Relacja

CANNES 2013: Między przepychem a skromnością czai się pustka

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2013%3A+Mi%C4%99dzy+przepychem+a+skromno%C5%9Bci%C4%85+czai+si%C4%99+pustka-95757
66. edycja festiwalu w Cannes została uroczyście rozpoczęta. Jeśli pierwszy dzień może być jakimś prognostykiem tego, jaka będzie tegoroczna impreza, to można śmiało powiedzieć, że szykuje się nam festiwal kontrastów. Na otwarciu pokazano bowiem ociekający wizualnym bogactwem obraz Baza Luhrmanna "Wielki Gatsby". Zaś pierwszym filmem konkursowym był "Heli" Amata Escalantego.

W pułapce obsesji

"Wielki Gatsby" jest naprawdę wielki. Baz Luhrmann zadbał, żeby film na każdym kroku olśniewał, audiowizualnie obezwładniał. Jednak czy to wystarczy, by naprawdę zachwycić widzów? Mam nadzieję, że nie, bo Luhrmanna stać na więcej.

Australijski reżyser nie po raz pierwszy sięga po wielką klasykę literatury. I podobnie jak uczynił to z "Romeo i Julią", tak i tym razem dość swobodnie potraktował proces adaptacji. To nie jest opowieść osadzona w Nowym Jorku lat 20. ubiegłego wieku. A przynajmniej nie w tym "prawdziwym", jaki opisał Fitzgerald. Jego ambicją wydaje się próba uchwycenia zarówno ducha powieściowego oryginału, jak i stylu życia dawnych nowojorczyków, tak by człowiek współczesny czuł się jak u siebie. Stąd wszystko jest stylizacyjnym miszmaszem: kostiumy i samochody z epoki sąsiadują z hiphopową muzyką.

Pozorne uwspółcześnienie "Wielkiego Gatsby'ego" jest jednak efektem ubocznym. Tematem przewodnim jest bowiem obsesja. Co ciekawe, Luhrmann wcale nie pokusił się o zaakcentowanie wątku miłosnego. Nie unika go, ale też na każdym kroku stara się zwrócić uwagę na inne elementy całej historii, jak choćby na czas, jego nieuniknione przemijanie i jednoczesną niezmienność. Pozwala to reżyserowi przedefiniować tragedię Gatsby'ego, który staje się jedyną postacią świadomą pułapki, w jakiej znalazł się ród ludzki. Dla Gatsby'ego następstwo czasu nie istnieje. Przeszłość i przyszłość są jednym i tym samym. Jego dramat polega na tym, że choć siebie samego potrafił o tym przekonać, z resztą świata mu już nie wyszło. Luhrmann staje jednak po jego stronie i w odpowiedni sposób skonstruował cały film. Wystarczy szersza perspektywa, byśmy łatwo zauważyli, że nic tak naprawdę się nie zmienia. Nowy Jork z filmu bez problemu można byłoby zastąpić Nowym Jorkiem sprzed niedawnego kryzysu gospodarczego czy też bańki internetowej końca ubiegłego wieku. Tamte dramaty, upojenie łatwym sukcesem oraz nihilizm totalnego materializmu są dokładnie takie same jak obecnie. Dramat człowieka, zdaniem Luhrmanna, polega więc na tym, że nie potrafimy osiągnąć tej perspektywy, pozostajemy niewolnikami przemijania, co powoduje, że nie mamy żadnej możliwości uczyć się na błędach z przeszłości.

Niestety sam Luhrmann również wpadł w pułapkę, którą tak pięknie opisuje. "Wielki Gatsby" jest naprawdę niewiarygodnie pięknym widowiskiem. Niektóre sekwencje (np. pierwsza impreza) po prostu oszałamiają. Wielu purystów może kwękać na dobór utworów muzycznych, ale w moich uszach Luhrmann raz jeszcze okazał się zwycięzcą, doskonale wyczuwając siłę tkwiącą w zwyczajnej piosence. Jednak za tym całym widowiskiem kryje się pustka. Aktorzy są kukiełkami odgrywającymi wystylizowane role. Nie ma w nich nic naturalnego, choć większość z nich gra znakomicie, świetnie operując spojrzeniami i mimiką twarzy. Problem w tym, że reżyser traktuje ich jako kolejny element scenografii czy kostiumu. Bowiem w tym filmie liczy się tylko show. I jeśli to Wam wystarcza, to przygotujcie się na całkowity zawrót głowy. Jeśli jednak do kin przywiódł Was raczej tytuł, a nie osoba showmana, jakim bez wątpienia jest Luhrmann, to czujcie się ostrzeżeni. Film nie ma w sobie tej mocy, która uczyniła z "Wielkiego Gatsby'ego" jedno z największych dzieł XX-wiecznej literatury angielskojęzycznej.

Przemoc rodzi przemoc?

Na przeciwnym biegunie do "Gatsby'ego" znalazł się pierwszy film konkursowy "Heli". Amat Escalante po raz trzeci pojawił się na festiwalu w Cannes. Za pierwszym razem zdobył nagrodę FIPRESCI (za film "Krew"). Z kolei "Los bastardos" brało udział w rywalizacji o nagrodę sekcji Un Certain Regard. Kto widział oba te filmy, nie będzie zaskoczony. "Heli" ogląda się prawie jak kontynuację tamtych obrazów. Łączy je bowiem wspólna stylistyka i podobna myśl przewodnia.

Świat widziany kamerą Escalantego jest ponury, wypruty z emocji. Jedynym w pełni żywym uczuciem, jakie udaje się w nim dostrzec, jest miłość dziewczęcia, które ledwo stało się kobietą. Uczucie to ma bardzo infantylny charakter, co sugeruje, że pustka dopada człowieka z wiekiem. Główny bohater, tytułowy Heli, właśnie znalazł się na krawędzi otchłani. Niespełna rok temu ożenił się, niedawno urodziło mu się dziecko, ale więź z żoną kończy się na pożeraniu taniego jedzenia przy włączonym telewizorze. Ojciec Heliego wypruwa flaki w fabryce samochodów, w której również sam Heli znalazł zatrudnienie. Chłopak jednak ma jeszcze w sobie iskrę zainteresowania, którą skupia na swojej siostrze. I to niestety zgubi całą rodzinę.

Najnowsze dzieło Amata Escalantego to ponura diagnoza ludzkiego społeczeństwa. Film ma kilka scen przemocy, ale to, co zmrozi widzów najbardziej, to całkowita apatia. Agresja jest tu objawem pustki, którą daremnie próbuje się wypełnić materialnymi substytutami emocji. Dobitnie widać to w scenie masakrowania jednego z bohaterów. Torturujący go mężczyzna przekazuje kij dzieciakowi, by ten walił w nieprzytomną już ofiarę. Dzieciak, który wcześniej bez mrugnięcia okiem patrzył na scenę kaźni, teraz bez słowa komentarza robi, co mu każą. I wcale nie jest zainteresowany powodami, pytanie zadaje pro forma, dla zabicia czasu.

Escalante konsekwentnie podąża wybraną przez siebie drogą filmową. "Heli" to obraz surowy i bardzo realistyczny. Opowiada konkretną historię i jednocześnie portretuje środowisko ludzi stanowiących znaczną część społeczeństwa, a znajdujących się na uboczu. W tym świecie niewinność i naiwność przed niczym nie chronią, prowadzą raczej do cierpienia, a ostatecznie zamieniają się w swoje przeciwieństwo. Reżyser nie lituje się ani nad bohaterami, ani nad widzami; dokonuje wiwisekcji na żywym organizmie. Robi to tym większe wrażenie, że ten zabieg nie rzuca się w oczy. Narracja jest mocno stonowana. Kolejne elementy fabuły odsłaniane są bardzo powoli. Dotyczy to również scen przemocy, które są prozaiczne i konkretne do bólu, pozbawione blichtru, jakim ozdabiają swoje filmy twórcy hollywoodzkich widowisk.



W sumie bardzo chwaliłbym ten film, gdyby nie jedno duże "ale". Pierwsza scena ustawia odbiór całości. Kiedy więc w końcu fabuła zatoczyła koło, "Heli" powinien był się skończyć. Niestety Escalante miał jeszcze wiele do powiedzenia. Problem polega na tym, że ciąg dalszy sprawia wrażenie postscriptum wydłużonego do niezdrowych rozmiarów. Sceny te nie mają równorzędnego charakteru, a miejscami wydają się po prostu wtórne. Fakt, prawdziwe życie nigdy nie ma końca, zawsze można coś dopowiedzieć. Rolą reżysera jest znaleźć takie miejsce, w którym dokonane przez niego brutalne cięcie historii będzie dla widza satysfakcjonujące. W przypadku "Heliego" wyczucie tego miejsca chyba opuściło reżysera. A wystarczyło inaczej całość zacząć.
Udostępnij: