Relacja

WFF 2017: Spokojnie, to tylko internet

https://www.filmweb.pl/article/WFF+2017%3A+Spokojnie%2C+to+tylko+internet-125436
33. Warszawski Festiwal Filmowy powoli zmierza do końca, ale wciąż do obejrzenia zostało sporo ciekawych filmów. Dziś prezentujemy recenzje filmów "Nikt nie patrzy" o życiu w anonimowym Nowym Jorku, "Znajdźcie tę głupią sukę i wrzućcie ją do rzeki" o wpływie internetu na kształtowanie się psychiki jednostki, "Hugo" o heroizmie, miłości i przyjaźni oraz "Pewnego razu w listopadzie" reżysera "Zmruż oczy" i "Sztuczek". 

***

Niewidzialny – recenzja filmu "NIKT NIE PATRZY", reż. Julia Solomonoff


Jak to w końcu jest – anonimowość to bardziej przekleństwo czy błogosławieństwo? Nowy Jork – ten z tysiąca mniejszych i większych filmów – pomaga zniknąć w wielokulturowym tłumie i zbudować siebie jeszcze raz, od zera. Ale fakt, że nikt nie patrzy, może być równie dobrze źródłem cierpień: w końcu do pomiaru własnej wartości wykorzystujemy głównie cudze spojrzenia. I Nico, telenowelowy aktor z Argentyny i świeżo upieczony nowojorczyk, żyje właśnie w takim poczuciu rozdarcia między rozpoznawalnością pozostawioną w Buenos Aires a resetem, który daje Wielkie Jabłko. Próbuje wpasować się w wielkomiejski strumień, potraktować własną "szarość" jako wyzwanie, ale metropolia ciągle stawia go do parteru i zawstydza. I byłoby w tym uniwersalnym doświadczeniu emigranta coś na wskroś banalnego, gdyby nie dwa drobiazgi. Po pierwsze, "Nikt nie patrzy" to Guillermo Pfening jako Nico – zero hipstera z pocztówki, sto procent rozterki, emocji i aktorskiej trójwymiarowości. Po drugie, reżyserka Julia Solomonoff nieźle chwyta uwikłanie amerykańskiej kultury – obecne wbrew pozorom również w demokratycznym nowojorskim tyglu – w uprzedzenia rasowe, etniczne i płciowe. Dzięki temu jej film to nie tylko ciąg kameralnych scenek rodzajowych z życia klasy średniej, ale szersza refleksja nad źródłami wielkomiejskiego wyobcowania. 

Nico jest w szanującej proste definicje Ameryce istotą trudną do zaklasyfikowania. To Latynos, ale blondyn; Europejczyk z wyglądu, ale z mocnym, latynoskim akcentem. Przemysł filmowy taką niedookreśloność skazuje na banicję, spycha do roli półproduktu, bo im słabiej wpisujesz się w jakiś stereotyp, tym mniej castingów możesz obskoczyć. Zaprzyjaźniona producentka od razu wykłada przed bohaterem karty na stół: albo przefarbujesz włosy na czarno i pozbędziesz się dumy, albo będziesz smażył placki w barze. Nico ima się więc różnych dodatkowych fuch: dorabia jako barman, uprawia drobny handel, opiekuje się dzieckiem znajomej. Ale na marginesie wielkiego świata również trwa koncert spojrzeń. Latynoskie nianie z placu zabaw nie mogą uwierzyć, że bohater jest Argentyńczykiem – nie mówiąc już o amancie z opery mydlanej – bo przecież żaden maczo nie dałby się tak upupić. Nico to zdeklarowany gej, ale z wyjątkowo lekką ręką do dzieci, więc mąż przyjaciółki co rusz walczy z nim o granice samczego terytorium. Pozostawiony w Argentynie kochanek chciałby miłości, ale najlepiej w toalecie na lotnisku, tak żeby w ojczyźnie nikt nie zauważył. Kołowrót widzialności/niewidzialności kręci się bez ustanku, a Nico w żadnej z ról nie czuje się jak u siebie. Testuje kolejne stereotypy: jurnego geja, statecznego białasa z klasy średniej, typowego Latynosa, tułającego się po ulicach kolorowego hipstera. Efekt jest łatwy do przewidzenia: po licznych próbach dopasowania jego tożsamość rozpada się jak przypalone burrito. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

***

Spokojnie, to tylko internet – recenzja "ZNAJDŹCIE TĘ GŁUPIĄ SUKĘ I WRZUĆCIE JĄ DO RZEKI", reż. Ben Brand


Amerykański polityk, którego kariera legła w gruzach, kiedy ujawniono, że wysyłał zdjęcia swojego członka różnym kobietom. Grupa nastolatków oskarżona o pobicie po opublikowaniu filmiku rejestrującego to, jak biją niewinną osobę. Piłkarze pewnego południowoamerykańskiego klubu wyrzuceni z zespołu po tym, jak do sieci trafiło nagranie, na którym widać, jak w żartach udają, że uprawiają ze sobą seks pod prysznicem. Amerykański raper ścigany przez urząd podatkowy po tym, jak ogłosił bankructwo, a w sieci publikował zdjęcia, na których szasta kasą. Za każdym razem, kiedy w przestrzeni publicznej pojawią się podobne informacje, jak echo powtarzane jest jedno pytanie: Dlaczego ci ludzie to nagrali i upublicznili? Pytanie to zadaje również Ben Brand w swoim pełnometrażowym debiucie "Znajdźcie tę głupią sukę i wrzućcie ją do rzeki".

Inspiracją dla jego filmu było prawdziwe wydarzenie, do którego doszło w 2010 roku. To wtedy w sieci pojawiło się nagranie wideo, na którym młoda dziewczyna wrzuca do rzeki żywe szczeniaki. Reakcja internautów była łatwa do przewidzenia. Na forach i portalach społecznościowych zawrzało. Sam tytuł filmu to treść jednego z komentarzy. I to bardzo łagodnego. Skoro reakcje były do przewidzenia, to dlaczego ktoś w ogóle zdecydował się, by najpierw nagrać wideo, a potem jeszcze pokazać go całemu światu? Odpowiedź Branda jest banalnie prosta: bo nikt nie myśli o konsekwencjach, w końcu to tylko internet.

Autorem filmiku jest 15-letni Remco (świetna rola Nino den Brave'a). Wśród licznych biznesów prowadzonych przez jego ojca, jest też handel rasowymi szczeniakami. Dostaje je w ilościach hurtowych i sprzedaje za grube pieniądze. Jeśli jednak trafią mu się młode, które są chore, zamiast je leczyć, po prostu je likwiduje. W tym procederze pomagają mu Remco oraz jego młodsza o dwa lata siostra Lizzy. I to właśnie ją chłopak nagrał, jak pozbywała się chorych zwierząt.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka znajdziecie TUTAJ.

***

Tren o Warszawie –  recenzja "PEWNEGO RAZU W LISTOPADZIE", reż. Andrzej Jakimowski


Andrzej Jakimowski zaglądał już z kamerą do popegeerowskiego gospodarstwa ("Zmruż oczy") i na zrujnowane wałbrzyskie podwórka ("Sztuczki"). Reżyser nie epatował jednak wówczas biedą i nie nurzał się w beznadziei. Zamiast stroić się w piórka społecznie zaangażowanego artysty, który kręci kino na ważne tematy, twórca  "Imagine" ujmował poczuciem humoru, wrażliwością oraz serdecznym stosunkiem do bohaterów. Dzięki temu jego filmy, choć orbitowały wokół trudnych tematów, działały jak akumulatory z dobrą energią.

W swoim nowym dziele Jakimowski zrywa ze sprawdzoną strategią artystyczną. Zamiast odwracać się plecami do rzeczywistości, reżyser próbuje chwycić ją za rogi, opisać świat "tu i teraz". Jego najnowsze dzieło relacjonuje kilka dni z życia rodziny, która w wyniku reprywatyzacji straciła dach nad głową. Matka, wchodzący w dorosłość syn oraz kundelek Koleś błąkają się po Warszawie w poszukiwaniu schronienia. Włamują się do chatynki położonej w ogródkach działkowych, pukają do drzwi przytułków i noclegowni, wreszcie lądują na squacie wraz z innymi ofiarami tzw. czyścicieli kamienic. Na tym seria niefortunnych zdarzeń jednak się nie kończy.

"Pewnego razu w listopadzie" przywodzi na myśl zarówno wojujące kino społeczne Kena Loacha, jak i neorealistyczne arcydzieła Vittoria De Siki. Tak jak wymienieni mistrzowie, polski reżyser staje w obronie wykluczonych, domaga się głosu dla tych, którzy zostali zepchnięci na sam dół drabiny społecznej. Jakimowski przestrzega również przed stereotypowym myśleniem. W jego filmie na bruku lądują była nauczycielka oraz student ze stypendium, czyli nie "patologia", lecz inteligenci, ludzie poważani przez otoczenie. Na uczelni grany przez Grzegorza Palkowskiego Marek słyszy sporo o państwie prawa i prawach człowieka, ale ta szlachetna teoria nijak ma się do rzeczywistości. Chłopak wychodzi z zajęć i zderza się z bezduszną machiną urzędniczą wspieraną przez policyjne pałki. Bezsilność rodzi frustrację, frustracja wzbudza agresję. Tę zaś najłatwiej wyładować na słabszych od siebie. Najpierw Marek będzie świadkiem brutalnego ataku chuliganów na bezdomnych. Później w przypływie złości pomieszanej z rozpaczą sam uderzy na ulicy psa.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ


***

Dzidkoland – recenzja filmu "HUGO", reż. Wojciech Klimala


Kiedyś Dzidek handlował szczęściem na pełen etat, dzielił i rządził w świecie prowincjonalnych lunaparków. Teraz jego królestwem jest pojedynczy barak, a za tron służy mu stare krzesło. Dookoła biega kuc, pod plandeką odpoczywa emerytowany mechaniczny byk, na dmuchanej trampolinie nieopodal bawi się sześcioletni wnuczek Hugo. Matka chłopca nie żyje. Ojciec ogląda świat przez kraty. Ale Dzidek wciąż wie, jak sprzedać szczęśliwe dzieciństwo. Losy dziadka i wnuczka składają się na fascynujący dokument o miłości, która rodzi się dzięki codziennej harówce, drobnych poświęceniach i łatwych do przeoczenia gestach szacunku. 

Już pierwsza sekwencja, w której zapisane na taśmach wideo wspomnienia z dawnego życia zostają zderzone z obrazami ocalałego majątku, pokazuje – bez narracyjnych wykrzykników i formalnych popisów – jak wielka zmiana dokonała się w egzystencji bohatera. Chropowata faktura VHS-u i przaśny klimat mogą wprowadzać w błąd, lecz nie dajcie się zwieść – interes szedł nieźle, a Dzidek, właściwie Zdzisław Misiak, spędził w tej nietypowej branży aż trzy dekady. Dziś pozostały jedynie troski, rachunki za wodę, no i Hugo – szczęście i utrapienie, towarzysz i krnąbrny podopieczny, obietnica nieco łatwiejszej starości oraz źródło strachu przed samotnością. Mężczyzna próbuje uchylić mu nieba, co nie jest łatwe z uwagi na chińsko-polskie korzenie chłopca i nieszczególne warunki bytowe. Do tego los rzuca mu pod nogi kolejne kłody: wymogi niezbędne do założenia rodziny zastępczej wydają się niemożliwe do spełnienia, a na horyzoncie pojawia się widmo powrotu ojca – człowieka skazanego za stręczycielstwo i handel kobietami.  

Reżyser Wojciech Klimala, lepiąc swój film ze strzępków prozaicznych rozmów, banalnych sytuacji oraz intymnych chwil, bez pudła portretuje paradoksy relacji bohaterów. Jest doskonały w selekcji materiału, nie dolewa oliwy do ognia, wie, kiedy wyłączyć kamerę i zdaje sobie sprawę, że w samej historii jest wystarczająco dużo dramaturgicznego potencjału. Chociaż retoryka Dzidka oraz nadpobudliwość Hugona wystawiają jego empatię na ciężką próbę, nie traci z pola widzenia tego, co najważniejsze.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ
Udostępnij: