Wywiad

O animacji i poczuciu humoru rozmawiamy z twórcą "Romana Barbarzyńcy"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/O+animacji+i+poczuciu+humoru+rozmawiamy+z+tw%C3%B3rc%C4%85+%22Romana+Barbarzy%C5%84cy%22-87287
Od piątku w kinach możecie oglądać zabawną duńską animację "Roman Barbarzyńca". Nam udało się porozmawiać z jednym z autorów filmu Thorbjørnem Christoffersenem. Oto, co miał nam do powiedzenia.

Marcin Pietrzyk: Dziękuję, że zgodziłeś się na rozmowę, choć jesteś na wakacjach.
Thorbjørn Christoffersen: To żaden problem.

"Roman Barbarzyńca" właśnie pojawił się w Polsce. Jakie to uczucie widzieć, że film, który ukończyło się rok temu, wciąż żyje i trafia do kolejnych krajów i kin?

Jestem bardzo dumny i cieszy mnie to, że długo po duńskiej premierze film debiutuje w kolejnych krajach. Prawdę mówiąc, zupełnie się tego nie spodziewałem. To jest dość mały film, zrobiony przez fanów fantasy. To niesamowite, że ludzie wciąż na niego chodzą. To także trochę surrealistyczne przeżycie. Myślami jestem już przy swoim kolejnym projekcie, a tu dowiaduję się, że gdzieś "Roman" wchodzi do kin.

Ale jako twórca animacji chyba jesteś przyzwyczajony do tego, że rezultaty Twojej pracy widoczne są często po bardzo długim czasie.

To prawda. "Romana Barbarzyńcę" przygotowywaliśmy trzy lata. Jestem więc przyzwyczajony do myślenia w długiej perspektywie. Realizacja filmu animowanego to naprawdę duże przedsięwzięcie.

Pewnie jesteś bardzo cierpliwym człowiekiem, skoro potrafisz tyle czasu spędzić nad jednym projektem.

Szczerze, to wcale nie jestem cierpliwy.

Co więc sprawiło, że zająłeś się animacją? Czemu nie filmy aktorskie?

To dobre pytanie. Chyba lubię poczucie kontroli, jakie wiąże się z pracą nad animacją. Poza tym sam jestem artystą, rysuję. Można więc powiedzieć, że animacja jest moją pasją. Natomiast inspirację bardzo często czerpię z filmów aktorskich. Widać to w przypadku "Romana Barbarzyńcy", przy którym inspirowaliśmy się filmami fantasy z lat 80. jak "Conan Barbarzyńca" czy "Czerwona Sonja". Tak naprawdę nie odwołujemy się do żadnego filmu animowanego. Wydaje mi się też, że "Romana" można było nakręcić wyłącznie jako animację. W innej formie byłby po prostu niedorzeczny.

 

Jestem wielkim fanem Twojego poprzedniego filmu "Wyprawa na Saturna". Tamten film był adaptacją, a ten powstał na bazie oryginalnego pomysłu.

Tak, to jest nasz oryginalny pomysł. A dokładniej, historia jest nasza, natomiast całość składa się z wielu zapożyczeń. Fajnie było zrobić coś własnego. Choć nie mam nic przeciwko adaptowaniu komiksów. Lubię pożyczać czyjeś pomysły i próbować je uczynić jeszcze lepszymi. W przypadku "Romana" chcieliśmy jednak zrobić coś zupełnie nowego. Również dlatego, że to pierwszy film zrealizowany w naszej własnej wytwórni. "Wyprawę na Saturna" zrobiliśmy dla innego studia, przez które byliśmy zatrudnieni. Po tamtym filmie nasza trójka zdecydowała się odejść i założyć własną firmę. "Roman" to nasze pierwsze dzieło, od początku do końca zrealizowane własnymi siłami.

Ale chyba opłaciło się.

Mam taką nadzieję. Dla mnie to były trzy najlepsze lata mojego życia zawodowego. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania. Wszystko robiliśmy od zera. Uczyliśmy się prowadzić firmę. Musieliśmy zatrudnić animatorów. Mieliśmy wolną rękę i mogliśmy zbudować dokładnie taką ekipę, jaką chcieliśmy. Czasami było ciężką. Dokładnie rok temu, latem, nagrywaliśmy dźwięk i byłem na granicy załamania.

Mogę sobie wyobrazić. Nawet jeśli jest to osobisty projekt, sam czas musi sprawiać, że w końcu pada się z nóg.

Dokładnie. Pracowaliśmy po wiele godzin dziennie i czasami bywało nerwowo. Ale teraz jestem szczęśliwy, że udało mi się ukończyć film.

Wspomniałem o "Wyprawie na Saturna", bo w widzę w nim podobne poczucie humoru do tego z "Romana Barbarzyńcy". Możesz powiedzieć coś więcej o tym, co Ciebie śmieszy?

Lubię humor, który odrobinę przekracza granice przyzwoitości. I tego rodzaju dowcipy staram się umieszczać w swoich filmach.

Chyba czasami przekraczasz granicę trochę bardziej niż tylko "odrobinkę". Ale ja się nie skarżę, mnie to bawiło.

Wiesz, "Roman Barbarzyńca" został pomyślany jako film dla dorosłych. Powiedziałbym, że wiekowo nasza widownia zaczyna się tak gdzieś od 15 roku życia. Ale starsze dzieci chyba też złapią nasz humor. Jedyne, czego nie lubię, to wyśmiewanie się z ludzi. "Roman" to w gruncie rzeczy bardzo sympatyczna historyjka o chłopaku, który musi odnaleźć swoją siłę. To historia, którą każdy może wziąć do siebie. I wydaje mi się, że jak długo rdzeń opowieści pozostaje szczery, tak długo w dowcipach można sobie pozwolić na wiele. "Roman" w zasadzie mógłby zostać zrealizowany jako bardziej konwencjonalna animacja.

 

Ale to nie byłoby w Waszym stylu.

To nie byłoby w naszym stylu. Byłaby to po prostu kolejna konwencjonalna animacja. A my jesteśmy dobrzy właśnie w tych rzeczach, których inni by nie zrobili. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze zaplecze technologiczne jest nieporównywalnie mniejsze od tego, jakim dysponują amerykańskie wytwórnie. Musieliśmy więc znaleźć inne obszary, na których możemy konkurować, na których możemy się wyróżniać. I dlatego postawiliśmy na humor i dorosłego widza. Oczywiście mam nadzieję, że z czasem będziemy mieli dostęp do większych środków. "Roman" na przykład został zrobiony za niecałe 3 miliony euro. To szaleństwo, jeśli porówna się to z sumami, jakie wydaje się na animacje w Pixarze.

Jak radzicie sobie z problemem czasu podczas kręcenia animacji? Każdy dowcip słyszeliście pewnie milion razy, a po trzech latach nic może nie być już tak zabawne, jak było na początku. Czy nie pojawiają się wtedy wątpliwości, że to, co kiedyś Was śmieszyło, wcale nie jest śmieszne?

To rzeczywiście poważny problem. To, co na początku śmieszy, po roku, kiedy słyszy się to i widzi milionowy razy, nie budzi już żadnych uczuć. Wtedy ważne staje się doświadczenie, praktyczne przeanalizowane i zawierzenie w to, co uważa się za zabawne. Miałem z tym duże kłopoty przy "Wyprawie na Saturna", głównie dlatego, że jest to polityczna satyra. Robiliśmy film przez 2,5 roku, w tym czasie w polityce może się naprawdę bardzo dużo zmienić. Istniała taka możliwość, że wszystkie żarty z premiera mogły stać się nieaktualne przez sam fakt zmiany na tym stanowisku. Kiedy więc robi się film animowany, który jest polityczną satyrą, ryzyko jest naprawdę olbrzymie.


Przy "Romanie" mieliśmy większą swobodę, ponieważ nie ma tu politycznych żartów. Mogliśmy sobie pozwolić na humor, który będzie bardziej uniwersalny, dowcipy, które będą śmieszyć jeszcze za parę lat niezależnie od tego, jak będzie wyglądać scena polityczna.

Zabawna historia. Pierwszym dowcipem, jaki wymyśliliśmy na potrzeby "Romana", była historia z maścią niewidzialności. Właśnie zwolniliśmy się z pracy i pewnego wieczoru spotkaliśmy się, by porozmawiać o tym, co chcemy dalej robić. Dwie butelki wina później wymyśliliśmy scenę, w której bohater używa maści niewidzialności. Wciera ją w całe ciało i kiedy widoczne zostają tylko jądra, okazuje się, że maść się skończyła. W scenariuszu scena ta była trzy razy dłuższa od tego, co można zobaczyć w filmie. Kiedy rozrysowaliśmy ten epizod, wyszło nam jakieś 15 minut lewitujących jąder. Sporo musieliśmy wyciąć, bo film byłby zbyt dziwny. Ale wydaje mi się, że to, co zostało, jest wciąż zabawne. Od tego wszystko się zaczęło i przez trzy lata uważaliśmy tę scenę za zabawną. Reszta filmu, cała historia, bohaterowie, została zbudowana właśnie wokół tego jednego żartu.

Szalone, jak przygotowywaliśmy ten film, ale tak właśnie pracujemy. Dla nas jest niezwykle ważne, by dobrze bawić się podczas pracy. Zadań jest dużo, codziennie pracowaliśmy po wiele godzin. Mieliśmy mały budżet i niewielką ekipę, więc dobra atmosfera była kluczem do sukcesu. Nad "Romanem" pracowało zaledwie 15 osób, nie licząc oczywiście aktorów i dźwiękowców. Kiedy pracuje się w małej grupie, naprawdę ważne staje się poczucie wolności twórczej i dobrej zabawy. Jeśli tego zabraknie, realizacja filmu staje się przedsięwzięciem niemożliwym do wykonania.

Kiedy po tak długiej pracy film w końcu trafia do kin, oglądasz go razem z widzami, czy też za bardzo się denerwujesz i przejmujesz ich reakcją?

Zawsze oglądam. Przed duńską premierą byłem kłębkiem nerwów, ale wiedziałem, że muszę to zrobić. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli nie masz w sobie na tyle dużo odwagi, by po trzech latach pracy znaleźć się na widowni i być świadkiem ich reakcji na twój film, to nie jest to praca dla ciebie. Poza tym naprawdę lubię "Romana". Jestem zadowolony z tego, co udało się nam osiągnąć. Oczywiście animacja mogłaby być lepsza, obrazy piękniejsze, ale to wynikało z ograniczonych środków. Biorąc pod uwagę budżet, jestem przekonany, że nie moglibyśmy zrobić lepszego filmu. Jestem naprawdę dumny i nie muszę ukrywać się przed widzami. Poza tym lubię obserwować reakcje ludzi. Dzięki temu uczę się, co ich śmieszy, a co nie. "Romana" widziałem w kinie już wielokrotnie. I w zasadzie teraz nie jestem już w stanie się nim cieszyć. Za bardzo wszystko analizuję, co mogłem zrobić lepiej, co nie zadziałało tak, jak sobie to wyobrażałem. Ale to chyba jest cecha tego zawodu. Nie zrobiłem "Romana" dla siebie, a dla widzów. Jeśli chcę rozerwać się w kinie, to chodzę na filmy innych twórców.

 

Skoro tak, to kiedy pracujesz nad filmem, robisz raczej to, co sam uważasz za słuszne, czy też bierzesz pod uwagę reakcję potencjalnych widzów?

Trzeba wyważyć oba te aspekty. Zawsze musimy pamiętać o widzach, o ludziach, którzy pójdą na nasz film. Zależy nam bowiem na tym, by robić kino rozrywkowe. Najważniejsze dla nas jest więc to, by nie zanudzić widzów. Filmowiec nie może przecież popełnić większego grzechu niż nakręcić nudny film. Co do humoru to podążamy za głosem naszych serc. W innym przypadku nie mielibyśmy widzom nic do zaoferowania. Wydaje mi się, że za bardzo nie różnię się poczuciem humoru od przeciętnego widza. Może miejscami jestem odrobinę radykalniejszy.

W kinie wyrazistość się liczy...

To prawda, ale z drugiej strony nie jesteśmy aż tak wyrachowani, że korzystamy z takiego rodzaju humoru, by nie zginąć w tłumie. Nie. My po prostu tacy jesteśmy i to nas śmieszy. I w tym jesteśmy dobrzy. Ja raczej nie nadaję się do kręcenia filmów dla dzieci.

Wiesz, w Polsce film reklamowany jest jako produkcja familijna, więc w sumie możesz o sobie mówić, że jesteś reżyserem filmów dla dzieci.

Naprawdę? (śmiech) Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Danii film miał kategorię "dozwolone od lat 11".

W Polsce nie ma oficjalnych kategorii wiekowych. "Roman Barbarzyńca" jest po prostu reklamowany jak film dla starszych dzieci.

Starszych dzieci, a to w porządku. W Danii jesteśmy dość liberalni. Sądzę, że 11-, 12-latkowie, którzy grają w gry komputerowe i oglądają różne szalone filmy akcji, są już na tyle przyzwyczajeni, że mogą też dobrze bawić się i na naszym filmie. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale u nas praktycznie nie ma filmów, które byłyby skierowane wyłącznie do tej grupy wiekowej. Od razu przechodzą z bajki do kina pełnego przemocy. Być może "Roman" mógłby być takim łącznikiem? (śmiech)


Kiedy możemy spodziewać się kolejnego filmu?

Na razie pracujemy nad dwoma, właściwie trzema projektami.

Jednocześnie?

Tak, ale wszystkie są w fazie preprodukcji. Na razie przygotowywane są scenariusze. Chcemy, by poszczególne projekty konkurowały ze sobą, byśmy mogli wybrać ten najlepszy. Kiedy założyliśmy własną firmę, prace nad "Romanem" zaczęliśmy niemal natychmiast. Szybko znalazły się fundusze i tak naprawdę w ogóle nie myśleliśmy o tym, co będziemy robić później, kiedy skończymy "Romana". Po premierze byliśmy więc trochę zagubieni. Teraz pracujemy inaczej. Mamy trzy projekty i kiedy jeden z nich zrealizujemy, będziemy mieć w zapasie kolejne dwa. Poza tym, mając w planach kilka projektów, możemy zachować ekipę, z której jesteśmy bardzo zadowoleni. Tworzą ją niezwykle utalentowani ludzie i nie chcemy ich stracić. Bez planów na przyszłość poszliby szukać innego zajęcia.

W takim razie życzę powodzenia. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na Wasz kolejny film. Dziękuję bardzo za rozmowę. Do usłyszenia.

Do usłyszenia.