Relacja

WFF 2017: Sztuka miłości

https://www.filmweb.pl/article/WFF+2017%3A+Sztuka+mi%C5%82o%C5%9Bci-125401
33. Międzynarodowy Warszawski Festiwal Filmowy trwa w najlepsze. Nasi dziennikarze codziennie prześwietlają program w poszukiwaniu najciekawszych pozycji. W dzisiejszej relacji znajdziecie wrażenia Marcina Stachowicza z podróży do zakaukaskiej wsi w nowym filmie Zazy Urushadze ("Mandarynki" nagrodzone przez publiczność WFF 2013 ) – "Wyznanie"; słowa uznania Marcina Pietrzyka dla debiutanta Milada Alamiego za historię emigranta na zabój poszukującego żony w "Uwodzicielu", a także przeżycia Michał Walkiewicza, który zszedł do głębi dantejskiego leja razem z bohaterką filmu "ŁagodnaSiergieja Łoźnicy i wypalił paczkę papierosów z Drazenem Kuljaninem w "Balkan Noir".

***


Wiejskie ikony – recenzja filmu "WYZNANIE", reż. Zaza Urushadze


Zaczyna się jak typowy Bromski: wieś sielska i anielska, we wsi poczciwy lud, malownicza cerkiew i rytm dnia wyznaczany biciem dzwonów. Słowem – chrupiący, romantyczny Wschód, gdzie zamiast smartfona kontempluje się puchate gąsienice i babiny na rozstajach dróg. Niesamowite – myślimy w pierwszym odruchu – z jakim uporem filmowcy z Zakaukazia i okolic pielęgnują autostereotypy, dostarczając zachodnim widzom dokładnie to, czego od "pół-Azji" oczekują – fotogeniczne pocztówki z nienowoczesności. Ambicje Zazy Urushadze idą jednak o krok dalej. Twórca ukochanych przez polską publiczność "Mandarynek" próbuje realnie podbić stawkę i wejść w rolę dekonstruktora mitów prowincji. Upycha więc w jednym, krótkim obrazie wszystkie najbardziej ordynarne klisze "wschodniości", podlewa spulchniaczem i czeka, aż zaczną rosnąć i rozsadzać ekran. I rozsadzają, tylko że rykoszetem dostaje się zaufaniu pokładanemu w reżyserze: gruzińska wieś z "Wyznania" to zbudowana tanim kosztem pułapka na wrażliwców, która udaje piękno i duchowość – a czasami nawet nowoczesność – ale tylko po to, żeby wyssać z nich ostatnią kroplę krwi. Stereotyp zostaje przenicowany, tyle że zamiast naiwnej malowniczości dostajemy wstręt do plebsu i mizoginię.

Urushadze zamyka swój pomysł w nieśmiertelne ramy dwóch równoległych porządków: rzeczywistości – banalnej i okrutnej – i filmowej iluzji. "Magia kina" – ta najprostsza, eskapistyczna – wkracza na zapuszczoną prowincję z nieoczekiwanej strony, w sojuszu z krzyżem i sutanną. Giorgi, prawosławny duchowny, a lata temu również student filmówki, przywozi na wieś projektor i stertę filmów, które zamierza wykorzystać jako narzędzie edukowania i "uduchowiania" prostaczków. Należy więc do wymarłego już plemienia XIX-wiecznego inteligentów-pozytywistów – ma misję, nowoczesne metody i bezgraniczną wiarę w potencjał wsi. Tymczasem lud nie bardzo interesuje się sztuką i kontemplacją, a w wyświetlanych filmach widzi raczej samo życie: piersi i tyłki, chłopów poprzebieranych za baby, walki z sąsiadami na sztachety. Ma również bardzo swobodne podejście do samej kinowej iluzji – w trakcie sensu "Pół żartem, pół serio" miejscowi natychmiast ustalają, która kobieta w wiosce najbardziej przypomina Marilyn Monroe. I rzeczywiście, Lili – nauczycielka gry na fortepianie – to lustrzane odbicie ikony popkultury, sama zresztą się tym podobieństwem szczyci i na każdym kroku je podkreśla. Melancholijny Giorgi włazi w te cieplutkie, prowincjonalne fantazje jak nóż w masło: porzuca obiektywizm i surowość duchownego, a zaczyna patrzeć na Lili jak na własną aktorską muzę. Tak jakby znowu był studentem reżyserii.

I na takim – raczej dyskretnym – autotematyzmie opiera się "Wyznanie". Wioska – symbol kaukaskiej swojskości i gościnności – sama się tutaj bez przerwy reżyseruje, wprowadza kolejne wątki i tropy, raz chce się podobać i częstuje ciasteczkami, żeby za chwilę spuścić psy z łańcuchów. Cały ten wysiłek po to, żeby zaspokoić stereotypowe oczekiwania miejskiej inteligencji i jakoś przetrwać – w niezmienionym przez nowoczesność kształcie – jeszcze jeden sielski dzień. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.

***

Serce emigranta nie sługa – recenzja filmu "UWODZICIEL", reż. Milad Alami 


Emigranci to gorący i mocno polaryzujący temat w Europie. Dla filmowców natomiast to prawdziwa żyła złota – otwiera bowiem nowe pola narracyjnej eksploracji. "Uwodziciel" idealnie wpisuje się w ten trend, opowiadając historię Esmaila, młodego Irańczyka, który bardzo chce stać się pełnoprawnym obywatelem Danii. 
 
Dla debiutującego w pełnym metrażu reżysera Milada Alamiego emigracja wcale nie stanowi głównego problemu filmu. Wykorzystuje ją jedynie do zbudowania sceny, na której rozgrywa się osobisty dramat jednostki. "Uwodziciel" jest bowiem przede wszystkim opowieścią o wewnętrznych zmaganiach bohatera. Z jednej strony Esmail stara się postępować zgodnie ze złotą zasadą Machiavelliego, że cel uświęca środki. Z drugiej – mężczyzna jest na tyle szlachetny, że mniej lub bardziej świadomie sam rzuca sobie pod nogi kłody. Bohater bardzo chciałby być drapieżnikiem, który w duńskich barach poluje na samotne, sfrustrowane kobiety. Jak można domyślić się po tytule, jego celem jest rozkochanie w sobie ofiary i wzięcie z nią ślubu – wszystko po to, by uzyskać obywatelstwo. A jednak jego próby raz za razem spalają na panewce. Esmail mimo regularnych wizyt w barach, gdzie nie ma większych problemów z oczarowaniem podchmielonych kobiet, wciąż jest sam, a jego czas w Danii szybkimi krokami zbliża się do nieuchronnego końca... 
 
Oglądając "Uwodziciela", prawie nie czuje się tego, że jest to pierwszy pełnometrażowy film reżysera. Alami wykazuje się dużą zręcznością w tworzeniu interesujących bohaterów. Świetnie radzi sobie również z uchwyceniem emocjonalnych niuansów, dzięki czemu sceny wśród członków diaspory irańskiej pełne są nostalgii, ale też odrobiny cynicznego dystansu do życia na emigracji i hołdowania pamięci o ojczyźnie. Reżyser ma też smykałkę do prowadzenia aktorów Dlatego też najlepiej wypadają w "Uwodzicielu" te sceny, w których bohater wchodzi w emocjonalne interakcje z innymi postaciami. Wątek rodzącego się uczucia Esmaila do Sary zaprezentowany został ze sprawnością rasowego twórcy filmowych romansów. Ardalan Esmaili i Soho Rezanejad tworzą ładną parę, a ich ekranowa więź jest na tyle wyrazista, że łatwo można ulec iluzji, że naprawdę tę dwójkę łączy głębsze uczucie. Podobnie udało się reżyserowi zbudować intrygującą w swej niejednoznacznej wieloaspektowości relację między Esmailem a Larsem, starszym mężczyzną, którego bohater poznaje w jednym z barów.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ

***

A pod ziemią chłodek – recenzja filmu "ŁAGODNA", reż. Siergiej Łoźnica


"Wszystko jest martwe i wszędzie dookoła sami martwi. Samotni ludzie, a wokół milczenie – oto czym jest świat!" – czytamy w "Łagodnej" Dostojewskiego, opowieści o tym, że wszyscy umrzemy nieszczęśliwi, samotni i w duchowej nędzy. Film Siergieja Łoźnicy, choć dzieli z "Łagodną" tytuł, nie jest jej adaptacją. Trudno jednak nie dostrzec w nim równie optymistycznej konkluzji. Portret skorumpowanej na wszystkich poziomach instytucjonalnych i moralnych Rosji ogląda się z rosnącą mieszaniną fascynacji i przerażenia. 

W głąb dantejskiego leja schodzimy razem z bezimienną kobietą (Vasilina Makovtseva), która próbuje odszukać skazanego na wieloletnie więzienie męża. Wysyła mu paczkę z jedzeniem, lecz przesyłka wraca do nadawcy. Kobieta zaczyna więc pukać od drzwi do drzwi i zadawać niewygodne pytania. Najpierw na poczcie, czyli w pierwszym kręgu piekła, gdzie karze się przede wszystkim niecierpliwych i butnych. Później, w więziennym "miasteczku", gdzie mordercy, gwałciciele, ale też wrogowie państwa i więźniowie polityczni tworzą hermetyczny mikroświat. Wreszcie, w urzędzie zajmującym się beznadziejną walką o prawa człowieka – brakuje tam tylko diabła rogatego podgrzewającego aktywistów w kotle ze smołą. Zstępując coraz niżej, naraża się coraz bardziej, a zderzenie z sięgającym nieba murem biurokracji prowadzi do oczywistej konkluzji: komuś bardzo zależy, aby ukryć prawdę o małżonku. Lokalny gangster opowiada kobiecie historię przyjaciela, który zostawił w domu swoją dziewczynę i pojechał na front, gdzie przydzielono mu pracę przy utylizacji zwłok. Pewnego dnia, przerzucając setki odciętych kończyn, zauważył dłoń z pierścionkiem zaręczynowym należącym do ukochanej. "I tak oto spotkali się po latach" – puentuje opowieść. Bajka to okrutna. Ale z morałem. 

Siergiej Łoźnica nie należy do reżyserów, którzy – mimo szczerych chęci – pozostają wobec podobnych tematów bezradni. Z drugiej strony, rzadko korzysta z hamulca, wystarcza mu pedał gazu. "A Gentle Creature" wydaje się najbardziej zamaszystym z jego filmów – zarówno pod względem rozmiarów historyczno-społecznej panoramy, jak i skali formalnego szaleństwa. Jeśli idzie o to pierwsze, twórca odprawia narodowe egzorcyzmy na całej długości łańcucha pokarmowego. Wyjałowiona prowincja to Rosja w pigułce, zaś w więziennej enklawie jest wystarczająco dużo spacerujących i chlejących na umór figur symbolicznych, by zbudować potężną polityczną alegorię. Znajdziemy tu zarówno obrzydliwa scenę libacji, w której gra w "rozbieraną" butelkę urasta do rangi zezwierzęcenia całego społeczeństwa, jak i dziada dostrzegającego w carskiej Rosji raj utracony, natomiast w Leninie – apokaliptyczną kometę. Jeśli zaś chodzi o formę, to surowy realizm zamienia się w pewnym momencie w coś, pod czym mógłby podpisać się Federico Fellini. W onirycznej sekwencji bankietu widzimy wszystkich bohaterów filmu przy wspólnym stole, bez zbędnych niejasności opowiadają po kolei, co reżyserowi w duszy gra. Z kim trzyma, kim gardzi, a czyje pomniki chciałby obalić. Trochę kicz, ale jest też druga strona medalu – tak imponującego koncepcyjnie kina raczej się dzisiaj nie robi, "A Gentle Creature" ma w sobie nutę klasycznych arcydzieł rosyjskiej kinematografii. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

***


Zemsta i papierosy – recenzja filmu "BALKAN NOIR", reż. Drazen Kuljanin


Uzależnieni od nikotyny wiedzą, że nie ma ani złego powodu, ani nieodpowiedniej chwili, by zapalić papierosa – może być nagrodą albo środkiem uspokajającym, lekiem na nudę albo gramem ukojenia. Bohaterowie filmu Drazena Kuljanina również są tego świadomi – całe życie spędzają w oparach tytoniu, z papierosem w ustach cierpią i kochają, wymierzają sprawiedliwość i wpadają w ramiona obłędu. Życie przetoczyło się przez nich jak walec. Lecz póki starcza im siły, by sięgnąć po paczkę fajek, jakoś wstają i idą dalej. Odpalenie cudzego papierosa jest wyrazem największej intymności, podzielenie się swoim – obietnicą przebaczenia. Kiedy gaśnie papieros, kończy się scena. Od zapalenia nowego rozpoczyna się kolejna. 

Szwedka Nina (Disa Ostrand) od lat szuka w Czarnogórze swojej zaginionej córki – dziewczynka zniknęła w biały dzień, porywacz pozostał nieuchwytny. Jej mąż Oskar (Johannes Kuhnke) albo przepracował traumę, albo robi wszystko, by zapomnieć, w każdym razie bezskutecznie próbuje powstrzymać żonę przed stoczeniem się w otchłań. Jest jeszcze policjant Nikola (Srdjan Grahovac) – urobiony po łokcie żywy trup, który ma na głowie zarówno tykającą bombę zegarową, czyli Ninę, jak i trzymających go na smyczy, lokalnych rzezimieszków. Wszyscy miotają się w tej samej matni – są emocjonalnie rozdarci, targani wątpliwościami i bezskutecznie próbują nadać sens reszcie życia. Jedynie Nina ma pewność, że zemsta przyniesie jej spokój. Chociaż przygotowuje ją z beznamiętnym wyrazem twarzy i skrętem w ustach, nie planuje serwować jej na zimno. 

W paczce jest dwadzieścia scen. Każda rozpoczyna się od pierwszego zaciągnięcia, a kończy – ostatnim wypuszczeniem dymu. Emocjonalnie gęste miniatury rozdzielone są interludiami. To kolażowe formy złożone z reklam koncernów tytoniowych, filmów propagandowych, fragmentów stylizowanych na domowe wideo, coś pomiędzy wideo-artem a pastiszem kroniki filmowej. Stanowią one ponadto dramaturgiczną ramę i chociaż trudno mi znaleźć jakieś sensowne, tematyczne powiązanie fabuły oraz nikotynowej fiksacji Kuljanina, będę bronił tej struktury.

Całą recenzję Michała Walkiewicz można przeczytać TUTAJ