Artykuł

Napisy końcowe

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Napisy+ko%C5%84cowe-111677
Po uporczywym karmieniu nostalgii ma się jakiś dług wobec współczesności. Skoro więc już mówimy, dlaczego stare kino fantastyczne jest lepsze od współczesnego, warto też napisać o tym, dlaczego wcale lepsze nie jest.

"Willow"
Miałem w "Efektach specjalnych" robić ranking cyborgów, wspominać elegancję "Willow", pisać o kosmosie kryjącym się pod powierzchnią wody, o oryginalności "Dreamscape" i filmowych podróbkach "Obcego" ("Obcy – decydujące starcie", oficjalny sequel Camerona, ma konkurencję pod postacią włoskiej zrzynki zatytułowanej niewinnie "Alien 2"). Miałem pisać, ale nie napiszę – i jest to dobra wiadomość nie tylko dla czytelników, którzy nie przepadają za tym cyklem o lekko podstarzałym kinie fantastycznym. Kilkadziesiąt wpisów, które zdążyłem tu zamieścić, zyskuje bowiem w ten sposób niepowtarzalną szansę, że będą wspominane jako lepsze i ciekawsze, niż były w rzeczywistości. Jak, zachowując proporcje, stare filmy, których tytuły wyciąga się z kapelusza zawsze, kiedy przychodzi ochota ponarzekać na współczesność i rzucić ulubionym sucharem: kiedyś to było lepiej. Było?

"Alien 2"
AKT SAMOOSKARŻENIA

Jak każdy zgred lubię sobie powspominać, ale nie dajmy się zapędzić w ślepą uliczkę, na której wszystko, co minione, wydaje się lepsze z definicji. Wszak, jak śpiewały Świetliki, nawet wódki i musztardy tak dobrej i pożywnej jak kiedyś nie będzie już nigdy. Po tak uporczywym karmieniu nostalgii ma się jakiś dług wobec współczesności, która w XXI wieku dała nam takie dobroci jak – nie szukając daleko – pokręcony "Donnie Darko", nowoprzygodowe "Serenity", kameralny "Moon", obłąkany "Mad Max: Na drodze gniewu" czy wybitne filmy Alfonso Cuarona: "Ludzkie dzieci" i "Grawitację" (nie jest to może sci-fi, biorąc rzecz ściśle, ale co w końcu wyróżnia najlepsze filmy gatunku, jeśli nie rozmywanie jego granic?). Nie będę jednak pisał o współczesnych filmach, które z czystym sumieniem postawić można obok "Blade Runnera" z pewnością, że za cztery dekady wciąż będzie się je znakomicie oglądać, a nienarodzeni dziś jeszcze widzowie doświadczą na ich seansie całkowicie współczesnych emocji (czujcie się zachęceni, by stworzyć taka listę w komentarzach). Zamiast tego przypomnę, o czym wszyscy lubimy czasem zapominać: w heroicznej historii, w której to niby jedno wybitne arcydzieło goniło drugie, także powstawały niewyobrażalne gnioty. Całe ich legiony lęgły się zwłaszcza wtedy, gdy rynek zachęcał, by w kosmosie szukać łatwego zysku.

Wspominając kino fantastyczne epoki przedcyfrowej przez pryzmat "Obcego", "Terminatora" i "Odysei kosmicznej" dość mocno przekłamujemy obraz czasów, w którym powstały takie perły jak ten nieszczęsny "Alien 2" (i całe zastępy jego ubogich krewnych) oraz superprodukcje w rodzaju "Ucieczki Logana", która nie tylko nie przetrwała próby czasu, ale wydaje się wsteczna względem własnej epoki. Można wdawać się w dywagacje techniczne i kulturowe, ale najprostsza odpowiedź kryje się pewnie w tak zwanej "regule Sturgeona". Być może 90 procent wytworów tego gatunku to rzeczywiście badziewie – pisał Theodore Sturgeon, który wytrwale bronił literackiej SF przed zmasowaną krytyką lat 50.,  – ale przecież 90 procent wszystkiego to badziewie. Nieważne, czy mówimy o fantastyce, dramacie społecznym, kinie obyczajowym czy sprzętach gospodarstwa domowego – wszystkie wytwory ludzkie można przedstawić jako wartościową szalupę dryfującą po oceanie szrotu. Bombardowani nowościami z fabryki snów, skupiamy się po prostu na nieustannym szumie oceanu. Myśląc o przeszłości, uśmiechamy się raczej błogo na wspomnienie tych lepszych 10 procent.

OKOLICZNOŚCI ŁAGODZĄCE

Jeśli kino fantastyczne przełomu lat 70. i 80. rzeczywiście było w jakieś nadzwyczajnej formie, to dlatego, że dostało szansę wiele rzeczy zrobić po raz pierwszy. Podbudowane stale rozwijającą się literaturą, wspierane talentami, które wychowały się na pionierskich filmach z lat 50.,  po raz pierwszy zostało dofinansowane olbrzymimi pieniędzmi, które pojawiły się na rynku na skutek mody wywołanej przede wszystkim sukcesem "Gwiezdnych wojen". Wielki renesans filmowej fantastyki nie był przecież jakimś spontanicznym i romantycznym zrywem, ale efektem  działań marketingowych. Gdy producenci dojrzeli maszynkę do robienia pieniędzy, zaczęli wdrażać na potęgę projekty, które przez lata trzymali w zamrażalkach, a w kosmos wysyłano nawet bohaterów, którzy początkowo mieli twardo trzymać się ziemi (opisywany kiedyś w "Efektach" przypadek "Odległego lądu"). Do gatunku lgnęli nawet ci, którzy nie czuli fantastycznych klimatów. Na nasze szczęście było w tym tłumie także kilku geniuszy i tak narodził się cały ten kanon, na który można się powołać zawsze, gdy najdzie nas ochota wydać wyrok na mierną współczesność.

"Odległy ląd"
Oczywiście nie wolno lekceważyć roli, jaką odgrywa – paradoksalna w przypadku fanów science -fiction – tęsknota za przeszłością jako taką. Z dziecięcych seansów mniej pewnie pamiętamy same filmy niż ich ówczesny, nieskalany odbiór, ekscytację rzeczami oglądanymi po raz pierwszy z naiwnym, niewinnym zachwytem i bez uporczywej myśli "jak to jest zrobione". Później tylko, w miarę naszych zdolności intelektualnych, dorabiamy sobie do tych afektów jakieś rozsądnie brzmiące preteksty. Wybaczamy pionierom niedoróbki, zawieszając swój sceptycyzm na kołku (pamiętając, że kreowanie cudów na ekranie było kiedyś trudniejsze), a chwytamy się tego, co w ich filmach dobre i oryginalne (zapominając, że o oryginalność było jednak wtedy łatwiej). Wiem co mówię, w końcu sam uparcie doszukiwałem się pierwiastka geniuszu w tak niewybitnych filmach, jak "Niemy wyścig" (1972), "Kaczor Howard" (1986) czy "Ukryty" (1987). Nawet B-klasowe "Trancers" (1985) czy "Miasto żab" (1988), które fascynują swoją pokracznością, a kozackim urokiem próbują przykryć braki w budżecie i warsztacie, mogą liczyć na większą wyrozumiałość niż "Elizjum", którego doskonała warstwa plastyczna tylko mnie drażni, ani na chwilę nie odrywając uwagi od tego, co w filmie słabe.

WYROK WSKAZUJĄCY

Nie będę oczywiście płakał nad smutnym losem biednego blockbustera za sto pięćdziesiąt milionów dolarów; nikt nie obiecywał, że życie będzie sprawiedliwe. Gdyby było inaczej, fantastyczne starocie nie dawałyby dziś takiej radości odkrywania. Są trochę jak stare satelity, w które kiedyś wpompowano miliony dolarów, pokładając nadzieję w ich technicznej zmyślności, a które dziś zapomniane dryfują po orbicie jako kosmiczne śmieci. Buszując w tej stercie złomu, znaleźć można czasem jakiś sprawnie funkcjonujący obwód, rozwiązanie wyprzedzające swój czas albo całkiem sprawną, nadającą się wciąż do użytku maszynerię. I posiąść ją na wyłączną własność.

"Kaczor Howard"
Kiedy jeszcze całych światów, razem z ich fauną i florą, nie animowało się w komputerze, wyprawa poza realizm była aktem odwagi – twórcy narażali się na śmieszność, zawsze gdy pośród kartonowej scenografii próbowali z poważną miną zabierać nas do alternatywnych światów. W tym sensie filmy te zawsze opowiadają podwójną historię – równolegle do tej zawartej w scenariuszu biegnie opowieść o obcym powołanym do życia przy użyciu sznurka i szesnastu małych silniczków albo o podbijaniu obcych galaktyk statkiem zbudowanym z dykty i styropianu. Człowiek opuszczający ziemską atmosferę w metalowej puszce, przedzierający się przez kosmiczną pustkę z nadzieją, że kontrolowana eksplozja poniesie go na obserwowany od wieków Księżyc, musiał czuć się bardzo podobnie. W tym sensie stare filmy fantastyczne niekoniecznie były lepsze, mądrzejsze czy bardziej realistyczne, ale może bardziej autentyczne od współczesnych.

Wypadałoby pewnie wyciągnąć na koniec podróży jakąś grubszą mądrość, by specjalnie się z tym specjalnym cyklem specjalnym pożegnać, ale nie oszukujmy się – ile odcinków by napisać i na ile sentencji by się powołać – ta podróż nigdy się nie kończy. Szerokiej drogi. Live long and prosper. Do zobaczenia w sąsiednich galaktykach.