Michał Oleszczyk

Mów mi Rockefeller

Reaction Shot
/fwm/article/M%C3%B3w+mi+Rockefeller-135495
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+Jeremym+Ironsem+-+o+%22Watchmen%22+i+nie+tylko-135241

Rozmawiamy z Jeremym Ironsem - o "Watchmen" i nie tylko

WYWIADPodziel się

W produkowanym przez HBO serialu "Watchmenwybitny aktor i laureat Oscara Jeremy Irons wciela się w Adriana Veidta, znanego jako Ozymandiasz. O to, co przyciągnęło go do tej roli, dyktatorską politykę i trudną sztukę uczęszczania na castingi, pyta w imieniu Filmwebu Marcin Zwierzchowski. 

***

Dlaczego, gdy Hollywood potrzebuje aktora do zagrania czarnego charakteru albo szlachcica, wciąż sięga po Brytyjczyków?

Nie mam pojęcia! Bardzo mnie to dziwi, zwłaszcza, że grana przeze mnie w serialu postać jest z pochodzenia Niemcem. Ale raczej nie pytamy o przyczyny. Jesteśmy po prostu wdzięczni, gdy nas zatrudniają. 

W tym przypadku też był pan wdzięczny? Jak przekonano pana do przyjęcia tej roli?

Nie pamiętam, ale ta niezwykła rozmowa trwała półtorej godziny. Po prostu spijałem Damonowi (Lindelofowi, showrunnerowi serialu – przyp. red.) słowa z ust, przyglądałem się jego entuzjazmowi i podziwiałem jego wyobraźnię. Nie miałem pojęcia, o czym będzie ten serial, jednak byłem pewien, że będzie czymś fascynującym i że chcę w nim zagrać. Na szczęście moja rola była już stosunkowo klarowna, więc już na początku nagraliśmy większość scen. Ale tak, na decyzji w sprawie mojego angażu w "Watchmen" zaważył głównie jego entuzjazm. To coś bardzo zaraźliwego. W drugą stronę działa to podobnie: jeśli podczas castingu spotyka się kogoś przepełnionego takim zapałem, nawet jeśli ta osoba nie pasuje idealnie do roli, jej entuzjazm często sprawia, że aż się chce się tę rolę jej dać. Po prostu chcemy być otoczeni przez ludzi, którzy marzą o kręceniu jakichś opowieści. Podczas tego lunchu Damona nie dało zatrzymać! Wiedziałem więc, że mam przed sobą coś wyjątkowego. Choć nie wiedziałem dokładnie, co.

Kiedy ostatnio musiał pan wziąć udział w castingu do roli?

Na castingach jestem fatalny, więc cieszę się, że nie muszę brać w nich udziału. Wydaje mi się, że ostatnim razem zdarzyło się to, gdy miałem jakieś 23-24 lata.Teraz castingi przeprowadza się przed kamerą. Mój syn, który jest aktorem, musi to robić. Bardzo mi go żal, bo często nie wie się nic o scenariuszu, ma się tylko cztery strony, trzeba je odegrać przed kamerą, a nagranie wysyłane jest gdzieś zagranicę. Teraz jest zupełnie inaczej. 



Grę w serialach traktuje pan inaczej, niż grę w filmach?

Nie. Kiedyś miałem inne podejście. Przed nastaniem epoki wideo na życzenie nie chciałem wkładać tyle wysiłku w grę w serialach, bo wiedziałem, że 70% widowni i tak przełączy na mecz. Ale teraz wiem, że seriale można ściągnąć i obejrzeć, kiedy ma się ochotę je obejrzeć. Do tego poziom tekstów znacznie się poprawił. Dlatego większość aktorów występuje teraz w telewizji. 


Przed laty to właśnie serial, "Powrót do Brideshead", był punktem zwrotnym w pana karierze.

Zgadza się. Wcześniej sukcesy odnosiłem jedynie na deskach teatru. Pracowałem na swoje nazwisko, ale wiedziałem, że to strata czasu, bo nikt nie wie, kim jestem. Wiedziałem, że muszę znaleźć coś w telewizji i natrafiłem na Powrót Dzięki temu serialowi oraz ekranizacji "Kochanicy Francuza" moje nazwisko stało się znane szerszej publiczności. W Anglii mamy wielu wspaniałych aktorów i istnieje pewnego rodzaju magnetyczne przyciąganie, które nas wszystkich przytrzymuje. I jeśli trafią się takie dwie role, mogą one przenieść aktora na poziom międzynarodowy. Sądzę, że w moim przypadku były to właśnie występy we wspomnianych produkcjach. 

Serial "Watchmen" to z jednej strony historia alternatywna, a z drugiej fabuła nawiązująca do aktualnej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych. Było to dla pana jakieś kryterium przy wyborze tej roli? 

Nie. Po sposobie, w jaki Damon mówił o serialu, wiedziałem, że to zwierciadło będzie czymś ciekawym. Ale wiedziałem też, że nie ma ono wpływu na moją rolę, więc się na tym nie koncentrowałem. Oczywiście, kiedy teraz oglądam nasz serial, jestem zafascynowany tą jego częścią i uważam, że jest to jedna z jego silnych stron. To nie tylko świetny serial eskapistyczny i doskonała rozrywka, ale także komentarz do naszego społeczeństwa, rzecz, która zmusza do myślenia. Dzięki temu rozrywka ma w sobie trochę konkretu, a to zawsze jest czymś dobrym. 


Kim jest pana Adrian Veidt?

Adrian ma za sobą długie i skomplikowane życie. Jest jak emerytowany prezydent Stanów Zjednoczonych. Kiedyś był w centrum wydarzeń, podejmował decyzje zmieniające świat, a teraz tkwi nie wiadomo, gdzie, gra w golfa i jeździ konno. Ja sam nie gram w golfa, ale dla niego to naturalne, to jego świat. Widziałeś te programy o przemysłowej produkcji kurczaków? Kurczaki zjeżdżają po taśmie, a pracownicy przebierają je i odrzucają te, których nie chcą. I tak właśnie się czułem jako Veidt. To podobne podejście. Buddyści twierdzą, że nie należy skrzywdzić nawet muchy, bo to pokazuje nasze podejście do życia. Zgadzam się z tym. Ale wiele z nas go nie ceni, nie myślą o tym, zabijają muchy i pająki. To podejście, które może łatwo przenieść się dalej. Bombardujemy odległe od nas społeczności i nie gryzie nas przez to sumienie. To rozwinięcie tego podejścia. 


"Watchmen" to dzieło polityczne? A może cała sztuka jest polityczna?

Myślę, że z natury jestem dyktatorem. Mógłbym tak rządzić i powiedzieć: "Koniec z tymi bzdurami, bierzemy się do roboty..."
To niezwykle trudne pytanie, bo zaczynamy się zastanawiać, czym jest sztuka i co sprawia, że coś jest polityczne? To temat na długą rozmowę. Sądzę, że w serialu jest pewien element polityczności. Uważam też, że jest w nich trochę sztuki. To dzieło wyobraźni, które sprawia, że kwestionujemy to, jak żyjemy. 


Zdarza się panu uczestniczyć w protestach?

Nie. Ostatni protest, w jakim brałem udział, to film o śmieciach, którym chciałem pokazać ludziom problem odpadów w naszym społeczeństwie. Ale moja żona chodzi na marsze. Patrzę na plac Tiananmen, na to co dzieje się teraz w Hong Kongu, na wielki marsz przeciwko wojnie w Iraku, jaki odbył się u nas w Anglii, i widzę, że nic nie zmieniło. Nie sądzę, że w naszej sytuacji duże, niezorganizowane protesty odnoszą jakikolwiek skutek. Nie znaleźliśmy jeszcze sposobu, żeby dawały efekt. Myślę, że pozwalają nam na upuszczenie pary, ale mogą też stać się chaotyczne, jak dzieje się teraz w Hong Kongu. Kiedy maszerujemy, czujemy się wyzwoleni, mamy wrażenie, że coś robimy, ale żeby nie być niejasnym zrywem i mieć jakiś cel, taki protest musi mieć w sobie trochę dyscypliny. Uważam, że protesty są dobre, ale niestety w większości są nieskuteczne. Tak czy owak, rozwój wydarzeń w Hong Kongu będzie bardzo interesujący. 


Wracając zaś do Adriana Veidta, czy uważasz, że poświęcenie garstki dla ocalenia milionów może być uzasadnione? 

Tak, sądzę, że gdy już stanie się przed takim wyborem, to jedyne rozwiązanie.


W uniwersum "Watchmen"  prezydentem jest Robert Redford. To dobry wybór?

Cóż, lepszy niż no wiesz...


Czyli aktor może być odpowiednim kandydatem na taki urząd?

W aktorach wspaniałe jest to, że mają w sobie dużo empatii, bo grają tyle różnych postaci. Mają całkiem niezły ogląd świata. Robert jest bardzo inteligentny, jest producentem i reżyserem, myślę więc, że można byłoby trafić znacznie gorzej.


Myślał pan o tym, by kiedyś samemu wejść do świata polityki?

Mój ojciec mawiał: "Nie zajmuj się polityką, bo będziesz nieszczęśliwy". Myślę, że miał rację. Nawet jeśli ktoś jest idealistą, dotarcie do pozycji, z której naprawdę można coś zmienić, może być nieosiągalne. Są ludzie, którym się to udaje. Na przykład Vaclav Havel, z powodu, w jaki dostał się do polityki i dzięki szybkości, z jaką osiągnął sukces, był w stanie utrzymać swój idealizm. Ale sądzę, że w Anglii w drodze na szczyt idzie się na tak wiele kompromisów, że ciężko jest coś zmienić. Chciałbym zmienić wiele rzeczy, ale patrzę na ludzi, którzy poświęcili temu całe swoje życie i myślę, że nie byłbym w stanie tego zrobić. Myślę, że z natury jestem dyktatorem. Mógłbym tak rządzić i powiedzieć: "Koniec z tymi bzdurami, bierzemy się do roboty, bo musimy rozwiązać wiele problemów na świecie - na przykład kapitalizm; musimy więcej się dzielić, dać ludziom pracę". 


Jako dla dyktatora, co byłoby dla pana priorytetem?

Uporządkowałbym podatki. Sprawiłbym, że te obrzydliwie bogate instytucje podatkowe podzieliłby się swoimi pieniędzmi z ludźmi, którzy nie mają co jeść, nie mają gdzie mieszkać. 


Łaskawy dyktator

Na pewnym etapie swojego życia Adrian Veidt z pewnością by tak o sobie powiedział.


Współpraca: Piotr Kosiński
30