Graliśmy w "Assassin's Creed Rogue"

Filmweb autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Grali%C5%9Bmy+w+%22Assassin%27s+Creed+Rogue%22-107794
Wypuszczanie jednej z odsłon "Assassin's Creed" na konsole starej generacji (oraz PC) to w założeniu miły upominek dla tych, którzy nie posiadają nowych konsol. Dodatkowym smaczkiem dla graczy lubiących przygody jest możliwość wskoczenia w skórę templariusza. 


W "Rogue" głównym bohaterem jest asasyn o irlandzkich korzeniach, Shay Patrick Cormac. Nasz protagonista postanawia zmienić strony i przyłączyć się do templariuszy. Sam pomysł grania drugą stroną konfliktu zasługuje na oklaski, zwłaszcza że przedsmak grania templariuszami mieliśmy przy w prologu "Assassin's Creed III".

Wymieniam trzecią część nie bez powodu. Akcja "Rogue" osadzona jest podczas wojny siedmioletniej, czyli dotyczy wydarzeń po "Assassin's Creed: Black Flag", a dzieje się przed "Assassin's Creed III". Nie powinno zatem nikogo dziwić, że w grze pojawią się znajome twarze, takie jak Haytham Kenway czy Adewale. Haytham to oczywiście ojciec Connora z części trzeciej, a Adewale poznaliśmy w "Black Flag", gdy zażywał pirackiego życia wraz z Edwardem Kenwayem, ojcem Haythama. Te koligacje rodzinno-growe są nieco skomplikowane, ale w trakcie gry szybko przestaniemy zastanawiać się nad tym, kto jest czyim dziadkiem. Naszą głowę zajmą ważniejsze zadania. 


W wersji gry, którą testowaliśmy, dostępne były dwie sekwencje. Mogliśmy pozwiedzać nieco Nowego Jorku. Miasto targane jest konfliktem pomiędzy asasynami i templariuszami. Jako że Shayowi bliżej do tych drugich, będziemy musieli pomieszać szyki asasynom. I tu zaczynają się problemy. Jedna z misji w ogrywanym fragmencie polega na znalezieniu kilku ukrywających się na niewielkim terenie asasynów. O ile jestem w stanie zrozumieć typ zadania sprowadzający się do "zniszcz X statków" czy "zdobądź Y surowców", o tyle szukanie asasynów to nie gra. To ciężka praca.

Teoretycznie Shay może za pomocą wizji zobaczyć niemilucha, który ukrywa się np. w stogu siana czy wychodku. Problem w tym, że tych asasynów jest kilkoro (perforujemy gardła także kobietom), więc szybko przyłapujemy się na tym, że chodzimy w kółko pomiędzy kilkoma budynkami i molo po to, by znaleźć tego ostatniego asasyna. Zresztą, prościej jest po prostu biegać – wyskakują oni wtedy ze swych kryjówek i jeśli szybko wciśniemy "B" na padzie, skontrujemy ich atak, a potem wykończymy. Nie jest to jednak synonim pełnej napięcia potyczki z dawnymi sojusznikami...


Na szczęście taki fragment widzieliśmy tylko jeden. Oby nie było ich zbyt wiele w pełnej wersji gry. Reszta rozgrywki to dość tradycyjne bieganie po dachach, zdobywanie fortów czy magazynów, pływanie "Morrigan", statkiem Shaya i oczywiście zabójstwa. Zabawna sprawa, podczas jednego z pojedynków nie mogłem wykończyć pewnego wroga (dawnego znajomego), dopóki nie udało mi się przyblokować go pomiędzy krzesłem a stołem. By paść, musiał przyjąć kilka oszukańczych strzałów z pistoletu.

Wszystkie typy misji pobocznych, takie jak forty czy magazyny, znamy doskonale choćby z "Black Flag". To tylko jedna, ale za to kolosalna różnica. Niezależnie od tego, jak bardzo istotna jest dla nas grafika w grze, nieco przykro patrzy się na "Rogue", mając w pamięci "Black Flag", które ukazało się na nowej generacji konsol... Gra jest pełna fantazyjnie ząbkowanych krawędzi, przeciętnych modeli postaci i nieco płaskich estetycznie terenów Nowego Jorku. Porównanie z fantastyczną oprawą wizualną w "Black Flag" nasuwa się samo.


Premiera "Assassin's Creed: Rogue" przewidziana jest na 13 listopada 2014. Kto powinien na nią czekać? Głównie zatwardziali wielbiciele serii. Nie znajdziemy tu rewolucji ani w kwestii oprawy wizualnej, ani mechaniki. Poza tym, że ta ostatnia bywa momentami irytująca, chociaż strzelanie fajerwerkami to dość zabawna sprawa. Najsilniejszym wabikiem jest oczywiście historia i zazębiające się losy Haythama, Adewale i kilku innych, znanych już postaci. Ale te smaczki docenią raczej fani, a nie gracze, którzy chcieliby po prostu pobiegać po dachach i od czasu do czasu wsadzić komuś ostrze w szyję.