Recenzja filmu Szpieg (2018)
Jong-bin Yoon

O Kimie, który zarabiał kokosy

Bez względu na to, jakie przesłanie tutaj zobaczymy (trzeźwa analiza czy raczej spiskowość a la Patryk Vega), "Szpieg" pozostaje równie dobry jako moralitet, co gatunkowy thriller w klasycznym, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Szpieg (2018)
Pan Park to temperamentny gość. Partnerzy w biznesie często powtarzają, że kieruje nim coś na kształt "zuchwałego zapału". Wali prosto z mostu, bo interesy to nie dyplomacja. Kupujesz tanio, sprzedajesz drogo, w prezencie dajesz nie Roleksy, ale tanie podróbki – kto by tam zwracał uwagę, ważne, że się błyszczy. Pan Park, gdyby żył w Polsce, zostałby pewnie okładką magazynu "Sukces" z wczesnych lat 90. – białe skarpety na stopach, firma import-export w garażu. Ale Pan Park nie jest ani Polakiem, ani drobnym przedsiębiorcą. Swoją nową, nieco przaśną tożsamość wypracował skrupulatnie, w ciagu wielu lat, bo jako oficer południowokoreańskiego wywiadu nie może sobie pozwolić na choćby mikroskopijne uchybienie. Mamy rok 1993, Półwysep Koreański to jedno z ostatnich miejsc pogrążonych w zimnej wojnie, a Park Suk-Young – szpieg działający pod przykrywką biznesmena, kryptonim "Czarna Wenus" – dostaje misję zinfiltrowania laboratoriów jądrowych na komunistycznej Północy. Abstrakcja, ale nie niewykonalna. 

photo.title

Podobnie jak całkiem wykonalne okazuje się zgoła inne zadanie. Otóż poza Stanami da się nakręcić pełnokrwisty thriller szpiegowski, który poziomem skomplikowania i napięciem w wielu miejscach bije na głowę swoje hollywoodzkie odpowiedniki. Reżyserowi Jong-bin Yoonowi i jego ekipie wyszła prawdziwie koronkowa robota – rozłożyli akcję filmu na kilkanaście lat, spletli parę wątków sensacyjnych i politycznych, ale zrobili to w taki sposób, że widz średnio zaznajomiony z lokalnym kontekstem historycznym ani przez chwilę nie poczuje się zagubiony. Z kwintesencji szpiegowskiego fachu – negocjacji, gry pozorów, pochlebstw, czyli dialogów, dialogów i jeszcze raz dialogów – udało się wydestylować napięcie gęste i brudne jak warszawski smog. Wielka w tym oczywiście zasługa dwóch najważniejszych bohaterów tego filmu: historii i polityki. Bo powiedzmy sobie otwarcie, czy jest na sali ktoś, kto nie chciałby choć na chwilę zajrzeć za kulisy północnokoreańskiego reżimu, najbardziej wyizolowanego i przygnębiającego sowiet-skansenu na tym ziemskim łez padole?

"Szpieg" – nawet jeśli ubarwia i "fikcjonalizuje" prawdziwe sytuacje – wchodzi głęboko w rzeczywistość małej zimnej wojny. Dwie cząstki podzielonego kraju nie tylko obok siebie współistnieją i wykorzystują się nawzajem do trzymania za mordy własnych obywateli, ale łączy je także głęboka, niemal organiczna współzależność. Na poziomie polityki wewnętrznej sytuacja w obu Koreach zależy od cyklicznych kryzysów militarnych i zakulisowych rozmów, które pozwalają utrzymać jako taką równowagę sił i systemowe status quo. Agent Park nie pojedzie więc na Północ tak po prostu, jako dyplomata i nie zrobi serii zdjęć instalacji atomowych ukryty w przydrożnych szuwarach. Ścieżka musi być odpowiednio okrężna – najpierw Pekin, przykrywka biznesowa, budowanie zaufania i po kilku latach pierwsze spotkanie z wysoko postawionym funkcjonariuszem reżimu do spraw gospodarczych, Ri Myong-unem. Następnie wystosowanie odpowiednio intratnej oferty współpracy, najlepiej od razu z dostępem do sprzętu audiowizualnego – Północ ma "uwolnić" swoje najpiękniejsze plenery na rzecz producentów komercyjnych spotów reklamowych z Południa. W ostatnim kroku taki deal kapitalizmu z komuną musi jeszcze przyklepać pękata łapka Kim Dzong-Ila, pańcia łasego na drogie pieski i wykwintne alkohole. Spotkanie szpiega z dyktatorem oraz wizyta w monumentalnych pałacach Pjonjangu należą zresztą do najbardziej emocjonujących i najlepiej nakręconych scen w filmie. Poza tym nie ma co owijać – to właśnie na takie "wziernikowe" momenty czekamy tutaj najbardziej.

photo.title

I jeśli "Szpieg" bywa ciut za długi i miejscami rozłazi się w (patetycznych) szwach, to i tak da się mu wybaczyć wszystkie okresowe spadki formy. Ambicje Jong-bin Yoona wykraczają daleko poza typową dla thrillera akcję i skalowanie napięcia. Im więcej wątków i sprzecznych interesów nawarstwia się na głównej linii fabularnej, tym bardziej agent Park odsłania się jako figura ostatniego sprawiedliwego, człowieka wyjętego żywcem z tak zwanych "starych, dobrych czasów", kiedy w służbie publicznej pielęgnowało się honor i wierność zasadom. Tam, gdzie wszyscy grają wyłącznie dla siebie – komuniści, konserwatyści z Południa, a nawet Narodowa Agencja Wywiadu – szpieg-biznesmen pozostaje konsekwentnym i radykalnym propaństwowcem, zwolennikiem zjednoczenia Korei jako jedynego skutecznego remedium na przeciągający się kryzys. Można z tego wyczytać jasną aluzję do współczesnej sytuacji na Półwyspie – moralne oskarżenie nie tylko koreańskiej "brudnej polityki" z lat 90., ale szeregu wieloletnich zaniechań czynionych dla wygody i partykularnych potrzeb partii politycznych czy resortów siłowych. Ale bez względu na to, jakie przesłanie tutaj zobaczymy (trzeźwa analiza czy raczej spiskowość a la Patryk Vega), "Szpieg" pozostaje równie dobry jako moralitet, co gatunkowy thriller w klasycznym, amerykańskim stylu. Koreo, bij Hollywood po twarzy, robisz to miło i z sercem. Ja mogę tylko kibicować i prosić o więcej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry