mógł wrócić do miasta, gdzie czekają go dziewczyny i imprezy.

Skontrastowana para protagonistów – gruby i chudy, głupi i głupszy itp. – to komediowa tradycja, w którą jasno wpisuje się reżyser. Paul Rudd, z przystrzyżoną czupryną, wąsikiem i w workowatych roboczych spodniach, przypomina nawet miejscami Charliego Chaplina. Ale duet uwięzionych w rutynie powtarzalnych czynności bohaterów kojarzyć się też może choćby z beckettowskim "Czekając na Godota". Rudd i Hirsch z komediowym wyczuciem ożywiają na ekranie parę swoich bohaterów. Przekomarzanki obibokowatego Lance'a z usiłującym przyjąć pozycję męskiego autorytetu Alvinem są naprawdę zabawne – nawet nie tyle dzięki wybornie napisanym żartom, ale właśnie wykonawczej chemii. Ale obaj aktorzy potrafią też uderzyć w tony dramatyczne.


Bo "Prince Avalanche" to nie tylko zbiór odegranych w leśnej scenerii skeczów. Między kolejnymi humorystycznymi potyczkami bohaterów reżyser wplata bardziej refleksyjne momenty, gdy Alvin wędruje samotnie po spalonym lesie, obserwując wracającą do życia faunę i florę, kontrastującą z pozostałościami po katastrofie. W rozegranych przy dźwiękach muzyki zespołu Explosions In The Sky montażowych sekwencjach film nabiera wręcz epickiego oddechu. Miejscami trochę za bardzo ociera się o pretensjonalną metafizykę – pojawia się nawet wątek z duchem – ale na każdy podniosły moment przypada równoważący go celny żart. Poza tym emocjonalny kręgosłup filmu – relacja między parą bohaterów – pozostaje silny; nawet gdy po obligatoryjnym kryzysie przyjaźni dostajemy pokrzepiającą puentę.

No i mamy tu jeden z zabawniejszych w całej historii kina sposobów na pojawienie się napisu tytułowego.
Udostępnij: