Relacja

32. WFF: Ludzie Wschodu, obywatele, maszyniści i straceni chłopcy

https://www.filmweb.pl/article/32.+WFF%3A+Ludzie+Wschodu%2C+obywatele%2C+maszyni%C5%9Bci+i+straceni+ch%C5%82opcy-119832
Recenzujemy otwierającego Warszawski Festiwal Filmowy "Honorowego obywatela" (reż. Gastón DupratMariano Cohn), nowy film Wilhelma i Anny Sasnalów, "Słońce, to słońce mnie oślepiło", serbskiego kandydata do Oscara ("Dziennik maszynisty", reż. Miloš Radović) oraz "Wspomnienie lata" Adama Guzińskiego z Urszulą Grabowską i Robertem Więckiewiczem.


Ludzie Wschodu ("Słońce, to słońce mnie oślepiło", reż. Anna Sasnal, Wilhelm Sasnal)

Kamera Wilhelma Sasnala jest jak małe, drapieżne zwierzątko – raz zbliża się do twarzy bohaterów, zagląda prawie pod skórę, żeby za chwilę skupić się na jakimś nowym detalu. Krąży – czujna – i spogląda zza ucha albo zmienia kąt i zerka raptownie na ciała złączone seksem. Małżeństwo Sasnalów wprowadziło do kina artystycznego zupełnie nowe formy wizualne: ich obrazy-pasożyty – zmysłowe, gęste, często abstrakcyjne, zawsze nieobliczalne – stały się wizytówką zwrotu kinematograficznego w polskiej sztuce. W swoim trzecim już filmie – "Słońce, to słońce mnie oślepiło" – artyści pozostają wierni wypracowanej wcześniej estetyce, jednocześnie flirtując – to istotne novum – z klasyczną narracją. Przenoszą mikropowieść "Obcy" Alberta Camusa na grunt polskiej debaty o ksenofobii i lęku przed uchodźcami, ale w kluczu jasnej struktury fabularnej i szczegółowo rozpisanych dialogów. To, co w "Hubie" i w "Z daleka widok jest piękny" było ledwie ornamentem, tutaj staje się kośćcem urealniającym abstrakcyjne dotąd obrazy. Jednak im więcej w filmie Sasnalów dosłowności – a nawet: publicystyki – tym mocniej odczuwamy zadziwiającą banalność tego, co autorzy mają nam do powiedzenia.   

Być może jest to efekt nadmiernego wyolbrzymienia. W świecie Sasnalów nie istnieją żadne niuanse, różnorodność postaw i punktów widzenia znika w magmie Polski prowincjalnej – świecie w całości opanowanym przez paraliżujący lęk przed innością, pełen nienawiści i tępego przywiązania do autorytetów. Rafał Maćkowiak gra wyalienowanego pracownika biurowego, który – podobnie jak u Camusa – daje się nieść nurtowi wydarzeń, zachowując wobec rzeczywistości postawę emocjonalnego wycofania. Obserwujemy go w różnych kryzysowych sytuacjach: na pogrzebie matki styka się z pustką katolickich rytuałów. Na wakacjach ze znajomymi bez słowa sprzeciwu wysłuchuje ksenofobicznych, wulgarnych komentarzy na temat uchodźców i imigrantów. W końcu sam – pod wpływem impulsu – dopuszcza się zbrodni, która z pozoru wygląda na akt nienawiści rasowej. Tuż przed rozwiązaniem, w sekwencji pokazującej subiektywną wizję bohatera, Sasnalowie ujawniają jego motywacje: to lęk przed wzięciem odpowiedzialności za innego; narastające przeczucie, że "obcy" wniesie do uporządkowanego życia jakieś roszczenia, zaburzy sprawnie działający system obojętności. Postać Maćkowiaka można więc bez przeszkód czytać jako figurę Polski wycofanej: tej, która odmawia solidarności z wykluczonymi i sama skazuje się na wykluczenie.

Przyznaję, film Sasnalów to precedens – do tej pory żaden polski reżyser nie odważył się mówić o tzw. "kryzysie uchodźczym" z taką otwartością. Problem w tym, że język kina artystycznego nie znosi dosłowności i zabawy w "kawa na ławę". Dopóki "Słońce, to słońce..." posługuje się wyłącznie obrazami i opowiada historię lęku – ale tego podskórnego: przed unicestwieniem i przed pustką materii – doświadczamy autentycznej grozy. Scena czuwania przy trumnie zmarłej matki, kiedy słowa modlitwy zamieniają się w ponury szum, a kamera Sasnala śledzi przepełnione lękiem twarze starców, to jeden z najbardziej przejmujących obrazów egzystencjalnej pustki w historii polskiego kina. Materia w tym filmie – często pod postacią prostej fizjologii – niweluje wszelkie sacrum, wciska się w kadr jak jakiś bluźnierczy naddatek: jest w plamie na bokserkach księdza, w jego owłosionych dłoniach, potężnych szczękach miażdżących chleb z serem. Pewność, z jaką kapłan wypowiada się o życiu i śmierci ("Piekło i niebo istnieją, bo tak mówię ja, czyli Pan"), kontrastuje z jego przywiązaniem do ciała. A pełna twarz – z cienkimi łydkami ciemnoskórego uchodźcy, którego Bałtyk wyrzuca na brzeg niegościnnej, ale sytej krainy.

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.


"Honorowy obywatel" (reż. Gastón Duprat, Mariano Cohn)


Główny bohater "The Distinguished…", argentyński pisarz Daniel Mantovani, przypomina skrzyżowanie Gabriela Garcii Marqueza z Jepem Gambardellą z "Wielkiego piękna". Mężczyzna w ujmujący sposób godzi w sobie elokwencję, charyzmę i zmysł prowokatora. Gdy, na samym początku filmu, odbiera w Sztokholmie Nagrodę Nobla, ani myśli zadowolić się tuzinkowymi podziękowaniami. Zamiast tego, kokieteryjnie stwierdza, że niniejszym stał się "ulubieńcem królów, krytyków i jurorów". Przytłoczony sukcesem Mantovani konsekwentnie odmawia udziału w kolejnych festiwalach i wieczorach autorskich. Wyjątek robi dopiero, gdy otrzymuje zaproszenie do rodzinnego miasteczka, które opuścił już wiele lat temu. Wbrew oczekiwaniom mężczyzny wyprawa do Salas nie będzie miała jednak nic wspólnego z sentymentalnym powrotem do korzeni.

Z miejsca rzucający się w oczy kontrast pomiędzy wyrafinowaniem bohatera  a przaśnym charakterem miejsca jego urodzenia stanowi komediowe paliwo filmu. Autor ambitnych powieści jest przyjmowany w Salas niczym gwiazdor pop: burmistrz nie odstępuje go na krok, przechodnie bez przerwy proszą o autografy, a nastoletnie fanki same pchają się do łóżka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że równie celnej kpiny z małomiasteczkowego festyniarstwa nie widzieliśmy w kinie od czasu wczesnych komedii Milosa Formana. Zupełnie jak w "Pali się, moja panno", pozorna poczciwość przedstawionego świata bardzo szybko ustępuje zresztą miejsca atmosferze pełnej zawiści i małostkowości.

Sam Mantovani nie jest w tej sytuacji bez winy. Miejscowi częściowo słusznie wytykają mu arogancję i zbudowanie literackiej sławy na szkalowaniu Salas. Pisarz – brawurowo odgrywany przez znanego z "Dzikich historii" Oscara Martineza – pewne uwagi bierze sobie do serca, ale bynajmniej nie przechodzi fundamentalnej przemiany. Duprat i Cohn są twórcami zbyt przewrotnymi, by zadowolić się naiwną opowiastką o artyście odbierającym lekcję pokory. Zamiast tego fascynują się siłą charakteru Mantovaniego, który, pomimo prowokacji ze strony miejscowych, pozostaje wierny wyznawanym przez siebie wartościom. Konsekwencję bohatera najlepiej obrazuje scena – wygłoszonego w maleńkiej auli w Salas – przemówienia dorównującego wyrazistością pamiętnej mowie noblowskiej.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego przeczytacie TUTAJ.


Ze śmiercią im po drodze ("Dziennik maszynisty", reż. Miloš Radović)


"Dziennik maszynisty" został wystawiony przez Serbów do rywalizacji o nieanglojęzycznego Oscara. Niestety wydaje mi się, że na kandydowaniu film skończy przygodę z nagrodą Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Co prawda na poziomie czysto rozrywkowym jest to obraz, który z całą pewnością przypadnie do gustu szerokiej publiczności. Jednak jego reżyser, Miloš Radović, miał większe ambicje - których jednak nie udało mu się ich zrealizować.

Bohaterem filmu jest maszynista Ilija. Kiedy go poznajemy, jest właśnie na konsultacji psychologicznej po tym, jak prowadzony przez niego pociąg zmasakrował sześć osób. Pod koniec spotkania to psychologowie będą roztrzęsieni i to Ilija będzie ich pocieszać. Wydawać by się więc mogło, że maszynista ma grubą skórę i świetnie radzi sobie z traumą wynikającą z rozjeżdżania przypadkowych osób. Prawda jest jednak inna, o czym przekonamy się już wkrótce, kiedy zobaczymy, jak Ilija opiekuje się 10-letnim sierotą, niedoszłym samobójcą Simą. Chłopak za wszelką cenę chce pójść w ślady swojego przybranego ojca. Reakcja Iliji mówi dużo na temat tego, jaką cenę płaci za bycie "seryjnym zabójcą".

Aby opowiedzieć tę historię, Radović sięga po humor. "Dziennik maszynisty" pełen jest scen, na których widzowie parskać będą gromkim śmiechem. I choć tematem komediowych momentów jest zabijanie ludzi wielotonowymi lokomotywami, to nie mamy tu do czynienia z żadnymi niestosownymi żartami. Wszystko obwarowane jest tak dużą dozą absurdu, że nawet najdziwniejsze wypowiedzi bohaterów nie budzą niesmaku. Trudno bowiem na poważnie traktować dylematy bohaterów, kiedy są one tak bardzo przejaskrawione. Jak choćby cierpienie młodego maszynisty, który modli się o samobójcę, bo nie może już znieść napięcia, że nikogo jeszcze nie zabił.

Widzowie traktować będą te sceny jako elementy czysto komediowe. Jednak wyraźnie widać, że nie do końca taki cel przyświecał reżyserowi. Radović wyszedł z założenia, że życie maszynistów jest dramatyczne, poddane ciągłemu stresowi związanemu z obawą, że jakiś idiota albo desperat wyjdzie im na tory. Reżyser chce nam pokazać, że z takim obciążeniem nie da się normalnie żyć, że śmiech i absurdalny humor nie służą rozrywce, ale obronie przed naporem poczucia winy. Intencje Radovicia są bardzo czytelne, co jednak wcale nie znaczy, że udało mu się zamiar skutecznie zrealizować. "Dziennik maszynisty" nie jest jednym z tych tytułów, które sprawnie łączą ze sobą elementy komediowe i tragiczne. Gdy tylko na ekranie robi się poważnie, opowieść wyraźnie traci tempo. Radović nie potrafi być jednocześnie zabawny i poważny, musi zmieniać bieg, czym poważnie szkodzi fabule. Film robi się rwany, sprawia wrażenie, jakby poszczególne konwencje, zamiast się uzupełniać, pozostawały ze sobą w konflikcie.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka przeczytacie TUTAJ.


Stracony chłopiec ("Wspomnienie lata", reż. Adam Guziński)


Po dekadzie przerwy Adam Guziński powraca za kamerę, by ponownie opowiedzieć o pożegnaniu z dzieciństwem. Bohater jego nowego filmu po raz pierwszy kosztuje gorzkiego chleba powszedniego dorosłości: przeżywa zawód miłosny, boleśnie rozczarowują go najbliżsi, poznaje, czym jest śmierć. Jak na ironię beztroska kończy się w momencie, gdy powinno nastąpić jej apogeum: w czasie wakacji, między kolejną audycją z cyklu "Lato z Radiem", kąpielą w jeziorze i rowerową wycieczką.

Akcja filmu rozgrywa się pod koniec lat 70. w prowincjonalnym miasteczku. 12-letni Piotrek - tak jak większość znajomych dzieciaków - nie wyjechał nigdzie na wypoczynek. Okolica jest na szczęście malownicza, a z pomocą troskliwej matki udaje się zwalczyć nudę. Ojca na razie nie dane jest nam poznać - mężczyzna na saksach zarabia na utrzymanie rodziny. Do bezpiecznego świata chłopca wkrótce wkrada się jednak niepokój. Wszystko z powodu rodzicielki, która pod nieobecność męża najprawdopodobniej znajduje sobie pocieszyciela. Śledząc kobietę w trakcie jednej z jej nocnych wypraw do kochanka, Piotrek spotyka na pustej drodze samotnego jelonka. Czy nie jest to aby metafora sytuacji, w jakiej znalazł się chłopiec: opuszczony małolat, poruszający się po omacku w świecie dorosłych?

Guziński jest świetny w sugerowaniu widzowi emocjonalnych stanów bohaterów. Właściwie nic nie zostaje tu wypowiedziane na głos: romans matki, świadomość, że jej syn o wszystkim wie, uczucie Piotrka do przyjezdnej dziewczyny, przemoc seksualna. Wszystko, co najważniejsze jest tu zaakcentowane między słowami: przy pomocy drobnych gestów, nieoczywistych zbitek montażowych, rekwizytów ("Nie mów nikomu, co się dzieje w domu" - głosi napis na ścierce wiszącej na kuchennej ścianie) czy piosenek ("Tyle słońca w całym mieście" Anny Jantar pełni w filmie rolę lejtmotywu). Być może właśnie dlatego niektóre zachowania bohaterów wydają się zbyt afektowane, wyjęte jakby z zupełnie innego porządku. Agresywne szarpaniny, rozdzierające gesty, szlochy rodem z telenoweli nie pasują do subtelnej, wyciszonej narracji filmu. A już zupełnie sztucznie - niczym wykwit rodzimej maczystowskiej fantazji - wypada scena, w której miejscowy byczek mocnym pchnięciem zrzuca z roweru sympatię Piotrka, a potem brutalnie ją poddusza. Jak się wkrótce okazuje, jego agresywne zachowanie jest tańcem godowym prowadzącym do czułości nad ogniskiem. Przepis na podryw po polsku? Najpierw pałuj, potem całuj. 

Całą recenzję Łukasza Muwzyńskiego przeczytacie TUTAJ
Udostępnij: