Relacja

Filmweb w Gdyni: Obciach po polsku

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Filmweb+w+Gdyni%3A+Obciach+po+polsku-61161
Przed pokazami premierowymi w Teatrze Muzycznym widzowie oglądają kronikę upamiętniającą dzień festiwalowy. "Gadające głowy" poprzedzono migawkami z kina i okolic: jakoś tak się składa, że obiektyw twórców kroniki skoncentrował się na kobiecych częściach ciała: stwierdzili, że warto zrobić zbliżenie na dłoń, panoramę od szpilki do kolanka. Na sali rozlegają się śmiechy. Potem na scenę wchodzą twórcy. Każdemu z nich kwiatek wręcza hostessa wciśnięta w coś pomiędzy sukienką a rozciągniętą pończochą: sięga to pół uda i jest uszyte z pół prześwitującej koronki. Gdzieniegdzie z widowni słychać nieśmiałe pogwizdywania. A ja odnoszę wrażenie, że nie znajduję się na najważniejszym festiwalu filmów polskich w 2010 roku, lecz zjeździe samorządowców w biało-czerwonych krawatach.

Nieudany skok na kasę

Przy takiej oprawie festiwalu nie powinno dziwić, że do konkursu zakwalifikował się film "Milion dolarów" Janusza Kondratiuka. To komedia prymitywna i szowinistyczna, przyjęta pozytywnie przez dużą część publiczności. Intryga jest tu dość prosta, toczy się wokół mieszkańców pewnej niezbyt zamożnej trójmiejskiej kamienicy. W trakcie napadu na bank jedna z pracowniczek, Bożenka, obezwładnia napastnika. Kobieta nie otrzymuje spodziewanej wysokiej nagrody od przełożonych, dlatego postanawia wykorzystać kolejną nadarzającą się okazję na łatwy zarobek: jej sąsiadka, starsza pani, której kontem Bożenka zarządza, otrzymuje spadek  w wysokości miliona dolarów. Bohaterka wykorzystuje swój dostęp do bankowego systemu, by przywłaszczyć sobie pieniądze. W perfidny plan zostaje bezwiednie uwikłany także społecznie nieprzystosowany Pawełek oraz jego dwie sublokatorki.

Scenariusz miejscami kuleje na podstawowym poziomie (mało logiczne są szczególnie machlojki Bożeny z przelewami). Dowcipy wychodzą raz bardziej (babcia wciąga kokainę), raz mniej oryginalnie (bandyta dostaje w głowę urną spadającą z półki). Ale nie takie rzeczy można wybaczyć filmowcowi, jeśli gdzieś za wadami jego filmu da się wyczuć ciekawy zamysł. W "Milionie dolarów" dostrzegam jedynie chęć sfilmowania paru atrakcyjnych kobiecych ciał. Bo cała historia na końcu okazuje się tak banalna, że trudno uwierzyć, aby na nią ktoś miał wybrać się do kina. A jak do budowania tej fabuły ma się taka scena, to już naprawdę nie jestem w stanie odgadnąć: desperatka, która chwilę wcześniej podcinała sobie żyły, jest przypadkowym świadkiem "castingu" przeprowadzanego przez dwóch obleśnych muzyków amatorów. Jej współlokatorka, spragniona kariery na poziomie "panią będę, tipsy będę robić", z gorliwością godną lepszą sprawy pręży się na rurze. Niedoszła samobójczyni bardzo szybko i właściwie bez powodu dołącza do tego cyrku. Przez dobre kilka minut obserwujemy pokaz wijących się pań. Obie z premedytacją są przedstawione przez reżysera jako skrajne idiotki. Ale właściwie, jeśli przyjrzymy się reszcie bohaterów, to w niczym nie okażą się oni lepsi.      

Co gorsza, w "Milionie dolarów" zatrudniono znakomitych aktorów. Rola skądinąd bardzo zdolnej Joanny Kulig sprowadza się tu do pokazywania biustu i udawania Katarzyny Figury. Chyba jednak najbardziej przykro oglądać Kingę Preis i Barbarę Krafftównę (!) w tej prostackiej reżyserskiej fantazji. Trzeba mieć talent na miarę Felliniego, aby z wulgarnego erotyzmu robić Sztukę.

Gdyby jeszcze kogoś kusiło obejrzenie "Miliona dolarów": na końcu uczciwy Pawełek odchodzi z reklamówką pełną pieniędzy zostawiając hienom walizkę z prochami babci. Teraz można się śmiać.

I gdzie ta energia?

Przyznam szczerze, że nie liczyłam na wiele po zapoznaniu się ze streszczeniem tego filmu. Opowiedzieć przez pryzmat kilku osób o tym, co działo się w Polsce w pierwszych minutach po śmierci Jana Pawła II? Czyli kolejny projekt "papieski" robiony na kolanach.  

Na szczęście "Trzy minuty. 21:37" Macieja Ślesickiego nie lansują zbyt nachalnie myśli, że śmierć Papieża diametralnie zmieniła Polaków. O wiele ważniejsza staje się zabawa w przeplatanie kilku równoległych wątków, popis sprawności reżysera i scenarzysty w jednej osobie. Fabuła miejscami bardzo ładnie się klei, ale zaraz potem reżyser naraża się na śmieszność. Chyba zabrakło kogoś, kto by nakazał niektóre zbędne fragmenty wyciąć (producentem filmu też był Ślesicki).

W efekcie "Trzy minuty" to film strasznie nierówny. Zaczyna się jak marna parodia "Nocy na Ziemi" Jima Jarmuscha: z kosmosu obserwujemy rozświetloną Ziemię, nagle wyłania się ciemny kontur Polski. Narrator informuje nas, że w Polsce wyłączono światła po śmierci papieża, ale jednocześnie w tym czasie brytyjski naukowiec zaobserwował w naszym kraju niezidentyfikowaną kumulację energii. Pada pytanie: skąd ona się wzięła? Potem poznajemy pierwszego z kilku głównych bohaterów: to uznany reżyser, wieczny uwodziciel. Załamany po rozstaniu z kolejną partnerką, wraca do nałogu alkoholowego. Nie jest w stanie pracować nawet nad serialem policyjnym. Przełom przynosi dopiero poznanie atrakcyjnej nauczycielki angielskiego. To fajna historia: świetnie zagrana przez Krzysztofa Stroińskiego i Agnieszkę Grochowską. Opowiedziana dynamicznie, z dozą goryczy, ale też humoru. Niestety Ślesicki miał dużo więcej pomysłów na ukazanie "znaczących" wycinków ludzkich losów. I postanowił je wszystkie zmieścić w jednym filmie. Mamy tu malarza (Bogusław Linda) – ląduje sparaliżowany w szpitalu, lecz zachowuje pełną świadomość. Jego dziewczyna oczekująca dziecka będzie chciała skrócić cierpienia mężczyzny. Mamy też kłusownika samotnie wychowującego syna. Ich egzystencja zostanie wyrwana z utartego toru przez tajemnicze pojawienie się pięknego, białego konia... Równolegle z tą narracją obserwujemy inną, rozwijającą się wbrew chronologii: to historia zwykłego chłopaka, w którym budzi się nienawiść. Jak się okaże na końcu filmu – jego destrukcyjna krucjata zaczęła się z zupełnie błahego powodu.

Jestem pełna uznania dla takiej konstrukcji filmu. I pewnie nie wyszłabym z seansu rozbawiona i odrobinę zażenowana, gdyby nie kilka motywów, które znalazły się w "Trzech minutach" kompletnie niepotrzebnie. Pierwszy z brzegu przykład: do sparaliżowanego Lindy wyciąga rękę umierający pacjent z łóżka obok. Kamera zatrzymuje się na tym ujęciu, parafrazując "Stworzenie" Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej... Chwilę później inny pacjent (Tomasz Karolak) zwierza się malarzowi ze swojego życia. - I ch..., pogadałeś sobie – odpowiada mu w myśli unieruchomiony Linda ponownie stając się Franzem Maurerem. Wolałabym, żeby autor "Tato" poprzestał na tym, co mu wychodzi najlepiej, czyli lekko cynicznym spojrzeniu na rzeczywistość, a nie nachalnie narzucał widzowi podniosły nastrój. "Trzy minuty" śmieszą tam, gdzie mają wzruszać. Gdy natomiast chcą śmieszyć, robią to bardzo udanie. Dlatego nie uważam 128 minut spędzonych na pokazie filmu za zmarnowane – ubawu było więcej niż na "Milionie dolarów", który to podobno jest komedią.  
 
Laureatów 35. edycji poznamy już dziś wieczorem. Na przyszły rok Festiwalowi Filmów Fabularnych w Gdyni życzę oczywiście więcej dobrych filmów, ale przede wszystkim – europejskiej klasy i pozbycia się resztek zaściankowych przyzwyczajeń.   
Udostępnij: