Recenzja filmu

Dmuchawiec (2004)
Mark Milgard
Vincent Kartheiser
Taryn Manning

Dmuchawiec

"Dmuchawiec" Marka Milgarda był dla mnie wydarzeniem i rewelacją XX Warszawskiego Festiwalu Filmowego. To również jeden z najlepszych filmów kinowych 2004 roku. Dzieło Milgarda to bardzo poetycki ...
"Dmuchawiec" Marka Milgarda był dla mnie wydarzeniem i rewelacją XX Warszawskiego Festiwalu Filmowego. To również jeden z najlepszych filmów kinowych 2004 roku.

Dzieło Milgarda to bardzo poetycki traktat o trudnym dojrzewaniu i odnajdywaniu siebie. Wolny od uproszczeń i ckliwego sentymentalizmu. To obraz, jakich mało w repertuarze naszych kin. Nie bez powodu więc "Dmuchawiec" reprezentuje raczej nieobecne u nas amerykańskie kino niezależne, a co tym bardziej znaczące, został zrealizowany przez absolutnego debiutanta. Nierozreklamowany i pozbawiony udziału wielkich gwiazd. Lecz poruszający do głębi. I prawdziwie piękny.

"Wszystko gdzieś się rozpoczyna" głosi hasło reklamowe filmu. Należałoby powiedzieć raczej: "wszystko gdzieś się kończy", gdyż początek "Dmuchawca" zaczyna się od samobójczej próby głównego bohatera. Zdesperowany Mason Mullich (Vincent Kartheiser), pośród falujących łanów zbóż, na tle przepięknie błękitnego nieba, ze łzami w oczach sięga po broń...

Nie wiemy, czy ta wystrzeliła. Nie wiemy również, czy to jest rzeczywiste zdarzenie ekranowe, czy też tylko piekielna wizja prześladująca Masona. Pojawiać się ona będzie kilkakrotnie. Widomy gest rozpaczy. Ostateczna wizja: znak porażki bohatera, a może zwycięstwa nad lękiem? Co stanie albo raczej, co stało się naprawdę? 

Ta niepewność będzie towarzyszyć widzowi przez prawie cały film. Najważniejsza jest jednak odpowiedź na pytanie, co popycha bohatera do decyzji tak tragicznej w skutkach?

Mason mieszka na opustoszałych rubieżach stanu Idaho. Jego życie to egzystencja z konieczności. Nie ma pracy. Nie ma bliskich znajomych czy choćby pokrewnych dusz. Brak mu zainteresowań i rozrywek. Nie ma nawet sił i ochoty, by zapragnąć uciec od swojej codzienności.

Zaś rodzina Mullichów pogrążona jest w rozpadzie. Znerwicowana matka udaje, że wszystko jest w zupełnym porządku. Przesadnie ambitny ojczym chce za wszelką cenę uzyskać stanowisko burmistrza. Jest jeszcze schizofreniczny wuj, schorowany weteran wojny w Wietnamie, pozbawiony ideałów i resztek złudzeń.

Mason Mullich to chłopak bardzo wrażliwy. Ze spokojem przyjmuje wszelkie życiowe porażki, niesnaski rodzinne czy groźby brata swojego najbliższego kolegi Eddie'ego, wymachującego rewolwerem niczym nic nie znaczącą zabawką. I bez tego życie głównego bohatera wisi na włosku. Mason, bowiem, jedynie bardzo dobrze udaje, że rzeczywistość nie ma na niego żadnego wpływu. Nie uzewnętrznia gniewu, chociaż jego wnętrze aż krzyczy i drży z niezgody oraz rozpaczy.

Tymczasem, w miasteczku, w sąsiedztwie Mullichów, osiedla się pani Voss ze swoją córką Danny (Taryn Manning), blondynką o niezwykle urokliwych, dużych i błękitnych oczach. Przypadkowe spotkanie Masona z dziewczyną owocuje intymną rozmową. Obydwoje czują się sobie bliscy. Rodzące się między nimi uczucie staje się szansą dla głównego bohatera. Wydaje się, że tylko ona może go uratować.

Los bywa jednak okrutny i sprowadza na Mullichów kolejną tragedię. Ojczym przypadkowo śmiertelnie potrąca przechodnia. Mason, wezwany na pomoc, odkrywa ponurą tajemnicę, ale zatrzymany przez policję milczy. W środku kampanii przed wyborami roztrząsanie prawdy nie miałoby, według niego, sensu. Natomiast, prawdziwy sprawca zdarzenia, z obawy o własną skórę tchórzy i wydaje niewinnego pasierba. Bohater na dwa lata trafia do ośrodka pracy przymusowej.

Wydostawszy się z niego, Mason od nowa będzie próbował pojednać się ze swoim losem, ojczymem, całą rodziną i nade wszystko z Danny, której pozostał oddany przez cały czas niezasłużonej kary. Czy tym razem życie oszczędzi bohatera? Czy wynagrodzi mu stracony czas? Czy szczęściu dane będzie na dłużej zagościć w przeklętej dotychczas rodzinie?

"Dmuchawcowi", na szczęście, bardzo daleko do produkcji ze szczęśliwymi zakończeniami. Wszystko, co dotychczas przytrafiało się Masonowi, będzie niczym w porównaniu z jeszcze jedną tragedią, jaka stanie się jego udziałem. Czy fatum może być aż tak bezlitosne? Czy bohater musi cierpieć aż tyle, by w końcu nie wytrzymać i dać upust swojej rozpaczy?

Wszystko, co napisałem, omawiając fabułę dzieła Milgarda, ktoś może potraktować jako typową pseudodramatyczną opowieść w stylu harlequinowych "okruchów życia". Rozkosznego dawkowania dramatu. Nic z tych rzeczy!

Ten obraz jest niesamowity w swej prostocie i użytych środkach wyrazu, a jakże intensywny pod względem zawartych w nim emocji. Kontrast sielskiego krajobrazu ze stanem duszy bohatera, wzmocniony muzyką z dość agresywnymi dźwiękami gitary elektrycznej, już na samym początku sprawia, że poczucie lęku, osamotnienia i osaczenia głównego bohatera stają się również udziałem widza. A świat, widziany oczami Masona, oferuje jedynie smutek i poniżenie.

"Dmuchawiec" to niesamowicie ponura, ale jednak bardzo optymistyczna opowieść. Czy w ogniu prawdziwych katastrof może być jeszcze miejsce na jakąkolwiek nadzieję? Okazuje się, że tak. Bo pozostaje życie jako takie, a wraz z nim wątły, ale jednak zawsze, ognik wiary w radość istnienia bądź istnienie radości. 

Dzieło Milgarda jest również zajmującą lekcją krzepiącej pokory i konieczności podążania ku własnej ścieżce. To nie są, wbrew pozorom, żadne sprzeczności. Jedno musi uzupełniać drugie. Każde z osobna nie da koniecznej harmonii istnienia.

Ujął mnie ten film. Ujęło mnie wszystko, co jest w nim zawarte. Przepiękne, kontemplacyjne zdjęcia. Muzyka idealnie dopasowana do klimatu obrazu, choć pewnie lepszym byłoby określenie - "współtworząca" niepowtarzalny czar opowieści. Ujęła mnie rozpacz i radość, które na przemian płyną z kadrów dzieła i stają się udziałem jego bohaterów. Ujęło mnie piękno Taryn Manning i przenikliwy wzrok Vincenta Kartheisera. Oraz niezwykle humanitarne, a jednocześnie tak trudne do przyjęcia, przesłanie tego fantastycznego dzieła. Takie gorzkie, a zarazem "prawdziwie ludzkie".

"Dmuchawiec" ma wszelkie powody, aby stać się kolejnym, znaczącym tzw. filmem pokoleniowym. W przeciwieństwie do innego reprezentanta tego gatunku, jaki ostatnio pojawił się w Polsce, "Powrotu do Garden State" Zacha Braffa, ten wolny jest od efekciarskich, pseudohumorystycznych scen oraz pewnej, fabularnej niekonsekwencji. Film Milgarda uzyskuje niepowtarzalny nastrój już w pierwszej scenie, i nie tracąc go ani na moment w trakcie całej swej długości, w miarę rozwoju akcji staje się coraz bardziej atrakcyjny. Tego samego nie da się, niestety, powiedzieć o zewsząd chwalonym obrazie Zacha Braffa

W pamięci widza powinien również na dłużej zagościć ostatni, metaforyczny fragment "Dmuchawca", kiedy to zrozpaczony Mason wsiada na dach jadącego pociągu, i godząc się z rolą nieustannie doświadczanego przez los, zawierza mu swoje istnienie. Ta scena jest jednocześnie porozumiewawczym nawiązaniem do innej, pojawiającej się w obrazie. Jeden z mieszkańców rodzinnego miasteczka Mullichów, dzień w dzień, całymi latami przychodzi każdego dnia o tej samej porze, by na przejeździe kolejowym oddać cześć swojej tragicznie zmarłej żonie. We wspominanej scenie, pogrążonemu w bólu wdowcowi w rozpamiętywaniu bolesnej przeszłości towarzyszy główny bohater. Każdy z nich doświadcza indywidualnego cierpienia. Jednak w ostatnim fragmencie dzieła Mason odłącza się od swego towarzysza i decyduje na "krok naprzód". Pamiętając o tragedii, nie zatrzyma swego życia wyłącznie na niej. Bo to jest właśnie życie, jedno jedyne, jakie zostało mu dane. A z bolesnymi wspomnieniami, czy bez nich, trzeba po prostu żyć i nadal zmagać się z każdym kolejnym dniem istnienia.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
85% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Udostępnij: