Relacja

WFF: Marsjanki atakują!

https://www.filmweb.pl/article/WFF%3A+Marsjanki+atakuj%C4%85-125376
33. Międzynarodowy Warszawski Festiwal Filmowy ruszył z kopyta! Na dobry początek mamy dla Was recenzję czterech filmów. Marcin Stachowicz złożył wizytę w "Mieście duchów", Dorota Kostrzewa zmierzyła się ze "Straszną kobietą", Marcin Pietrzyk wysłuchał wstrząsającego "Świadectwa", z kolei Kuba Popielecki dowiedział się, "Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach". Zapraszamy do lektury pierwszej porcji naszych festiwalowych recenzji!  

Siódmy element (recenzja filmu "Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach", reż. John Cameron Mitchell)


"Dość tych hipisowskich bredni!", krzyczy grana przez Nicole Kidman Boadicea do pary głównych bohaterów w chwili ich czułego wyznania. Jesteśmy w Londynie lat 70., Boadicea jest mentorką grupy lokalnych nastoletnich punków. Jej imię to hołd dla celtyckiej królowej, która wznieciła powstanie przeciwko Rzymianom; jak mówi sama bohaterka - hołd dla "pierwszej punkówy". Nic dziwnego, że Boadicea nie toleruje romantycznych uniesień pary zakochanych nastolatków: w filozofii "no future" nie ma miejsca na takie sentymenty. Oparty na opowiadaniu Neila Gaimana film Johna Camerona Mitchella próbuje jednak przerzucić pomost między dwiema skrajnościami, między punkowym buntem a niemalże new-ageową wizją komplementarnych energii. Są więc rozkrzyczane koncerty z jednej strony i psychodeliczne tripy z drugiej; brak jednak autentycznej, udzielającej się emocji. Film ogląda się więc na zimno - i to chyba jego największy grzech.
   
 To dziwne o tyle, że trudno o bardziej empatyczny punkt wyjścia niż nastoletnie perypetie sercowe. Opowiadanie bawi się prostą obserwacją: dla wielu chłopców rozmowa z dziewczynami jest tak trudna, że równie dobrze mogłyby one pochodzić z innej planety. Cały numer polega oczywiście na tym, że sprawa jest potraktowana dosłownie - dziewczyny faktycznie okazują się kosmitkami! - ale w rękach Gaimana to wciąż po prostu zgrabna metafora na plątaninę młodzieńczych neurotyzmów. Sęk w tym, że Mitchell - żeby dobić do pełnego kinowego metrażu - musi dopisać oszczędnemu pierwowzorowi intrygę. Oto więc niejaki Enn (Alex Sharp) przypadkiem trafia z kumplami na imprezę obcych, gdzie poznaje Zan (Elle Fanning). Zafascynowana chłopakiem kosmitka prosi go, by "pokazał jej punk" - i tak rozpoczyna się międzygalaktyczna love story rozegrana w scenerii dzielnicy Croydon. 

 Całe to "pokazywanie punku" odbywa się jednak bardzo hasłowo. Mitchell rzuca nazwiskami - tu Rotten, tam Sioux - pokazuje kilka koncertów, aktów wandalizmu, plakatów, każe Nicole Kidman nastroszyć fryzurę. Gdy stateczni Brytyjczycy wznoszą toast "God save the queen", bohaterowie odkrzykują im słowami Sex Pistols: "fascist regime". Wizja punkowego buntu jest tu jednak równie trywialna, jak wprowadzone przez reżysera metafory: Zan wywodzi się bowiem ze świata sztywno podzielonego między kasty i kolory, gdzie starszyzna żywi się własnymi dziećmi. Jaśniej chyba by się nie dało. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ. 

Kruche życia (recenzja filmu "Miasto duchów", reż. Matthew Heineman)


Fake newsy, postprawdy, zwyczajne kłamstwa - zaufanie do mediów poleciało w ciągu ostatnich kilku lat na łeb, na szyję. I trudno się dziwić, bo dzięki internetowi granica między informacją a propagandą stała się cieniutka niczym papierowe wydania najpoczytniejszych polskich dzienników. Wystarczy jednak skierować wzrok na te rejony świata, gdzie prawo wciąż kształtuje brzytwa wespół z karabinem, żeby przypomnieć sobie o strażniczej roli czwartej władzy i na nowo uwierzyć w ładotwórczą moc informacji. Również tej z pozoru niemożliwej do zweryfikowania, która dzięki smartfonom i przenośnym kamerom krąży gęstą ławicą w mediach społecznościowych. 

Gdyby nie zminiaturyzowany sprzęt do rejestrowania obrazu, bohaterowie, syryjscy dziennikarze obywatelscy z grupy Raqqa Is Being Slaughtered Silently (RBSS,  mieliby związane ręce. Organizacja powstała w kwietniu 2014 roku, niedługo po zajęciu Rakki przez dżihadystów z ISIS i ustanowieniu kalifatu. Jej założycielom chodziło w pierwszej kolejności o złamanie monopolu informacyjnego - aktywiści, uzbrojeni w ukryte kamery, zapisywali i upubliczniali obrazy rakkijskiej codzienności: brutalne egzekucje, terroryzowanie mieszkańców, puste ulice, biedę, głód i niedobory. Wszystko to w kontrze do internetowej propagandy ISIS, która rządy brodatych morderców przedstawiała jako twarde, ale zapewniające poddanym dobrobyt i bezpieczeństwo. Dżihadyści oczywiście szybko połapali się, że oddolne taktyki RBSS to śmiertelne zagrożenie dla strumienia nowych rekrutów, zaczęli więc metodyczne polowanie na członków "piątej kolumny". Organizacyjny trzon grupy musiał ratować się ucieczką za granicę - najpierw do Turcji, później do Niemiec - gdzie kontynuuje działalność dzięki sieci informatorów. Matthew Heineman - reżyser nominowanego do Oscara "Cartel Land" - w podąża śladami członków RBSS na uchodźstwie. Rejestruje codzienną pracę aktywistów niejako "od kuchni" - patrzy na monotonię zmieniających się pokoi hotelowych, męczące "życie na kablu", w poczuciu stałego zagrożenia odwetem ISIS i przy umiarkowanym zainteresowaniu opinii publicznej. Składnikiem wysokiej ceny, jaką syryjscy dziennikarze płacą za informowanie i sygnalizowanie, są potłuczone życiorysy, zszargane nerwy i konieczność poukładania się z duchami tych, którzy przez działalność w RBSS pożegnali się życiem.  

Można się oczywiście zżymać, że Heineman uprawia kino perswazyjne, że manipuluje emocjami, ubiera wszystko w patos muzyki, łez i romantycznych deklaracji bohaterów: o walce, rodzinie, normalności, religii. "Miasto duchów" jest jednak filmem misyjnym - nikt nie stara się tutaj ukrywać, że chodzi przede wszystkim o oderwanie uwagi Zachodu - choćby na te krótkie półtorej godziny - od Trumpów, Brexitów i Kaczyńskich. Stąd bierze się wrażenie pewnej łopatologii, powtarzalności tematów i środków narracyjnych, które przypominają kalkę z innych dokumentów o Bliskim Wschodzie. Dla mnie jednak dwa główne "motywy" filmu bez zarzutu - mam na myśli cielesność działania publicznego i przemożny wpływ obrazów na rzeczywistość polityczną. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ

Baby są jakieś inne (recenzja filmu "Straszna kobieta", reż. Christian Tafdrup)


 "Straszna kobieta" może wydawać się najbardziej mizoginicznym obrazem kobiet, jaki widzieliście. Z wizją, jaką przedstawili bracia Christian i Mads Tafdrupowie, trudno jednak polemizować.

 Reżyserzy utrzymują, że film zrodził się z ich prywatnych doświadczeń z kobietami i wszystkie opisane przez nich sceny wydarzyły się naprawdę. Twierdzą nawet, że niektóre wątki musieli złagodzić bądź całkowicie się ich pozbyć, bo gdyby opowiedzieli o swoich związkach jeden do jednego, tytułowa bohaterka przestałaby być odbierana jako autentyczny człowiek, tylko istne wcielenie zła. Podobno wszyscy ich duńscy znajomi mają tak samo. Podobno wszystkie duńskie kobiety są takie same. Podobno, być może. 

 Skoro na wstępie wiadomo, że w filmie jest "straszna kobieta", musi być w nim również mało straszny mężczyzna. A tym jest przystojny, blondwłosy, stuprocentowy kawaler - Rasmus. Poznajemy go na domówce, którą zorganizował dla swoich najlepszych kolegów. Ich spotkanie przypomina zlot jaskiniowców. Chłopaki piją, palą, opowiadają sobie o pikantnych szczegółach swojego życia seksualnego i zaśmiewają się z żartów. W tle leci ostra muzyka. W kulminacyjnym momencie chłopaki zdejmują koszulki i zaczynają kotłować się w jednym uścisku na kanapie. Testosteron sto procent. I wtedy do mieszkania wchodzą one - ich dziewczyny, żony i kochanki. A wśród nich piękna Marie. Impreza natychmiast się uspokaja. Rasmus i Marie od razu łapią kontakt. Sprawa wydaje się przesądzona.

Całą recenzję Doroty Kostrzewy przeczytacie TUTAJ

Cena przetrwania (recenzja filmu "Świadectwo", reż. Amichai Greenberg)


 Choć nowy film Amichaia Greenberga jest mocno osadzony w realiach Izraela i odnosi się bezpośrednio do bolesnej przeszłości narodu żydowskiego, to okazuje się być niezwykle aktualny w każdym miejscu na Ziemi, w którym nacjonalizm stara się zdobyć monopol na historię i tożsamość. "Świadectwo" jest bowiem obrazem pokazującym różnicę pomiędzy pamięcią historyczną a prawdą. W dyskursie publicznym oba pojęcia traktowane są często zamiennie. W rzeczywistości mocno się różnią, a w zetknięciu ze sobą prowadzą do eksplozji.

 Głównym bohaterem filmu jest Yoel, uznany historyk, autorytet w zakresie badań zbrodni Holokaustu. Całą karierę zawodową poświęcił na odkrywanie prawdy o tym, co wydarzyło się podczas II wojny światowej. Był profesjonalistą w każdym calu i w poszukiwaniu faktów pozostawał niezmordowany. Do czasu. Nowa sprawa, związana ze zbrodnią dokonaną na Żydach w pewnym austriackim miasteczku, niespodziewanie okaże się mieć wymiar bardzo osobisty. Yoel dotrze bowiem do wspomnień matki, które teoretycznie do czasu jej śmierci miały pozostać ukryte przed światem. Nie bez powodu. 

 "Świadectwo" to kino skromne. Reżyser zdaje sobie sprawę, że poruszany przez niego temat jest sam w sobie tak przejmujący, że nie potrzebuje ozdobników, by przykuwać uwagę widza. Podąża więc w ciszy za bohaterem filmu, towarzyszy mu z szacunkiem dla bólu, jaki stanie się jego udziałem. Wszystko jest tu surowe. W zasadzie jedyną manipulacją dokonaną przez reżysera, jest dodanie szerszej perspektywy i pokazanie mechanizmu niepamięci osobistej na tle zbiorowego milczenia w sprawie masowego mordu. Yoel, który jest szlachetnym bojownikiem o prawdę i pamięć, nagle odkryje, jak potężną siłą niszczycielską bywa ta pierwsza. Pokazuje, że zapomnienie nie jest - jak to widział do tej pory - tchórzostwem zbrodniarzy, lecz bywa murem, który chroni ofiary przed obezwładniającym, niemożliwym do wytrzymania bólem.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka przeczytacie TUTAJ
Udostępnij: