Artykuł

Maciejewski o "festiwalu krzyża" w kinie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Maciejewski+o+%22festiwalu+krzy%C5%BCa%22+w+kinie-64714
TYLKO POD TYM KRZYŻEM


"Filmweb" ma w nazwie "film" i "łeb", więc siedź cicho Maciejewski, stuknij się w łeb, i napisz coś o kinie. Staram się jak mogę, ale czasami kino kojarzy mi się z kpiną. Ideologiczną, światopoglądową, polityczną, kościelną. Wtedy nie chcę być grzeczny i politycznie poprawny. Ryzykuję obrazę majestatu. 

1.

Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dzisiaj zapomina o wczoraj. Rok szkolny zaczął się na dobre, politycy pyskują "na złe", a okres ogórkowy kisi się ze wstydu. Nie zmieniają się tylko kobiety stojące pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Trwają na posterunku. Modlą się i myją. Jedzą kiełbasę. Myślą, że to wiejska, a chodzi o salceson wyborczy.

Niedawno przechodziłem opodal Pałacu Prezydenckiego. Nieco zaskoczony, że oglądających (podziwiających) jest znacznie więcej niż aktywistów. Dziesięcioro modlitewników jak dziesięcioro bożych przykazań. Jeden od zdrady (narodowej), drugi od złodziejstwa (Żydzi, masoni oraz Tusk), trzeci od miłości bliźniego (k… jego mać). Plują na każdego przeciwnika i na każdy, nawet najbardziej zdroworozsądkowy argument. Ironizuję, ale nie jest mi do śmiechu. Nie mam też najmniejszej ochoty na szyderstwo. Grupa ludzi, która dniami i nocami pikietuje pod krzyżem, wymaga litości, nie kpin czy pogardy. Mimowolnie odegrali ważną socjologicznie rolę. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że krzyż, również ten stojący przed Pałacem Prezydenckim, dzięki ich zajadłości, przestał być symbolem żałoby i religijności, przestał być chorągiewką w rękach polityków, stał się natomiast ważnym elementem w nieistniejącej dotąd debacie na temat rangi symbolu krucyfiksu w przestrzeni publicznej oraz zaczynem dyskusji na temat świeckości państwa.

Efektem "wojny polsko-polskiej" jest bowiem pierwsza od lat (a może od dekad) poważna dyskusja na temat religijności Polaków. Zacietrzewieni obrońcy krucyfiksu, deklarujący się jako radykalni katolicy, nie mieli oporów przed jawnym buntem przeciwko decyzji Kościoła o przeniesieniu krzyża do świątyni. Co to wszystko znaczy? Jacek Żakowski w arcyciekawym, opublikowanym w "Polityce" eseju "Czas reformacji" precyzyjnie wylicza olbrzymie strefy wpływu Kościoła katolickiego na przestrzeń publiczną w Polsce, tłumacząc je brakiem jakiejkolwiek debaty wynikającej w prostej linii z "konformizmu homo sovieticusa". Być może teraz wreszcie to się zmieni.

Ekstremizm samozwańczych "właścicieli" krzyża wywołał, co było do przewidzenia, falę agresywnej kontrreakcji. Wysyłane mejlami zabawne projekty pomnika zmarłego Prezydenta, nerwowy chichot w prywatnych rozmowach, zażenowanie i cynizm. A zatem tragiczne wydarzenie z 10-ego kwietnia tego roku stało się papierkiem lakmusowym odbijającym postawę zarówno tych, którzy potraktowali katastrofę lotniczą z należytym szacunkiem dla ofiar (lecz bez uporczywego wikłania się w przeszłość i wykorzystywania dramatycznego wydarzenia sprzed kilku miesięcy w charakterze wygodnej politycznej wykładni), oraz tych, dla których "Katyń 2010" jest potwierdzeniem spiskowej teorii dziejów i dotyczy wyłącznie architektów IV RP.

2.
Na pytanie, które zapewne od dłuższego czasu zadaje sobie niejeden czytelnik Filmwebu – ale co ten tekst ma wspólnego z kinem? – odpowiadam:  zaskakująco wiele. Kino jest fragmentem kultury. Kultura w Polsce jest składową szerokiego mechanizmu obowiązującego w sferze publicznej. Mecenat państwowy (w przypadku kina chodzi o PISF) niemal zupełnie wyklucza ekstremalną kontrpropozycję wobec usankcjonowanego kanonu. Czy możemy wyobrazić sobie jakikolwiek jawnie antyklerykalny projekt filmowy, który miałby u nas szansę na powstanie? Wolne żarty.

Kilka miesięcy temu, na zamówienie Filmwebu zresztą, przyglądałem się motywom duchowości w kinie światowym w tej dekadzie. Pisanie tamtego eseju sprawiło mi ogromną przyjemność. Okazało się, że tropienie sfery sacrum w kinie pierwszych lat XXI wieku jest zadaniem ciekawym i pouczającym. To fascynująca studnia bez dna. Kino żarliwe i rozmodlone, sceptyczne i wątpiące, religia chrześcijańska i buddyzm, oleodruki i "Matrix". Próba definicji "kina duchowego" jest płynna, właściwie każdy może stworzyć prywatny konstrukt nazewniczy. Dla mnie w tym pojęciu chodzi o kino, które zadaje ważne pytania. Również te podstawowe: kim jesteśmy, gdzie żyjemy, do czego zmierzamy. Kino duchowe wymaga od widza uczestnictwa szczególnego rodzaju. Chodzi o zmierzenie się z najtrudniejszymi pytaniami, ale bez gwarancji otrzymania satysfakcjonującej odpowiedzi. Pytania są ważniejsze.


Na użytek tego felietonu sprawdziłem, i to dosyć skrupulatnie, jak przedstawiało się polskie "kino duchowe" w ostatnich pięciu latach. Odpowiedź jest zawstydzająca. W ogóle nie zaistniało. Polska, kraj ostentacyjnie i - jak wskazują odpowiednie statystyki - niemal w stu procentach katolicki, jest w naszym kinie portretowana w najlepszym razie jako kato-folwark. Polskie kino taktycznie unika tematu religijności. Chowa głowę w piasek. Najwyraźniej się boi. Kogo? Czego? Biskupa Sławoja Leszka, kropidła?

3.
Oczywiście, pojawiają i pojawiać się będą filmy w rodzaju sagi o "Karolu" z Piotrem Adamczykiem czy "Popiełuszko" z Adamem Woronowiczem. To jednak zupełnie osobna kategoria filmowego produktu, częściej półproduktu, cynicznie obliczonego na gigantyczną frekwencję i portretującego wybitne postaci ikonosfery religijnej w wydaniu skrajnie wyidealizowanym, oleodrukowym. Filmy jak świecidełka na jarmarku. Porozmawiajmy o prawdziwym kinie.


Bohaterowie polskich filmów spotykają się w kościele głównie z okazji wesela, chrzcin lub pogrzebu. Ksiądz błogosławi, spowiada i rozgrzesza. Sceny z rzewnym "Ave Maria" przewijają się w co piątym tytule, w ostatnim sezonie na przykład w "Chrzcie" Marcina Wrony. Tego typu sekwencje mają charakter zdecydowanie neutralny, jedynie okazjonalnie są pokazywane w delikatnie groteskowym przekrzywieniu – taka była ceremonia pogrzebu w "33 scenach z życia" Małgorzaty Szumowskiej czy uroczystość pierwszej komunii w "Futrze" Tomasza Drozdowicza, oraz – ujęta nieco ostrzej – w "Nieruchomym poruszycielu" Łukasza Barczyka.

W "Jasminum" Jana Jakuba Kolskiego pocieszni braciszkowie z cudownym Januszem Gajosem na czele oddawali się głównie aromaterapii oraz uśmiechali z wdziękiem. W "Kto nigdy nie żył" ksiądz grany przez Michała Żebrowskiego zmagał się z grzeszną młodzieżą grającą po godzinach sacro-polo, HIV-em, miłością do Joanny Sydor oraz z własnym szczękościskiem.


W filmie "Trzy minuty" Macieja Ślesickiego śmierć Jana Pawła II wprawiała bohaterów kolejnych nowel w kuriozalną drżączkę, szał duchowych ciał, a Bogusława Lindę dodatkowo sparaliżowała na amen. Jeszcze dalej w podobnym hardkorze poszła Ewa Stankiewicz, która w wiekopomnym dziele zatytułowanym "Nie opuszczaj mnie" zaprezentowała przystojnego zakonnika tęskniącego za Matką Boską i Agnieszką Grochowską, oraz zagubionego Daniela Olbrychskiego gmerającego – duchowo? – we własnych ekskrementach. Nawet nie próbuję zastanawiać się, co siedzi w głowie pani reżyser, skoro wizualny efekt tych przemyśleń jest do tego stopnia rozzuchwalony.

Ulubionym motywem eksplorowanym przez polskich reżyserów jest także niegroźna satyra na polski zaścianek. Tutaj oczywiście pierwsze miejsce należy się Jackowi Bromskiemu, który w ozłoconej frekwencyjnie sadze o Panu Bogu: w ogródku, za piecem i za miedzą, udowodnił, że polska wieś, pomimo kilku niegroźnych wad, wciąż jest sielska i anielska. Zwłaszcza jeżeli  nad wszystkim czuwa wyrozumiały ksiądz pleban.

W goszczącym na ekranach "Świętym interesie" niemrawy Adam Woronowicz i pocieszny Piotr Adamczyk jako źli, ale w gruncie rzeczy dobrzy bracia, brylują pośród niemal wszystkich stereotypów dotyczących wiejskiej religijności. W tej samej mierze żarliwej, co niezbyt mądrej. Wszystko było  dobrze również we "Wszystko będzie dobrze" Tomasza Wiszniewskiego. Jak pamiętamy, bohaterem tego filmu był chłopiec, który w intencji chorej mamusi biegł na Jasną Górę: żeby, po pokonaniu 350 kilometrów, pokłonić się Najświętszej Panience, a następnie poprosić Ją o cud - zdrowia, szczęścia i trzeźwości. Dla mamy, brata i dla świata. Alleluja i do przodu!


4.
Czy są jakiekolwiek rysy na tej duchowej liście? Nie ma. Wprawdzie w "Domu złym" Wojciecha Smarzowskiego, uruchamiający złowróżbną intrygę ksiądz, grany przez Mariusza Jakusa, był gejem, ale akurat ten motyw został przeprowadzony do tego stopnia ogólnikowo, że trzeba było się naprawdę wysilić, żeby zrozumieć, o co naprawdę w tym wszystkim chodziło.

Zupełnie innym przykładem propozycji jest duchowy z założenia "Las" Piotra Dumały. Tutaj dla odmiany, w jednym, niezbyt długim metrażu, usiłowano upchnąć niemal całą Biblię. Jednak Dumała, przy wszystkich pięknościach formalnych filmu, popadł w nużącą przesadę. Zamiast inicjacji religijnej, skonfundowany widz otrzymał coś w rodzaju przeestetyzowanego trailera śledzącego kolejne mądre i arcyważne punkty programu: motyw Kaina i Abla, ofiary i zdrady, starości i młodości, sacrum i profanum. Efekt: pretensjonalny galimatias pojęć w pięknej oprawie.


Jedynym naprawdę udanym filmem mówiącym wprost o naszej religijności w ostatnich pięciu latach był, moim zdaniem, szlachetny  "Braciszek" Andrzeja Barańskiego. Opowieść o granym przez Artura Barcisia skromnym kwestarzu, tytułowym braciszku, nie udawała niczego ponad. To film o religijnej prostocie z ducha świętego Franciszka. Żadnej celebracji, naddatków, atrakcji dodatkowych. Film jak bławatek. Jak motylek. Frunie prosto do nieba.

***

Hugo von Hofmannsthal pisał w "Księdze przyjaciół": "Nie trzeba czynić życia bardziej płaskim niż ono jest. Nie trzeba czynić życia bardziej banalnym i odrywać postaci od jej przeznaczenia, a nieszczęście oddzielać od szczęścia". Może to naiwność, ale jeżeli w całym, przygnębiającym wydarzeniu, jakim jest dla mnie "festiwal krzyża" na Krakowskim Przedmieściu, dostrzegam jakąkolwiek wartość, jest nią nadzieja na zmianę płaskiego obrazu polskiej religijności. W polityce, kulturze. I w kinie.
Udostępnij: