Recenzja filmu Fantastyczna Czwórka (2015)
Josh Trank
Jarosław Boberek

Czworo nie do pary

Wytwórnia podobno obcięła Trankowi budżet, i to widać. W "Kronice" udało mu się co prawda twórczo obejść finansowe ograniczenia. Tym razem jednak efekt trąci taniochą, całość wygląda na kręconą ...
Filmweb sp. z o.o.
Fantastyczna Czwórka wciąż nie ma szczęścia do X muzy. Niskobudżetowy i obciachowy film Rogera Cormana nigdy nawet nie trafił do kin, a świat z pewnością tylko by zyskał, gdyby dwie kolejne produkcje Tima Story'ego również nie ujrzały światła dziennego. Filmowy los pierwszych superbohaterów Marvela odwrócić miał Josh Trank, świeżo po sukcesie debiutanckiej "Kroniki". Dowiódł nią przecież, że za 12 milionów dolarów potrafi zajmująco opowiedzieć o grupie młodych ludzi zdobywających supermoce. Wytwórnia 20th Century Fox wzięła to za dobrą monetę, podbiła budżet dziesięciokrotnie i… wyszło jak zawsze. Do czterech razy sztuka? Chyba trzeba będzie odliczać do pięciu.

photo.title

Szkoda. Bo Trank miał szansę namieszać na polu filmów o superbohaterach. Jak wiadomo, prym wiedzie w tej dziedzinie studio Marvela, które co roku – jak w zegarku – serwuje nam dwie kolejne produkcje. Produkcje co najmniej dobre, ale też nieco zbyt do siebie podobne. Stalowoszary realizm Tranka miał więc jedną zaletę już na starcie: wyraźnie odstawał od mocno kolorowych i mocno komediowych widowisk Marvela. Pytanie tylko, czy o bohaterach, którzy rozciągają się jak guma, płoną na zawołanie, robią się niewidzialni albo po prostu wyglądają jak kupa kamieni, da się w ogóle opowiadać w konwencji realizmu. Jak widać, sam Trank nie mógł się zdecydować. Dlatego ewolucja Fantastycznej Czwórki – od grupy naiwnych dzieciaków do drużyny regularnych superbohaterów –  jest u niego zapośredniczona przez ewolucję filmowych gatunków. Żaden z nich jednak nie działa.

photo.title

Najpierw dostajemy Kino Nowej Przygody w duchu "Odkrywców" Joe Dantego. Mały Ethan Hawke i mały River Phoenix wyruszali tam domowej roboty statkiem w przestrzeń kosmiczną. Tutaj podobnie: mały Reed Richards i mały Ben Grimm budują w garażu maszynę do teleportacji. Zamiast uroczej anegdotki dostajemy jednak ciężarową anegdotę. Chłopcy są bowiem szykanowani przez nauczycieli, niezrozumiani przez rodziców i generalnie dołują. Miała być bezpretensjonalna kosmiczna przygoda, jest depresja. Ten nastrój przenika zresztą do dalszej części filmu, gdzie Trank zamienia Spielbergowski entuzjazm na Cronenbergowski body horror. Wypadek z teleportem kojarzy się przecież z "Muchą", a cielesna transformacja czworga bohaterów – z co drugim filmem kanadyjskiego reżysera. Niczym wierny uczeń Cronenberga Trank dowodzi, że niesamowite umiejętności to raczej dopust boży niż wygrana na loterii. Ale koniec końców niezbyt go ten wątek interesuje. Przez bitą (i nudną) godzinę reżyser filmuje siedzących w laboratorium protagonistów, a w kluczowym momencie, kiedy coś wreszcie zaczyna się dziać, stosuje unik. Zamiast pokazać, jak tytułowa czwórka oswaja się ze swoimi mocami, z głupia frant robi elipsę. Jakby już nie mógł doczekać się finałowego spektaklu bijatyk i wybuchów. Tyle że to też nie bardzo mu wychodzi.  

Wytwórnia podobno obcięła Trankowi budżet, i to widać. W "Kronice" udało mu się co prawda twórczo obejść finansowe ograniczenia. Tym razem jednak efekt trąci taniochą, całość wygląda na kręconą (z grubsza) w dwóch scenografiach. Ani anonimowe wnętrza laboratoriów i baz wojskowych, ani skalisty, opustoszały inny wymiar nie robią wrażenia. Kiedy zaś dochodzi do finałowego starcia z czarnym charakterem, wkraczamy na terytorium dotychczas zarezerwowane dla Power Rangers albo "Hulka" Anga Lee. Nie widzimy za wiele, a jeśli już – to wolelibyśmy nie widzieć nic. Najgorsze jest jednak to, że Trank i jego aktorzy ewidentnie czują się delikatnie zażenowani superbohaterskimi pozami. Rozgrzewające przemowy, cięte riposty i waleczne pozycje wyglądają w ich wykonaniu na wymuszone, wycierpiane wręcz.

Zresztą Miles Teller, Kate Mara, Michael B. Jordan i Jamie Bell generalnie nie mają tu z czym pracować. Urok komiksowej Fantastycznej Czwórki polega na grupowej dynamice, na przeskakujących między bohaterami iskierkach wzajemnej miłości, przyjaźni czy pretensji. Tu nic nie iskrzy, ale przez jakiś czas wystarcza nam fakt, że aktorzy są ładni i utalentowani (o czym wiemy oczywiście z innych filmów). O dziwo, najbardziej sympatyczny okazuje się przyszły czarny charakter, Victor von Doom (Toby Kebbell). W jego podejrzliwym stosunku do finansującej eksperyment korporacji jest przynajmniej ślad emocji. Czyżby odautorski komentarz Tranka? Całkiem możliwe – przecież współpraca ze studyjnymi urzędnikami ewidentnie wyszła autorowi bokiem. Ale nawet jeśli Victor ma być porte parole reżysera, ten nie potrafi obronić jego przemiany. Kiedy postacie przeskakują na superbohaterską stronę równania, wszystko skądinąd bierze w łeb. Kebbel jako Doom ginie pod tonami tragicznie nieudanej charakteryzacji i chyba dlatego nagle robi się Po Prostu Zły. Teller i reszta tymczasem zaczynają grać, jakby celowali w brechtowski efekt obcości. Jakby było im wstyd.

photo.title photo.title photo.title

I ten protekcjonalny ton jest chyba największym grzechem filmu. Pal licho emocjonalną drętwotę, pal licho niefortunny przeskok czasowy, pal licho nieefektowne efekty. "Fantastyczna Czwórka" wygląda jak film nakręcony w myśl korporacyjnego przykazu, bez cienia frajdy. A trudno wykrzesać z siebie pasję do tematu, kiedy trzeba się do niego zniżać. Co prawda udało się to Christopherowi Nolanowi, ale Fantastyczna Czwórka to nie Batman. Dlatego u Tranka sami bohaterowie muszą nam w końcu powiedzieć, że są fantastyczni. Ale jakoś im nie wierzę. 

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (215 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)