Recenzja filmu High Life (2018)
Claire Denis

Jest "High Life" bez dwóch zdań filmem sklejonym z fantastyczno-naukowej bazy: bogata korporacja plus wyczerpujące się ziemskie zasoby plus niewolnicza siła robocza równa się czarna dziura. Ale ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa High Life (2018)
Postawmy sprawę jasno – "High Life" nie będzie Waszym ulubionym filmem o podróżach kosmicznych. Kiedy pierwszy seans przyprawiał mnie o ciarki i ekspediował w stronę narkotycznej Wenus i ujaranego Jowisza, współtowarzysze z kinowej sali tłumnie cisnęli się do wyjścia, płacząc, że "przecież te papierowe skafandry nie mogłyby wytrzymać w warunkach próżni". Prawda, nie wytrzymałyby ani sekundy. Ale też próżnia wcale nie jest elementem mise-en-scene "High Life". Realizm zamknął się tutaj w najciemniejszym kącie najdalszej ładowni i na wszelki wypadek schował do kieszeni ostrą amunicję.

photo.title

W filmie Claire Denis przestrzeń statku kosmicznego jest cudownie nierzeczywista, umowna, wykrojona z pleksi, szkła i tworzyw, które raz wyglądają na twarde i wytrzymałe, innym razem dosłownie gąbczeją i miękną w oczach. Scenografia i sposób jej wizualnego zakomponowania – światła zmieniające się od miłosnej czerwieni przez hangarowe żółcie aż po laboratoryjne błękity – to tak samo integralna część wizji francuskiej reżyserski, jak – powiedzmy – łaciata derka uszyta z niepasujących do siebie aktorów: Robert Pattinson z Juliette Binoche, Mia GothAgatą Buzek, Andre Benjamin z Larsem Eidingerem. Te "ludzkie śmieci" – mordercy, ćpunki, złodzieje i psychopatki – dostają niepowtarzalną szansę na odkupienie własnych grzechów. Zamiast celi i dożywotniego wyroku, puszka statku kosmicznego i heroiczna misja – dolecieć do czarnej dziury i zbadać jej możliwości energetyczne. Wycieczka, jak się domyślamy, raczej w jedną stroną, a przy tym w roli podwójnego agenta Dobra Ludzkości: recykling społeczny idzie ręka w rękę z eksperymentem naukowy. Przyszłość rysuje się w bardzo utylitarnych barwach. 

Jest więc "High Life" bez dwóch zdań filmem sklejonym z fantastyczno-naukowej bazy: bogata korporacja plus wyczerpujące się ziemskie zasoby plus niewolnicza siła robocza równa się czarna dziura. Ale jest to również s-f w takim samym stopniu, w jakim były nim "Stalker" i "Solaris" Andrieja Tarkowskiego. Denis nie interesuje logiczne łączenie punkcików na mapie, lecz sam akt podróżowania – lot ku granicom człowieczeństwa, w stronę poznawczych rubieży, w ekstrema zmieniające stan skupienia ludzkich tkanek i sposoby postrzegania rzeczywistości. Miejscem dojścia nie jest jednak – jak u Tarkowskiego – wstrzemięźliwa duchowość, humanizm i filozofia, ale kosmiczny orgazm, eksplozja wywoływana wielokrotnym przekroczeniem tabu, filmowego słowa-klucza, które Pattinson wypowiada już w pierwszych minutach z mieszaniną powagi i infantylnej poufałości. Intymność, cielesność, ukryte żądze i traumę rozmnażania członkowie misji przeżywają za sprawą demiurgicznej dr Dibs (Juliette Binoche), dzieciobójczyni testującej na załodze różne formy medycznej inseminacji. 

photo.title   photo.title   photo.title

Testującej, dodajmy, z grymasem rozkoszy na ustach, jakby uprawiała magię za pomocą końskiej strzykawki i stołu ze skórzanymi pasami. Podobna rozkosz tężeje w formę mrocznego, satanistycznego ubóstwienia, kiedy Dibs – w jednej z najbardziej hipnotyzujących scen erotycznych, jakie zdarzyło mi się oglądać w kinie – ujeżdża ogromne metalowe dildo, a mięśnie na jej plecach bawią się w wojnę podjazdową z bliznami na brzuchu i burzą czarnych włosów jak u baśniowej Roszponki. To właśnie w "pudle" ("the fuckbox"), wariacko połamanej maszynie do masturbacji, przyjemność seksualna zostaje wyabstrahowana i na dobre oddzielona od swoich funkcji przyrodniczych. W mikrokosmosie statku reprodukcja może się wreszcie odsłonić jako przemoc jednocześnie społeczna i kosmiczna. Jest podstępną i głodną larwą pełzającą po pokładach zaprojektowanych na obraz i podobieństwo okablowanych kazamatów z "Obcego", cudownie zabałaganionych retro-wiktuałami i komputerową estetyką lat 90. Windows 95 i MS-DOS spotykają stare futuro-wyobraźnie, razem pędzą ku zagładzie, ściśnięte w puszce ludzkich sardynek.

photo.title

Ale ponieważ Denis bardziej interesuje przepływ i niestabilność sensów, a nie ich przyszpilanie, pączkowanie życia to w "High Life" fenomen równie mroczny, co cudowny. Monte (Pattinson) – narrator opowieści, którego imię stoi blisko angielskiego "monk", mnicha – świadomie wybiera celibat i metodyczne pielenie pokładowego ogrodu, miejsca, gdzie życie mnoży się tysiącami odgałęzień, lecz przy tym nie żebrze o bliskość i milcząco skapuje do gara. Seks jest dla żywych, on leci ku śmierci. Tyle że los bywa przewrotny, zazwyczaj lub prawie zawsze, a już na pewno w kosmicznym wahadłowcu skleconym z dymu i tektury. Równolegle, w futurospekcjach, oglądamy więc, jak Monte – zagorzały wróg międzyludzkiej intymności – musi nauczyć się nowych, platonicznych form bliskości w relacjach z własną córką: najpierw nieporadnym, stawiającym pierwsze kroki berbeciem, a już za chwilę rezolutną nastolatką, która wiedzę o utraconym świecie czerpie z filmów i opowieści. Razem patrzą na glitchowe obrazki nadawane z Ziemi. I razem zaglądają w czerń za oknem oraz w czarnoziem ogrodu. Współtworzą nową, dwuosobową i samowystarczalną maszynę, która mknie w sobie tylko wiadomym kierunku. Ku czarnej dziurze czy w stronę rozpalonej Andromedy? To już mniej istotne. Ważne, żeby lecieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry