Festiwal, który wystartował wczoraj wieczorem, daje szansę przewidzieć, jakie będzie kino w następnych latach - stawia się tu bowiem na debiutantów i "odkrywa mistrzów, zanim doceni ich świat". A w konkursie - po raz pierwszy w historii - trójka studentów łódzkiej Filmówki z
"Odą do radości".
Festiwal w Rotterdamie należy bez wątpienia do najważniejszych w Europie, choć jego rangi nie wyznaczają gwiazdy ani rozgłos w mediach. Holenderskie miasto nie ma zresztą nic z kurortu jak Cannes czy Karlowe Wary.
Szefowa imprezy Sandra den Hamer z dumą mówi o tym, że czerwonych dywanów w Rotterdamie nie było i nie będzie. Tym, co wyróżnia ten festiwal, jest rodzaj prezentowanego kina, w którym mieszczą się filmy ze skrajnie różnych kręgów kulturowych i stylistyk, rzeczy wybitne, przekorne (jedna z sekcji nosi nazwę "Sturm i Drang"), ale też takie, o których za chwilę nikt nie będzie pamiętał. "Prawdziwa panorama kina światowego" - mówią ci, którzy przyjeżdżają tu od lat.
Organizatorzy lubią dodawać coś jeszcze: "Odkrywamy filmowców, zanim staną się sławni i doceni ich świat". I przypominają o
Jarmuschu,
Hou Hsiao-Hsienie czy
Zelence, którzy zachwycali rotterdamską publiczność jeszcze wtedy, gdy mało kto nich słyszał.
Nic dziwnego więc, że oczkiem w głowie jest tutaj konkurs, w którym o nagrodę Tygrysa walczą wyłącznie debiutanci i autorzy drugich filmów. Co będzie w tym roku wydarzeniem, trudno przewidzieć - tytuły i nazwiska reżysera mówią niewiele. Być może brytyjskie
"Song of Songs" o silnej, ale też destrukcyjnej relacji między siostrą i bratem w ortodoksyjnej żydowskiej społeczności w Londynie (w roli głównej odkrycie aktorskie ostatniego czasu,
Nathalie Press nominowana do Europejskiej Nagrody Filmowej za
"Lato miłości" Pawlikowskiego). Albo
"Glue" Dos Santosa z Argentyny o zamkniętym świecie Patagonii widzianej oczami 15-latka. Albo irańsko-francuski
"Gaze" Sepideha Farsiego o Iranie oglądanym i z bliska, i z emigracyjnego oddalenia. Równie dobrze wydarzeniem może być zresztą
"Taking Father Home" Ying Lianga z Chin o nastolatku tracącym niewinność w wielkim mieście czy też
"Un jour d'été" Francka Guérina z Francji o konsekwencjach nieszczęśliwego wypadku podczas meczu piłki nożnej.
Ale w konkursie - po raz pierwszy w historii festiwalu - znajdzie się też film polski:
"Oda do radości" Anny Kazejak-Dawid,
Macieja Migasa i
Jana Komasy wyróżniona w zeszłym roku w Gdyni Nagrodą Specjalną Jury. Ciekaw jestem, jak te trzy historie o młodych ludziach decydujących się na emigrację, ale też przeżywających swój prywatny moment "deziluzji" odbierze tutejsza, wyrobiona przecież publiczność. Jak na razie chwali się w Rotterdamie trójkę Polaków za odwagę, pasję i zespołową pracę, którą niektórzy dziennikarze porównują do czasów kina moralnego niepokoju i czeskiej Nowej Fali.
Akcentów polskich będzie zresztą więcej. Poza konkursem wyświetlony zostanie
"Mój Nikifor" Krzysztofa Krauzego, w programie krótkich metraży znajdą się "Elementy" pracującego w Austrii, ale urodzonego w Polsce Dariusza Kowalskiego, będzie też kilka propozycji z pogranicza sztuki i kina - prace Moniki Sosnowskiej ("Rubin 2004"), Tomasza Partyki czy grupy Azorro.
Rzecz jasna, program jest dużo bogatszy i nie zabraknie w nim nazwisk znanych i tytułów już komentowanych. Będą więc najnowsze filmy
Patrice'a Chéreau (
"Gabrielle" z
Isabelle Huppert),
Abla Ferrary (
"Mary" z
Juliette Binoche),
Takeshiego Kitano (
"Takeshis'"),
Manoela De Oliveiry (
"Magic Mirror"),
Aleksandra Sokurowa (
"Słońce") czy
Hou Hsiao-hsiena (
"Three times"). Pojawi się głośny już film
Bohdana Slámy "Something Like Happiness" (czeski kandydat do Oscara), a także pierwszy od lat obraz czeskiego mistrza animacji, eksperymentatora i surrealisty
Jana Svankmajera (
"Lunacy"). W gąszczu propozycji rotterdamski festiwal każe też wyszukiwać perełki. Mam nadzieję, że będą nimi skromny, antyhollywoodzki film
Stevena Soderbergha "Bubble" czy instalacja
Michaela Gondry'ego (
"Zakochany bez pamięci") "The All Seeing Eye".
Festiwal potrwa do 5 lutego.