Recenzja filmu Paweł, apostoł Chrystusa (2018)
Andrew Hyatt

Antykwariat języka polskiego

"Paweł, apostoł Chrystusa" to dzieło hermetyczne, które powinny oglądać wyłącznie osoby głęboko wierzące. Dla nich forma filmu będzie miała drugorzędne znaczenie; liczyć się będzie tylko ...
Filmweb sp. z o.o.
Na wstępie muszę wyraźnie podkreślić, że nie będzie to recenzja filmu Andrew Hyatta. Za sprawą polskiego dystrybutora nie mamy możliwości w naszych kinach poznać jego wizji ostatnich tygodni z życia apostoła Pawła. Z jego dzieła zostały nam obrazy i muzyka. Resztę stanowi polski dubbing, który przekształcił oryginał w coś zupełnie innego.


Dubbing sam w sobie nie jest niczym złym, choć – jak zapewne większość widzów –wolałbym mieć wybór w kwestii wersji językowej. Dubbing pozwala cieszyć się kinowymi opowieściami tym, którzy z różnych powodów (nie tylko wieku) mają problemy z czytaniem napisów. Jednak tak rozumiane przygotowywanie polskich wersji językowych jest niczym innym jak funkcją służebną wobec widzów. Jej istotą powinna być wierność oryginałowi. Wystarczy jednak porównać amerykańską wersję "Pawła, apostoła Chrystusa" (co jest możliwe za sprawą fragmentów, jakie producent umieścił w sieci) z tym, co serwowane jest w naszych kinach, by przekonać się, że twórcy polskiej wersji językowej nie poszli drogą Hyatta.

W oryginalne bohaterowie wypowiadają się zwyczajną angielszczyzną. Owszem, jest ona przesadnie afektowana, co jest dość typowym chwytem stosowanym w propagandowych filmach religijnych. Pozostaje jednak bliska językowi, z jakim przeciętny widz mógł się spotkać jeśli nie na ulicy, to z całą pewnością w szkole. Tymczasem to, co wydobywa się z kinowych głośników w Polsce, niewiele ma wspólnego ze współczesnym językiem. Autorzy dubbingu chyba dość skrupulatnie przeszukiwali antykwariaty w poszukiwaniu dawnych słowników języka polskiego. W słownictwie bohaterów królują archaizmy, a część z nich już chyba naprawdę została wydobyta z otchłani niebytu – co w innych okolicznościach powitałbym z uznaniem.

Ten zabieg ma kluczowe znacznie dla odbioru filmu. Zmienia obraz, który był nieco zbyt natrętnie uduchowiony, w trawestację niedzielnego kazania. Bohaterowie zmieniają się w groteskowe potwory wykrzywione przez wiarę, zwątpienie, nienawiść. Aktorstwo, które nie jest szczególnie wysokich lotów, po dodaniu polskich dialogów staje się absurdalne. Jestem przekonany, że ciekawsze postacie znalazłbym w niejednym przykościelnym widowisku pasyjnym. Kiedy bohaterowie wypowiadają się w kwestiach wiary, pseudoliturgiczny język, jakim się posługują, można jeszcze zaakceptować. Hyatt umieścił jednak w filmie kilka scen, w których postacie kłócą się, załamują, obnażają emocjonalnie i wtedy archaizmy językowe działają skuteczniej od maszyn do mięsa w masarniach – mielą wszelkie emocje pozostawiając bezduszną, idiotycznie nadętą i do granic tolerancji fałszywą papkę, która szkodzi i filmowi, i przesłaniu.


Czyni to z "Pawła, apostoła Chrystusa" dzieło hermetyczne, które powinny oglądać wyłącznie osoby głęboko wierzące. Dla nich forma filmu będzie miała drugorzędne znaczenie; liczyć się będzie tylko przesłanie umacniające wiarę tych, którzy czują się prześladowani, osaczeni, którzy bombardowani ideami sprzecznymi z tym, co uznają za prawdę objawioną, zaczynają wątpić. Ich wszystkich "Paweł, apostoł Chrystusabyć może natchnie siłą do trwania przy swoim. Obraz jednak szerokim łukiem powinni omijać ci, którzy flirtują dopiero z chrześcijaństwem i którzy chcieliby się więcej dowiedzieć o naukach Chrystusa, zanim pójdą jego śladem. To, co znajdą w kinie, raczej nie sprawi, że się nawrócą.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 24% uznało tę recenzję za pomocną (63 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby