Felieton

PLANETE DOC: "Armadillo", czyli pancernik

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/PLANETE+DOC%3A+%22Armadillo%22%2C+czyli+pancernik-73414
Kino lubi nas przekonywać, że żołnierska solidarność nie jest budowana w oparciu o wartości pisane wielką literą.  Nie inaczej jest w "Armadillo" Janusa Metza.

Wiedzieliście, że pancerniki spędzają większość swojego życia schowane w kryjówkach, otoczone osobnikami tej samej płci? Duńsko-brytyjska wojskowa baza operacyjna zlokalizowana w prowincji Helmstad, w południowym Afganistanie, nie przyjęła wprawdzie nazwy od opancerzonych ssaków łożyskowych, ale jej rezydenci dzielą z nimi niektóre zwyczaje. Jest w dokumencie Janusa Metza scena, z której nie bez powodu uczyniono ikoniczną reprezentację całej produkcji – pojawia się ona w zwiastunie, w materiałach promocyjnych i spotach, a w samym filmie jest emocjonalnym kontrapunktem dla szokującej kulminacji. Oto ciężko ranny żołnierz, otumaniony morfiną, którego ciało przecieka przez palce interweniujących medyków, wpatruje się tępo w kamerę. Przerażenie? Szok? Zgroza? Wydaje się, że to, na co spogląda ten młody chłopak, jest poza granicami percepcji każdej kamery. I jeśli naprawdę człowiek ma taki świat, jaki widzą jego oczy, dla pancerników z "Armadillo" każda misja to wyprawa do piekła i z powrotem.

Ranny żołnierz wraca w końcu do swojego plutonu. Koledzy opowiadają mu o udanej misji, którą widz ogląda w na zmianę z akcją ratunkową. Wrzucony do rowu granat zabija pięciu talibów. Kamera pokazuje maskarę tak, że można zajrzeć w martwe oczy Afgańczyków. Ich ciała splatają się w przedziwną konstrukcję, co zresztą bez pardonu komentuje dumny ze swojej celności i szczęścia Duńczyk. Z perspektywy Metza, który nigdy nie pozwoliłby sobie na heroizowanie żołdaków, jest to ostateczny akt zawarcia więzi między bohaterami. To więcej niż wspólnota przekonań, więcej niż braterstwo krwi, a nawet więcej niż uzależnienie od narkotyku, jakim jest wojna. To wspólnota wiedzy tajemnej. Przewaga tych, którzy widzieli wojnę nad tymi, którzy mogą o niej tylko mówić; tych, którzy "wiedzą", nad tymi, którzy nie mają pojęcia. Kiedy reżyser ukończył film, zabrał go do Danii, gdzie rozpętała się medialna i polityczna burza. Na ekranowe okropieństwa opozycja zareagowała świętym gniewem. Skutek był do przewidzenia – napiętnowanych żołnierzy tylko to scementowało. Po akcji zostali za swoje czyny uhonorowani orderami. Nagrodzeni nie przez społeczeństwo, lecz przez kompanów. Postąpili słusznie? "Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej" - słyszą od przełożonego. Ten komunikat wędruje łańcuchem dowodzenia jak elektryczny impuls – zostaje odprowadzony do samego dołu. Film ma podtytuł "Wojna jest w nas". Z egzystencjalnego punktu widzenia to prawda, ale z socjologicznego wręcz przeciwnie – wojna jest w nich.   


O tym, że żołnierska solidarność nie jest budowana w oparciu o wartości pisane wielką literą, kino przekonywało nas niejednokrotnie. Kręcono o tym fabuły i dokumenty, krótkie i długie metraże, animacje i wideo-arty. "Armadillo", podobnie jak zbliżona tematycznie i stylistycznie "Wojna Restrepo", nie wytrąca nas z przeświadczenia, że u jej podstaw leży odpowiedzialność za drugiego człowieka, jednak pokazuje, że o wiele silniejszymi czynnikami są nuda i walka z niewidzialnym wrogiem. Nie bez przyczyny, ludzkie odruchy widać zwłaszcza w sytuacji osaczenia. Odkryła to już Kathryn Bigelow w "Hurt Lockerze". W jej filmie sierżant William James próbuje zneutralizować irackiego snajpera. Podczas wyczerpującego, wielogodzinnego pojedynku asystuje mu partner z oddziału: podaje mu wodę, zmienia amunicję, dzieli jego znój. W tych prostych gestach realizuje się cały "kumpelski" etos. To z jednej strony potwierdzenie starej prawdy, że beznadzieja wyrasta na gruncie samotności, z drugiej remedium na nudę, która atomizuje wojaków. Kino, zwłaszcza fabularne, przedstawia walkę z nudą jako desperackie poszukiwanie rytuałów: bohaterowie słuchają cwału Walkirii, grają na PlayStation, pojedynkują się na gołe pięści, uprawiają zapasy. Camus przekonywał, że jeśli potrafisz wspominać, nuda po ciebie nie sięgnie. Bohaterowie "Armadillo" nie mają wyboru.  Jeśli nie chcą zginąć, nie mogą spoglądać wstecz. Muszą żyć w ciągłym "teraz". Metz nie analizuje, interesuje go tylko synteza. Żeby zobaczyć to, co ranny Duńczyk, musiałby nakręcić film o nim. Zamiast tego pokazuje, na jakich fundamentach wznosi się współczesny żołnierski kolektyw.

 

W popkulturowej optyce wojny istnieje następująca klisza: po krwawej i wyczerpującej walce żołdacy wracają do bazy wojskowej. Pewnie chcieliby coś zjeść, pograć w kosza, obejrzeć pornosa. Ale trzeba ratować kolegów, którzy zostali na polu walki, bo przecież "każdy musi wrócić". Bohaterowie "Armadillo" ponownie zawitają do Afganistanu. Ich serce, które na plakacie promującym zrośnięte jest z zabezpieczonym granatem w jeden biomechaniczny twór, bije w końcu jednym rytmem. Spowalnia i przyśpiesza w tych samych chwilach. Tylko krwawi samotnie.
Udostępnij: