Recenzja wyd. DVD filmu

Diabeł (2010)
John Erick Dowdle
Chris Messina
Logan Marshall-Green

Prawie jak Sam Raimi

Koniec końców film Dowdle’ów rozczarowuje. Nie dlatego, że sam w sobie jest nieudany, ale dlatego, że obiecuje więcej, niż jest w stanie dać.
Kto nie lubi od czasu do czasu obejrzeć kiczowatego horroru, niech pierwszy rzuci kamieniem, albo lepiej – niech odłoży na sklepową półkę wydanie DVD "Diabła". Obraz braterskiego duetu Drew oraz Johna Ericka Dowdle’ów to film dla tych, co się lubią bać i śmiać. Najlepiej w tym samym czasie. Horror nakręcony według pomysłu M. Nighta Shyamalana ("Diabeł" jest pierwszą częścią wymyślonej przez niego serii The Night Chronicles) przypomina nieco karierę tego hinduskiego twórcy. Zaczyna się od mocnego akordu i wielkich nadziei, kończy zaś stopniowanym rozczarowaniem i poczuciem zażenowania.

Początek jest całkiem obiecujący. Najpierw dostajemy dęty cytat ze św. Piotra o diable, który krąży niczym lew, obierając swój cel do pożarcia, później jeden z bohaterów przejętym głosem referuje opowieść o złych siłach przejmujących władzę nad ludźmi o nieczystych sumieniach. Jest prawie jak u Sama Raimiego – groza spotyka się z ironią, a kicz wpleciony zostaje w fabularną fakturę horroru. Bardzo dobre, długie jazdy kamery przedstawiają głównych bohaterów opowieści i już po chwili jesteśmy w centrum historii o demonach, złu i piątce ludzi zamkniętych w zepsutej windzie. Z minuty na minutę rośnie napięcie, ciasna winda staje się coraz bardziej klaustrofobiczna, za to grono pasażerów zaczyna się kurczyć. Gdy gaśnie światło – ginie pierwszy (i nie ostatni, co oczywiste) z pasażerów feralnej windy.

Bracia Dowdle lubią mrok, sprawdzone schematy i przestrzenie tak ciasne, jak reguły kina grozy. To oni stali za "Kwarantanną", amerykańską wersją hiszpańskiego "[Rec]" o tajemniczym wirusie i bandzie zombie zamkniętych w niewielkiej kamienicy. W swym najnowszym filmie posunęli się krok dalej – zacieśnili filmową przestrzeń, a zasadnicze miejsce akcji ograniczyli do kilku metrów kwadratowych. Tyle że po lekturze "Pogrzebanego" Rodrigo Cortésa czy "Telefonu" Joela Schumachera klaustrofobiczność ich filmu robi co najwyżej umiarkowane wrażenie.

Dowdle’owie nie wymyślają prochu – skrupulatnie przestrzegają filmowych reguł, z poprawnością prymusów konstruują napięcie i charakteryzują swoje postaci. I choć opowiadana przez nich historia jest prosta i diabelnie przewidywalna, siłą "Diabła" są  w miarę intrygujące postaci głównych bohaterów. Ochroniarz-klaustrofobik, drażniący gryzipiórek w garniturze, niepokojąca starsza pani, młoda dziewczyna o twarzy zaciętej i zarazem niewinnej oraz przystojny były żołnierz – w "Diable" wszyscy oni budzą podejrzenia. Reżyserom udaje się dość długo trzymać nas w niepewności, dzięki czemu z ochotą śledzimy opowiadaną przez nich historię.

Szkoda jedynie, że braterski duet z czasem traci impet i pozwala filmowi stoczyć się w B-klasową przeciętność. Mamy więc ładne, iście gotyckie ujęcia współczesnego miasta jako przestrzeni opanowanej przez zło, mamy stereotypowego przesądnego Latynosa klepiącego pacierze w lęku przed Antychrystem. Gdy kolejni bohaterowie wydają z siebie ostatnie tchnienia, także z nas uchodzi ciśnienie. Demon staje się coraz bardziej przewidywalny, a film – monotonny i schematyczny.

Koniec końców film Dowdle’ów rozczarowuje. Nie dlatego, że sam w sobie jest nieudany, ale dlatego, że obiecuje więcej, niż jest w stanie dać. Zamiast Sama Raimiego, grozy, humoru i postmodernistycznej zabawy mamy jedynie zwyczajny horror – przyzwoicie zagrany, ładnie sfilmowany i – do czasu – opowiadany z reżyserską werwą. Dla miłośników tandetnego kina grozy, w tym niżej podpisanego, to wcale niemało.  

Na osobna wzmiankę zasługują także dodatki, które znajdziemy na płycie DVD. Wydawca zamieścił bowiem na niej trzy sceny niewykorzystane przez twórców filmu (odrzucone jak najbardziej słusznie) oraz kilkuminutowe materiały złożone z wypowiedzi twórców i ekspertów. I choć Shyamalan oraz bracia Dowdle nie mówią niczego, czego byśmy nie widzieli w filmie, zabawnie wypada uniwersytecki specjalista od kultury i religii. Czarnoskóry pan o aparycji sześćdziesięcioletniego producenta muzycznego opowiada o diable, aniołach, piekle i niebie. Mówi równie żarliwie, co od rzeczy.  Tym samym znakomicie dopasowuje się do straszno-śmiesznej opowieści braci Dowdle’ów.  
1 10 6
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
32% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (158 głosów).
Udostępnij: