Artykuł

Nawet Smerfy wolą blondynki

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Nawet+Smerfy+wol%C4%85+blondynki-76905
Wizerunek Smerfów jako niewinnych istotek tak bardzo zadomowił się w zbiorowej świadomości, że UNICEF w jednej ze swoich antywojennych reklam zainscenizował bombardowanie ich wioski. Nic tak nie wstrząsa, jak zapłakany Smerfuś w otoczeniu muchomorowych ruin i zwęglonych niebieskich zwłok. Ale szybkie wyszukiwanie w Google pokazuje, że coraz więcej osób wątpi w dobre intencje błękitnych skrzatów.

Dzieci lubują się w obalaniu idoli i subwersywnych praktykach. Pamiętam z podstawówki, jak przekręcano słowa smerfowej piosenki na: "gaz podkręćcie i usiądźcie". To w takich zachowaniach (a może też w irytacji "Smerfnymi Hitami") znalazły początek dojrzałe "wywrotowe" odczytania smerfnych opowieści. Kiedy dorastamy, poddajemy analizie fascynacje dzieciństwa, dochodząc nieraz do zaskakujących wniosków. Popyt na tego typu interpretacje wzrasta oczywiście w przeddzień kinowej premiery pełnometrażowych przygód Smerfów. We Francji ukazała się nawet pozycja "Le petit livre bleu" ("Niebieska książeczka" – aluzja do dzieła Mao Tse-tunga), podejmująca próbę wydobycia na światło dzienne sekretów, jakie skrywa mała wioska pełna domków w kształcie muchomorów.

Autor publikacji, Antoine Bueno, przywodzi na myśl Fredericka Werthama, który w latach 50. w książce "Seduction of the Innocent" piętnował homoseksualne skłonności Batmana i Robina. Z tą różnicą, że Wertham grzmiał najprawdziwszym świętym oburzeniem, a Bueno chyba jednak puszcza oko do swoich czytelników. Mimo tego fani Smerfów zareagowali niczym ofiary wybuchowych prezentów Zgrywusa. Co tak zirytowało wielbicieli niebieskich ludzików?

Widmo smerfizmu krąży

Spójrzmy na Papę Smerfa: biała broda, czerwona czapeczka – wykapany Karol Marks. Zarost oraz kolorystyczne upodobania Papy sprawiły, że przypisywano Smerfom przekonania socjalistyczne. Inne argumenty? Brak prywatnej własności, zamknięty rynek (wioska ukryta przed wzrokiem obcych), uniformizacja (niebieska skóra niczym niebieskie maoistyczne mundurki), zwracanie się do siebie nawzajem per „smerfie” – prawie jak „towarzyszu”. Przeciwnicy ideologiczni? Oczywiście – Gargamel. W komiksie skrzaty są elementem przepisu na kamień filozoficzny (pozwalający produkować złoto); w kreskówce z kolei czarodziej chce je po prostu zjeść. Jedyne zatem, co ma w głowie, to pieniądze i konsumpcja. Co więcej, w zamku Gargamela – jak przystało na ostoję kapitalizmu – na porządku dziennym jest wyzysk taniej siły roboczej. Czy nie jest nią bowiem Klakier, symbolicznie pozbawiony głosu i prawa sprzeciwu? Ale w złym czarodzieju widziano również żydowski stereotyp chytrego obdartusa z wielkim nosem (jego kot w oryginale nosił imię anioła śmierci z judaistycznych wierzeń – Azraela). Ta interpretacja ustawia z kolei Smerfy w roli faszystów. Blondwłosa Smerfetka byłaby wówczas wzorcowym wcieleniem aryjskiego ideału urody…


Smerfetka to zresztą osobny temat. Wielu nie pamięta, że ta postać - przez długi czas jedyna kobieta w błękitnym towarzystwie - jest kreacją Gargamela. Oryginalna (komiksowa) scena jej stworzenia dostarcza fascynującego materiału do feministycznych interpretacji: czarodziej siedzi w swoim zamczysku, zastanawia się, jakby tu zaszkodzić Smerfom i nagle wykrzykuje: "naślę na nie Smerfetkę!”. I już, wystarczy. Czarnowłosa kobietka jest bowiem kapryśna oraz humorzasta - prowokuje kłopoty samą swoją obecnością. Smerfy w rewanżu postanawiają jej dokuczyć i wpędzają koleżankę w kompleksy. Nawet Papa w przypływie brutalnej szczerości przyznaje, że jest brzydka; ale obiecuje pomóc. Niestety, przefarbowana przez niego na blond bohaterka wciąż sprawia problemy – tym razem wszyscy się w niej zakochują. Po szeregu katastrof z jej udziałem, panna pokornie stwierdza, że nie ma tu dla niej miejsca i… odchodzi. Twórcy wieczorynki byli trochę bardziej łaskawi. Smerfetka-brunetka była tam regularnym szpiegiem i psociła naumyślnie, a po magicznym utlenieniu przez Papę dowiodła swojej wartości, w nagrodę zyskując pełnoprawne smerfowe obywatelstwo.

Genderowe matryce? Proszę bardzo: kobieta jako obiekt męskiego pożądania, kobieta definiowana przez swoją seksualność (jej imię tworzy nacechowany płciowo sufiks „-etka” – w przeciwieństwie do pozostałych Smerfów, określanych przez wykonywane czynności albo cechy charakteru), kobieta jako towar przykrajany do męskich standardów (blondynka – tak, brunetka – nie), kobieta w kleszczach patriarchatu (sugerowanego już imieniem Papy). Znajdziemy też w wiosce niebieskich skrzatów pożywkę dla analiz queerowych: Smerfy to przecież banda mieszkających wspólnie facetów, a Laluś uosabia niejeden gejowski stereotyp. Rozmaitych skrajnych odczytań jest zresztą bez liku. Jedno z bardziej drastycznych tłumaczy białe kapturki i częste tańce Smerfów wokół ogniska ich przynależnością do… Ku Klux Klanu.

Zaczynamy dla was nowy film

Spadkobiercy Peyo (Pierre'a Culliforda) – twórcy Smerfów – odżegnują się od takich interpretacji, twierdząc, że autor nie interesował się polityką i nie szpikował komiksów podtekstami. Niektóre z obyczajowych klisz w jego pracach wynikają po prostu ze specyfiki czasu ich powstania. Smerfy to bowiem belgijskie dobro narodowe z ponad 50-letnim stażem. Zadebiutowały one w 1958 jako drugoplanowi bohaterowie drukowanych w magazynie "Spirou" przygód rycerza Johana i jego giermka Pirlouita. Ale maluchy szybko znalazły się w centrum zainteresowania – zaczęły pojawiać się we własnych komiksach, a wprawiona w ruch merchandise'owa machina wkrótce wypluła pierwszą serię kolekcjonerskich figurek. Już na początku lat 60. powstały pierwsze (jeszcze czarno-białe) animowane przygody Smerfów. Świat złapał jednak przynętę dopiero w 1981 roku, gdy wytwórnia Hanna-Barbera ruszyła z serialem, który wszyscy znamy z dobranockowych seansów. To jeden z największych przebojów studia, imponujący dorobkiem 9 sezonów i 256 odcinków.


Nie obyło się bez cenzorskich cięć. Politycznie poprawni Amerykanie dostrzegli bowiem kontrowersyjny potencjał w... kolorze skóry Smerfów. Nie chodziło jednak o naturalne umaszczenie stworków, a o barwne transformacje, jakim ulegały one podczas swoich przygód. Czarne Smerfy (ofiary inspirowanej dżumą zarazy, która nawiedziła pewnego razu wioskę milusińskich) w kreskówce były już więc... fioletowe. Zmiany dotknęły również odcinek "Kosmosmerf". Smerfy przeistaczają się tam w Swoofy, by spełnić marzenie jednego z nich o podróży na inną planetę oraz spotkaniu z pozaziemską rasą istot. W oryginale Swoofy były czerwonoskóre, co w połączeniu z ich plemiennym sztafażem wywołało u producentów kolejne niepożądane skojarzenia. Jak pamiętamy z wieczorynki – za dużo bezpieczniejszy uznano kolor zielony.

W szczególnego rodzaju cenzurze, eufemizmie, tkwi przecież geneza pomysłu na niebieskie ludziki. Peyo wymyślił nazwę "Smerf" (w oryginale: "Schtroumpf") na obiedzie, nie mogąc przypomnieć sobie właściwego słowa, gdy chciał poprosić o sól. Zamiast tego powiedział więc do kolegi: "podaj mi Smerfa". Tak narodziła się idea języka, który wykorzystuje ów nic nie znaczący neologizm w zastępstwie dowolnego innego wyrazu. Nie wystarczy jednak podmieniać słów, jak popadnie – o czym nie raz przekonywali się goście wioski. Tylko Smerfy potrafią prawidłowo "smerfować". Co prawda, z czasem wyszło na jaw, że nawet w ich szeregach brakuje porozumienia. W jednym z komiksów wioska podzieliła się na dwie części – tę przekonaną, że "smerf" to rzeczownik, i tę twierdzącą, że jednak czasownik. Oprócz głosu w dyskusji o językowej naturze rzeczywistości znajdziemy tu bezpośrednią aluzję do lingwistycznych sporów między Belgią a Flandrią. Okazuje się, że Peyo nie był jednak aż tak apolityczny, jak chcieliby jego spadkobiercy.

Kto się boi Gargamela, niechaj zaraz idzie spać

Nie znaczy to oczywiście, że warto poświęcać szczególną uwagę wywrotowym interpretacjom. Prawda, każdy odcinek "Smerfów" kończy się przywróceniem zaburzonego status quo i w niektórych przypadkach jest to dość osobliwe – zwłaszcza, gdy happy endem jest... rezygnacja z demokracji ("Smerf Naczelnik"). Komiksowa Smerfetka odchodzi, Kosmosmerf żyje w przekonaniu, że poleciał w kosmos, i wszystko – zazwyczaj przy czynnym udziale Papy Smerfa – zostaje takie, jak było. Faktycznie, Papa wydaje się dość namolny w swoim nieustannym moralizowaniu i przywracaniu podopiecznych do porządku. Należy jednak pamiętać, że Smerfy to przede wszystkim bohaterowie skrojeni na potrzeby bardzo szczególnego odbiorcy – dzieci. A Papa Smerf to figura rodzica.


Pojawienie się Smerfetki można zatem potraktować jako pierwsze zwiastuny rejestracji przez dziecięcą świadomość różnic płciowych. Ale uniformizacja Smerfów jest nie tyle znakiem ich aseksualności, co rezultatem artystycznych wyborów autora. Styl rysunku Peyo wywodzi się bowiem z tzw. "szkoły Marcinelle", przeciwstawnej wobec stosowanej m.in. przez Hergé'a techniki "ligne claire". Podczas gdy autor Tintina kładł nacisk na realizm i szczegół, Peyo zależało raczej na dynamizmie i przekazie emocji. W jego pracach uderza przede wszystkim mistrzowski projekt wyglądów postaci. I tym w istocie są Smerfy – czystą ikonografią, połączeniem mistrzowskiego wykonania z prostotą dziecięcego spojrzenia.   Obraz ich świata odsyła do percepcji dziecka, wyolbrzymiającej najbardziej typowe przymioty. Ważniaka poznajemy po okularach, Smerfetkę po blond włosach, a Papę po brodzie. Jest w tym oczywiście ukryty dydaktyzm – kształtowanie młodej osobowości opowieściami o przebranych w błękitne ciałka złych i dobrych cechach charakteru: pracowitości, lenistwie i im podobnych.

Papa Smerf, który wypomina Smerfom, że pod jego nieobecność zachowywały się jak "ludzie", w istocie krytykuje je zatem za próbę bycia dorosłymi. Na to przyjdzie jeszcze czas, zdaje się mówić – tymczasem cieszmy się swoją niewinnością. Takie przecież są niebieskie skrzaty –  to dzieci, rówieśnicy swoich widzów, towarzysze zabaw, którzy cały dzień biegają i szaleją, a po wieczorynce muszą iść spać, żegnani przed snem przez swojego Papę. Dobranoc, małe Smerfy, jutro czeka was kolejna przygoda. Tym razem na dużym ekranie.
Udostępnij: