Relacja

WFF 2016: Psychopatyczny morderca, odnaleziony syn i rewolucja w Tunezji

https://www.filmweb.pl/article/WFF+2016%3A+Psychopatyczny+morderca%2C+odnaleziony+syn+i+rewolucja+w+Tunezji-119917
Nasi recenzenci obejrzeli na Warszawskim Festiwalu Filmowym "Potwora z Martfű" o węgierskim seryjnym mordercy, "Dzieciaka" o skomplikowanych więziach rodzinnych i poszukiwaniu tożsamości oraz dokument "Cztery lata rewolucji" przybliżający sytuację polityczną w Tunezji. Recenzje filmów znajdziecie poniżej. 

***

Psychol kupuje na kartki ("Potwór z Martfű", reż. Árpád Sopsits)

Uprzejmie donoszę: znalazłem uniwersalny przepis na kryminał z krajów dawnego bloku wschodniego. Bierzemy jednego z grasujących w latach 60. czy 70. tzw. "wampirów", odtwarzamy siermiężną rzeczywistość "głębokiej komuny", a na koniec dorzucamy kilku zapijaczonych policjantów. Wygląda na to, że w naszej części Europy "prawdziwa zbrodnia" jest możliwa jedynie w warunkach gospodarki niedoboru, między szarymi blokami albo w kolejce po papier toaletowy. 


Jeśli jednak polskie "Jestem mordercą" i "Czerwony pająk" traktują peerelowską przeszłość jako część większego filmowego tematu, w węgierskim "Potworze z Martfű" realia przedtransformacyjne są ledwie tłem, dodatkiem. To czyste kino gatunkowe: akcja równie dobrze mogłaby się toczyć we współczesnej Szwecji. Węgierska Republika Ludowa lat 50. i 60 i fabryka obuwia w miasteczku Martfű – wyciągnięte z autentycznej sprawy seryjnego mordercy – wybrano raczej ze względów stylistycznych, żeby podrasować mroczną atmosferę. Gdyby na takim grząskim gruncie wzniesiono porządny kryminał, nie miałbym nic przeciwko. Niestety, reżyser Árpád Sopsits na tyle zapamiętał się w swojej pasji rekonstruktora, że zapomniał o podstawowych zasadach gatunku. W "Potworze..." naczelną regułą jest deus ex machina, a pornograficzna dosłowność robi z filmowych Węgier komunistyczny skansen i sex-shop w jednym.

Słówko o intrydze. Mamy tytułowe Martfű roku pańskiego 1957 – spowite mgłą i z odpowiednio brzydką zabudową. Robotniczą mieściną wstrząsa brutalne morderstwo jednej z pracownic fabryki butów – oprawca wrzuca okaleczone ciało do rzeki. Trop pada na kochanka dziewczyny, ten szybko przyznaje się do winy – zabił, bo go odrzuciła – a po pokazowym procesie kara śmierci zostaje zamieniona na 25 lat więzienia. Śledztwo odżywa, kiedy w drugiej połowie lat 60. w Martfű dochodzi do serii podobnych ataków na kobiety. Policjant idealista próbuje wyjaśnić sprawę i oczyścić z zarzutów niewinnie skazanego. Na drodze staje mu prokurator karierowicz – jego dawny nauczyciel – który dzięki mataczeniu przy starej sprawie dorobił się szybkiego awansu. Na jaw wychodzi nieudolność i skorumpowanie węgierskich śledczych. Ufff...

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

***

Ojciec i syn ("Dzieciak", reż. Philippe Lioret)

Nowy film Philippe'a Lioreta przywraca wiarę w to, że w kinie wciąż można tworzyć proste historie, które są emocjonalnie angażujące. A w ostatnich latach twórcy zrobili dużo, by tę wiarę podkopać. Prostota stała się synonimem monolitycznej konstrukcji powielającej w nieskończoność tę samą fabułę z tym samym zestawem bohaterów, a często nawet z tymi sami aktorami w głównych rolach. Aby się wyróżnić, reżyserzy sięgają po powierzchowne formy oryginalności, które zazwyczaj ograniczają się do dziwacznych manieryzmów bohaterów albo do osadzania fabuły w nietypowym kontekście. Lioret postąpił inaczej. Uznał, że historia obroni się sama, jeśli tylko pozwoli się jej wybrzmieć. 


Tytułowym bohaterem filmu Lioreta jest Mathieu (Pierre de Ladonchamps). Pewnego dnia dowiaduje się, że w Kanadzie zmarł jego ojciec i zostawił mu w spadku paczkę. Dla mężczyzny to szok. Aż do tego telefonu nie wiedział, że ma ojca. Matka konsekwentnie, do swojej śmierci, twierdziła, że był owocem jednorazowej przygody. Jeszcze większym szokiem dla Mathieu jako jedynaka jest informacja, że ma dwóch przyrodnich braci. Postanawia polecieć do Montrealu, by spotkać się z nową rodziną. Na miejscu nic jednak nie wygląda tak, jak się tego spodziewał. Zamiast rodziny spotyka przyjaciela ojca (Gabriel Arcand), który prosi go, by nie ujawniał, kim jest. Twierdzi, że dla pogrążonych w żałobie byłby to zbyt duży szok. Kiedy w końcu poznaje braci, jest nimi rozczarowany. Więcej wspólnego zdaje się mieć z rodziną przyjaciela ojca niż z tymi, z którymi dzieli geny...

Zarys fabuły nie brzmi zbyt zachęcająco. Sugeruje bowiem, że "Dzieciak" jest jednym z miliona filmów opowiadających tę samą historię o szukaniu swojej tożsamości, o skomplikowanych więzach rodzinnych, o dokopywaniu się do prawdy, o której milczało się latami. I tak rzeczywiście jest. "Dzieciaka" na tle podobnych tytułów wyróżnia nie fabuła, ale sposób jej prezentacji. Lioret zamiast na czynach bohaterów filmu skoncentrował się na samych relacjach. Każda scena staje się dla niego okazją, by pokazać nam, co dzieje się w głowie Mathieu. Obserwujemy jego nadzieje, zmiany postrzegania siebie i świata wraz z kolejnymi rzeczami, jakie dowiaduje się na temat swojej nowej rodziny. Jednak Lioret przekazuje nam to, korzystając wyłącznie z mowy ciała i obrazu. Nie bawi się w efekciarskie podkręcanie przeżyć i wizualizacji doświadczeń bohaterów. Tu wszystko dzieje się na twarzach aktorów, w gestach, spojrzeniach. Czyni to z "Dzieciaka" kino empatyczne.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ

***

Tunezja 2.0 ("Cztery lata rewolucji", reż. Jessie Deeter)

Emna Ben Jemaa i Jawhara Ettis. Niezależna blogerka o ciętym języku i cytująca Szekspira profesor uniwersytecka z Tatawin (gdzie, ciekawostka, kręcono "Gwiezdne wojny"). Niezależna dziennikarka o liberalnych sympatiach oraz prominentna członkini Zgromadzenia Konstytucyjnego i konserwatywnej partii Ennahdha. Jedna widzi w Tunezji kraj wolności słowa, otwarty na Zachód, tolerancyjny. Druga próbuje pogodzić liberalny model społeczny z islamską tradycją. Obydwie pewne swoich racji, mające na względzie dobro kraju, pozostające w klinczu ze światopoglądową opozycją, żyjące pod wielobiegunową presją –polityczną, społeczną i kulturalną. Próbujące najefektywniej wykorzystać skutki arabskiej wiosny. 


Istotą filmu amerykańskiej dokumentalistki Jessie Deeter są właśnie podobne kontrasty. Za ich pośrednictwem reżyserka buduje obraz Tunezji jako kraju polifonicznego, stojącego przed wielką szansą, ale też pełnego przeszkód na drodze do demokracji (nie bez powodu jego pierwotny tytuł brzmi "Tunezja 2.0"). Lecz przede wszystkim mówi o dwóch zdeterminowanych kobietach, których życie jest nierozerwalnie związane ze zmianami społecznymi w kraju. Małżeństwo, wychowanie dzieci, problemy w domu, presja w pracy – Deeter obserwowała bohaterki przez pięć lat i choć na ekranie nigdy nie dochodzi do ich spotkania, reżyserka bez trudu buduje paralele losów, obaw i pragnień. Emnę i Jawharę dzieli niemal wszystko, a jednocześnie są jak awers i rewers tej samej monety.

Chociaż Deeter dostaje na tacy skrajne pomysły na życie i politykę, zaś jej film powinien właściwie "nakręcić się sam", reżyserka powstrzymuje się od łatwych wniosków i prostych opozycji. Swoje bohaterki portretuje sprawiedliwie, naświetla je z różnych stron i pokazuje, że obydwie krucjaty wymagają równej odwagi i determinacji. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.

***

Czekając na Ushera ("Dziesiąty mężczyzna", reż. Daniel Burman)

Nie, nie chodzi tu o autora megahitu "Yeah". Usher z filmu Daniela Burmana to pochłonięty działalnością dobroczynną starszy pan z żydowskiej dzielnicy w Buenos Aires. Mężczyzna ma syna Ariela, który lata temu wyjechał do Nowego Jorku, gdzie zrobił karierę jako finansista. Teraz marnotrawny potomek wraca do rodzinnego domu, by z okazji święta Purim spędzić z ojcem kilka dni. Kiedy jednak Ariel dociera wreszcie na miejsce, nie dane jest mu spotkać się z Usherem osobiście. Rodzic kontaktuje się z nim wyłącznie przez telefon, prosząc o kolejne przysługi. Raz trzeba uprzątnąć mieszkanie po zmarłej osobie, kiedy indziej - negocjować z miejscowym rzeźnikiem albo pomóc w organizacji Bar micwy. Z dnia na dzień przybysz coraz bardziej angażuje się w życie wspólnoty, przy okazji odkrywając na nowo swoje korzenie.

"Dziesiąty mężczyzna" wykorzystuje popularny w kinie motyw bohatera wracającego na stare śmieci.  Powrót staje się okazją do wewnętrznej przemiany: ustalenia na nowo listy życiowych priorytetów, poreperowania rodzinnych więzi, wreszcie znalezienia nowej miłości. Tę hollywoodzką z ducha historię Burman opowiada jednak w niehollywoodzkim języku: na styku fabuły i dokumentu, bez wyraźnej linii fabularnej i programowej ckliwości. Nietuzinkowy wydaje się również wątek romantyczny: podczas gdy Ariel to łysiejący gaduła z nadwagą, wybranką jego serca jest ortodoksyjna Żydówka-niemowa, która z powodu religijnych przekonań odmawia jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z przyjezdnym. Zderzenie światów oraz postaw odbywa się tu więc między słowami: w wymienianych ukradkowo spojrzeniach i niepozornych gestach, z których na przemian przebija niechęć i ciekawość.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego znajdziecie TUTAJ.