Recenzja serialu

Zabójcza przyjaźń (2026)
Anja Marquardt
William Oldroyd
Tessa Thompson
Jon Bernthal

Pan i Pani Smith

Czy "Zabójcza przyjaźń" oferuje jakiekolwiek przyjemności? Trzeba przyznać, że dość śmieciowe zwroty akcji, zwłaszcza z ostatnich odcinków, mogą zapewnić cierpliwym nieco grzesznej frajdy. 
Pan i Pani Smith
W ostatnich kilku miesiącach trafiłam na aż trzy historie, w których bohatera boli ząb. Najpierw "Prywatne piekło" – mniej znany film Paula Schradera z Nickiem Nolte'em w roli rozchełstanego, autodestrukcyjnego szeryfa, syna przemocowego alkoholika. Następnie "Bez wyjścia", najnowsze dzieło Parka Chan-wooka – rzecz o nieszczęśniku, który traci pracę, a potem desperacko próbuje ją odzyskać. W obu filmach ból zęba pełni funkcję nie tylko fizyczną, ale jest też nośnikiem napięcia i świadectwem narastającego kryzysu. Rzeczywistość otaczająca udręczonych mężczyzn rozpada się na naszych oczach, rozpadają się oni sami. Wreszcie musi dojść do ekstrakcji – dosłownej i symbolicznej, najlepiej własnymi rękami. Bliźniaczy motyw pojawia się również w nowym miniserialu Netfliksa, zapowiadanej jako murowany hit – "Zabójczej przyjaźni". 


W dziele tym, czy raczej pospiesznie zaprojektowanym produkcie, problemy z uzębieniem ma Anna (Tessa Thompson). "Pęknięty korzeń. Wyrywamy lub podajemy antybiotyki" – w pierwszych scenach dentysta jasno stawia sprawę. Bohaterka – najwyraźniej również udręczona życiem – wybiera mniejsze zło, a więc tabsy. Chwilę później widzimy ją z napuchniętą od znieczulenia twarzą. Zdaje się, że ząb – tak jak problemy natury osobistej, zawodowej, kryminalnej – będzie dokuczał jej w ciągu całej tej pokręconej historii. Ale twórcy jakby zupełnie nie przejmowali się konsekwencjami narzuconych przez siebie rozwiązań. Tak na serio sprawa zęba wraca dopiero w ostatnim odcinku. I to nie jedyna fabularna dziura, z którą mamy tu do czynienia.   

Zresztą ostrzeżeniem przed niezbyt wysokiej jakości serialem może być już pełna banałów narracja z offu, prowadzona przez Annę w otwarciach i zamknięciach odcinków. "Każda historia ma co najmniej dwie wersje. Twoją i moją. Naszą i ich. Jego i jej. A to znaczy, że zawsze ktoś kłamie" – ćwierć sekundy po tym, gdy słyszę tych kilka zdań, zaczynam dociekać ich sensu. Wielość wersji nie równa się kłamstwu, prawda? A co z różnicą perspektyw? 


Ktoś mógłby zapytać: no ale po co się czepiać? I ja się z tym zgadzam. Nie jestem malkontentką – doceniam rozkosze płynące z oglądania nawet bardzo niedoskonałej pulpy. W tym jednak przypadku zapowiedź dwóch wersji jednej historii to również konkretna obietnica. Podobnie jak oryginalny tytuł – "His & Hers". Obietnica, znowuż, nie dotrzymana. W "Zabójczej przyjaźni" nie uświadczymy zderzenia odmiennych perspektyw. Choć naprzemiennie przeskakujemy między jej i jego historią, niewiele z tego wynika – struktura nie dość, że nie buduje różnicy spojrzeń, to jeszcze kiepsko ją symuluje. 

Anna jest prezenterką telewizyjną. Po zbyt długim urlopie przebranżowuje się na mniej wdzięczną pracę terenowej reporterki. Jack (Jon Bernthal) jest małomiasteczkowym detektywem – rzutkim facetem z dobrym podejściem do dzieci, ale ze zbyt nonszalanckim podejściem do pracy. W dodatku bardzo brzydko traktuje swoją zawodową partnerkę (Sunita Mani – w roli, która zasługuje na osobny serial). Bohaterowie spotykają się na miejscu makabrycznej zbrodni – w lesie znaleziono ciało młodej kobiety (oczywiście!). Gdy krzyżują spojrzenia, widzimy, że coś między nimi iskrzy. Gdy śledzimy ich indywidualne działania, dostajemy wyraźny sygnał, żeby zachować czujność. Czy mają czyste sumienie? Czy może jedno z nich zamieszane jest w zbrodnię? 


W tym sęk, że większość podrzucanych nam tropów jest pretekstowa, cynicznie zaprojektowana. Chodzi o to, by regularnie podsycać naszą ciekawość, lecz jak najmniejszym kosztem – bez umocowania fabularnych wywrotek w przedstawionej rzeczywistości. Dlatego wraz z biegiem fabuły wiele z nich po prostu traci sens, odsłania swego rodzaju "wymuszenie" czy nawet głupotę. 

Świat w "Zabójczej przyjaźni" jest sztuczny, niepodparty solidnymi regułami. Ale czy jest się czemu dziwić? Na co oburzać? Wszyscy już wiemy, że wątła fabuła jest charakterystyczna dla wielu współczesnych seriali. Rzadko dziś marnuje się czas na osadzenie widowni w kontekście, na poszerzenie znaczeń, na rozglądniecie się po okolicy czy wplecenie w akcję pozornie zbędnych dialogów. Za to obowiązkowo należy zastosować słowa klucze: #metoo czy konflikt na tle klasowym.  


Czy zatem "Zabójcza przyjaźń" oferuje jakiekolwiek przyjemności? Trzeba przyznać, że dość śmieciowe zwroty akcji, zwłaszcza z ostatnich odcinków, mogą zapewnić cierpliwym nieco grzesznej frajdy. Szczypta humoru nadaje ponurej historii lekkości. Wątek przyjaciółek ze szkoły, ich tajemnic i powrotów do przeszłości, przedstawiony jest, bez zaskoczeń, dość ubogo, ale ma przyjemnie ostre krawędzie. Dobrze również popatrzeć na świetną parę aktorską –  choć przydałoby się między nimi więcej chemii (tę z pewnością warunkowałby staranniejszy scenariusz). 

Mimo że serial nie sięga poziomu rozkosznej bulwarowości "Sprostowania" Alfonso Cuaróna, niezbyt przekonująco bawi się też damsko-męską dynamiką (w przeciwieństwie do "Pana i Pani Smith" Donalda Glovera i Francesci Sloane), no ale "wchodzi" łatwo. Jego twórcą jest William Oldroyd, odpowiedzialny za udaną, melancholijną, ale też nieco prowokującą i ładną wizualnie adaptację powieści Ottessy Moshfegh "Eileen". I choćby z tego powodu można dać mu szansę. Choć oczywiście nie trzeba. 
1 10
Moja ocena serialu:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?