Relacja

BERLINALE 2013: Moja noc u Frances

https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2013%3A+Moja+noc+u+Frances-93243
Dziś poznamy laureatów berlińskiego konkursu. Kasia Rosłaniec wyjedzie ze stolicy Niemiec z Kryształowym Niedźwiedziem, którym nagrodzono już pokazywany w sekcji Generation "Bejbi blues". Czy "W imię..." Małgorzaty Szumowskiej ma szansę na statuetkę w kolorze złotym? Zobaczymy.

Tymczasem możecie przeczytać nasze kolejne recenzje pokazywanych na Berlinale filmów. W Konkursie Głównym pokazano "Harmony Lessons" z Kazachstanu w reżyserii Emira Baigazina. W sekcji Panorama natomiast swój świetny najnowszy film "Frances Ha" zaprezentował Noah Baumbach ("Greenberg").

I tylko owieczki żal

"Harmony Lessons" rozpoczyna scena, która sprawi, że co wrażliwsi widzowie na sali kinowej zaczną nerwowo wiercić się w fotelach albo z uwagą podziwiać misterny wystrój sufitu. Wszystko, byle nie oglądać pokazanego ze szczegółami procesu zabijania, obdzierania ze skóry i sztukowania biednej owieczki. A to tylko początek serii okrucieństw, jakie nas czekają. Debiutancki film kazachskiego reżysera Emira Baigazina opowiada o zaklętym kręgu przemocy, z którego nie sposób się uwolnić.


Pierwszym ogniwem tego łańcucha jest żart kolegów, którego ofiarą pada młody Aslan (Timur Aidarbekov) podczas okresowego badania lekarskiego, jakiemu poddawani są uczniowie z jego szkoły. Po tym wydarzeniu chłopak zamyka się w sobie i rozwija szereg kompulsywnych zachowań, np. ciągłe kąpiele czy znęcanie się nad zwierzętami: karaluchami i jaszczurkami.

Nie bez powodu to właśnie inni uczniowie dają impuls do powolnego upadku Aslana. Miejscem, gdzie najwyraźniej widać okrucieństwo świata opisywanego przez Baigazina, jest bowiem szkoła. Z jednej strony naucza się tu o ideałach: uczniowie zgłębiają tajniki geometrii, recytują poezję i słuchają o Gandhim. Ale z drugiej – widzimy, jak w szeregach małolatów formuje się piramida zależności, na szczycie której stoją miejscowe łobuzy, terroryzujące rówieśników. Ta niemal mafijna struktura jest zresztą tylko odpryskiem działalności prawdziwych kryminalistów, których widzimy tu, jak wymuszają posłuszeństwo na szkolnych łobuzach. Zawsze znajdzie się większe zło, mówi nam Baigazin i podąża tropem przemocy jeszcze dalej, na drugą stronę prawa. Również policjanci, wydobywając zeznania od podejrzanych, uciekają się do przemocy i okrucieństwa.


W "Harmony Lessons" na prowadzenie wychodzi motyw konfliktu między przyziemną a duchową sferą człowieczeństwa. Dlatego reżyser pokazuje, że w szkole naucza się nie tylko o Gandhim, ale i o Darwinie. Tę opozycję podkreślają też postawy dwóch kobiet, z którymi obcuje Aslan. Jego babcia stwierdza, że życie bez mięsa jest niemożliwe – chyba że w raju; (dlatego właśnie owieczkę z początku filmu spotyka taki los). Koleżanka z klasy, muzułmanka, która ze względu na wyznanie odmawia zdjęcia chusty podczas lekcji, odrzuca z kolei zaloty chłopca, wyrażając obawę co do nieczystości jego intencji. Dramat człowieka polega na rozdarciu między zwierzęciem a Bogiem, utknięciu na drabinie bytów.

W celu wzmocnienia tego przekazu Baigazin równoważy sceny przemocy pięknem malarskich kadrów, pełnych symetrycznych kompozycji i poetyckiej zadumy. Ale jego metafory wydają się siłowe, opozycje zbyt gładko wskakują na swoje miejsca i są zbyt nachalne w swych ekstremach. Nie sposób jednak odmówić twórcy talentu do opowiadania. Debiutant – od razu z filmem w berlińskim konkursie! – może jeszcze namiesza w przyszłości. Na razie jednak – bez rewelacji.

27 lat minęło

Nowy film Noaha Baumbacha ("Greenberg") ogląda się jak zaginioną perełkę francuskiej nowej fali. Czarno-białe zdjęcia, charakterystyczna muzyka, podział na rozdziały i luźna, spontaniczna konstrukcja przywodzą na myśl pamiętne dokonania najważniejszych reżyserów z Francji lat 60. Ciepła ironia, z jaką Baumbach opowiada o tytułowej bohaterce, najbardziej kojarzy się z dokonaniami Erica Rohmera. Ale podczas gdy twórca "Mojej nocy u Maud" zgłębiał przede wszystkim matrymonialne perypetie swoich postaci, Baumbacha zdają się nie interesować romantyczne przygody tytułowej Frances. To odświeżające, gdy ktoś udowadnia nam, że nie każdy film musi opowiadać o miłości. Ten jest o przyjaźni i dojrzewaniu.

Frances (Greta Gerwig) to 27-letnia tancerka, z trudem utrzymująca się z robienia tego, co lubi. Pytana o zawód, wyjaśnia, że "trudno to wytłumaczyć". Mimo to wypełnia ją pozytywna energia, którą pożytkuje głównie na spędzaniu czasu ze swoja najlepszą przyjaciółką i współlokatorką Sophie (Mickey Sumner). Niespodziewanie jednak Sophie postanawia się wyprowadzić, co stawia Frances w emocjonalnie i finansowo trudnym położeniu.

Baumbach opowiada o kryzysowym momencie w życiu dzisiejszych dwudziestokilkulatków. Większość postaci przewijających się przez film jest właśnie w tym wieku: są już po studiach, ale jeszcze nie stali się w pełni "dorośli", wciąż żyją marzeniami o karierach scenarzystów i tancerek. Zarazem muszą jednak borykać się z problemami mieszkaniowymi, brakiem pracy, ciągłym życiem na krechę... Frances jest wciąż na tym etapie przejściowym, natomiast Sophie właśnie z niego wychodzi. Rozłam między najlepszymi przyjaciółkami wynika z dysonansu między ich osobistymi priorytetami. Gdy Frances pyta znajomego, czy wygląda staro – bo ma przecież dopiero 27 lat – ten odpowiada jej, że "wygląda na swój wiek". Ale zaraz dodaje, że 27-latek to już w zasadzie ktoś stary. Dla wielu to czas najwyższy na wzięcie ślubu, kredytu i zostanie "pełnoprawnym" dorosłym. Nie dla Frances.


Ten mit beztroskiego życia bez zobowiązań to jeden z fundamentów światopoglądu nowojorskiej bohemy, w której kręgach obraca się bohaterka. Film Baumbacha jest poniekąd również portretem tego miasta. Czarno-biała estetyka to zatem nie tylko hołd dla Truffauta, Rohmera czy Godarda, ale i ukłon w stronę "Manhattanu" Woody'ego Allena czy filmów Jima Jarmuscha.  

Największym skarbem "Frances Ha" jest jednak Greta Gerwig, która na czas seansu po prostu staje się swoją postacią. Aktorka jest współautorką scenariusza i wzbogaciła go o elementy autobiograficzne (w rolę rodziców Frances wcielają się prawdziwi rodzice Gerwig). Jej szczerość i samoświadomość w operowaniu własnym ekranowym wizerunkiem imponuje. Wewnętrzna energia, ekspresyjna mimika twarzy, niuanse, którymi nasyca tę rolę, składają się na urzekająco żywą postać. Co więcej, sprawiają, że Gerwig udaje się to, czego nie potrafi osiągnąć wciąż odklejona od rzeczywistości i otaczających ją ludzi Frances: porozumienie z drugim człowiekiem. W tym wypadku – z widzem.
Udostępnij: