Recenzja filmu Śniadanie u Tiffany'ego (1961)
Blake Edwards

Baśń o małej zagubionej dziewczynce

Mówi się, że Nowy Jork, o którym tak pięknie śpiewał Frank Sinatra, to magiczne miasto, w którym życie toczy się 24 godziny na dobę, a na stosunkowo niewielkiej powierzchni stykają się ze sobą ...
Filmweb sp. z o.o.
Mówi się, że Nowy Jork, o którym tak pięknie śpiewał Frank Sinatra, to magiczne miasto, w którym życie toczy się 24 godziny na dobę, a na stosunkowo niewielkiej powierzchni stykają się ze sobą ludzie różnych kultur, przeżywający osobiste tragedie i dramaty, pozornie nie związani ze sobą, ale razem tworzący ten wielki, tętniący życiem organizm. Wszyscy mają nadzieję, że to właśnie tu, w tym niezwykłym miejscu, odnajdą szczęście.

Holly Golightly również szukała szczęścia, uważając, że znajdzie je tam, gdzie będzie się czuła równie dobrze, jak u Tiffany'ego – w miejscu, gdzie "nie może zdarzyć ci się nic złego", jest cicho, elegancko i bezpiecznie. Wówczas nadałaby imię swemu kotu, kupiła meble i rozpoczęła "normalne" życie. Tymczasem była outsiderką, zagubioną w obcym świecie dziewczyną, pozostającą cały czas "w podróży". Tak było do chwili, kiedy poznała podobnego do niej człowieka, tytułującego się zaszczytnym mianem pisarza, młodego mężczyznę Paula Varjaka. W Nowym Jorku nie znalazłaby się dwójka ludzi bardziej podobnych do siebie. Połączyło ich identyczne spojrzenie na świat, filozofia życiowa, a nawet sposób zarobkowania – oboje bowiem utrzymywali się z pieniędzy (niekoniecznie darowanych zupełnie bezinteresownie) przez bogatych mężczyzn bądź eleganckie damy z nowojorskiej socjety. Pomimo tego Paul był mądrzejszy i w pełni zdawał sobie sprawę z okrucieństwa świata, wiedząc jednocześnie, że nie da się przed nim uciec. Bo Holly uciekała przez szereg lat, kolejno opuszczając ludzi, na których jej kiedykolwiek zależało. Postępowała tak ze strachu. Sądziła, że miłość uzależnia ludzi, a ona cały czas wierzyła, że kiedyś poczuje się naprawdę wolna. Może nastąpi to w dalekiej Brazylii lub w Meksyku, gdzie wraz ze swym bratem Fredem planowała założyć hodowlę koni. Nie pojmowała, że człowiek nigdy nie osiągnie pełni wolności, a prawdziwe szczęście może dać mu jedynie miłość. I pewnie obudziłaby się pewnego słonecznego, sennego poranka uświadamiając sobie, że zmarnowała ostatnią szansę i kolejnej już nie dostanie. Uratował ją Paul. Tajemniczy człowiek bez przeszłości. Nieszczęśliwy mizantrop, do czasu przeprowadzki do kamienicy dziewczyny, z rozrzewnieniem wpatrujący się w gwiazdy. Nie żaden "szczur" czy "superszczur", jak kwalifikowała ich Holly, ale Mężczyzna.

Pewien etap bajki o Kopciuszku się zakończył. Choć może nie był to Kopciuszek, ale baletnica balansująca na linie w objazdowym cyrku. Na jej miejscu pojawiła się szczuplutka dziewczyna w długiej, czarnej sukni, wielobarwnymi pasemkami we włosach i cygaretką w dłoni. Ale tym razem miała światło w oczach i Kota O Pewnym Imieniu na rękach.

Przynajmniej dwójka ludzi w Nowym Jorku znalazła szczęście. A to już bardzo dużo.

Ja natomiast nie wiem, czym bardziej się w owej baśni zachwycać. Czy może Audrey Hepburn, kruchą, eteryczną i delikatną. Może cudowną muzyką Henry'ego Manciniego, nadwornego kompozytora Blake'a Edwardsa, który komponował dla niego najładniejsze melodie i pozostał mu wierny przez wiele lat. Ale najbardziej chyba lekkością, ale i przewrotną mądrością opowiadania Trumana Capote'a , na podstawie którego nakręcono film. Wspaniały film o poszukiwaniu swego miejsca w świecie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (113 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię